• RSS

czwartek, 1 lipca 2010

Rozdział 6 "Ostatnie dwa tygodnie"

- Rzeczywiście Cathy, jesteś trochę naiwna…
Zacisnęła dłoń na widelcu, starając się powstrzymać jej drżenie.
- Naprawdę myślałaś, że jak dogadasz się z Syriuszem, to on nagle, ni z tego ni z owego, zauważy Maggie…? Takie rzeczy zdarzają się tylko w…
- Proszę cię, nic nie mów! – przerwała jej warknięciem Cathy.
Lily wzruszyła ramionami i zabrała się za swój kawałek ciasta. Siedziały przy stole Gryffindoru, wśród innych uśmiechniętych i wyluzowanych Gryfonów, którzy właśnie wrócili z relaksacyjnego popołudnia na błoniach, by coś przegryźć i zaraz potem wracać znów na słońce. Ich zadowolone miny wydawały się dla Cathy nierealne i odległe, jakby wszyscy ci ludzie pochodzili z innej planety. Odkąd Maggie wybiegła z toalety Jęczącej Marty, nie dając się przeprosić i tym samym grzebiąc ostatnią nadzieję na powrót do normalności, Cathy czuła dziką, nieokiełznaną wściekłość. Była zła na wszystko i na wszystkich, a już szczególnie na siebie. Nie obwiniała się o całe zajście, ale raczej o to, że mimo oczekiwań wobec siebie nie zdołała nic naprawić.
Suze nie znalazła się do tej pory, ale Cathy szczerze wątpiła czy w tym przypadku jej przeprosiny coś by zdziałały. Zresztą wątpiła, czy w ogóle byłaby te przeprosiny w stanie wykrztusić.
Lily pozostała u jej boku, za co była jej bardzo wdzięczna – czuła, że nie byłaby w stanie wytrzymać ze sobą sam na sam. Jej towarzystwo powstrzymywało ją przed rozwaleniem każdego przedmiotu, który wpadł w jej ręce, na co Cathy miała wielką ochotę. Żałowała, że w ciągu tych dwóch ostatnich tygodni nie będzie już żadnego treningu Quidditcha. Taki trening był zawsze świetną okazją do wyładowania negatywnych emocji.
Lily westchnęła prowokacyjnie i zerknęła w stronę Cathy, sprawdzając jej reakcję. Policzki dziewczyn napięły się, ale nic nie powiedziała. Mimo, że kontrolowanie samej siebie przychodziło jej teraz z trudem, nie miała zamiaru okazać swoich jakichkolwiek słabości.
Lily poczekała jeszcze chwilkę, ponownie westchnęła po czym odłożyła sztuce, jednocześnie prostując się na ławce.
- I co, masz zamiar udawać, że nic się nie stało? – zapytała prowokacyjnym głosem – Masz zamiar siedzieć i nic nie robić?
- Jak próbowałam coś robić… - powiedziała z irytacją Cathy – Wyraźnie mi nie wychodziło. Potrafię rozpoznać, kiedy sprawa jest beznadziejna, Lily. W tym przypadku jest totalnie beznadziejna, pogódź się z tym.
- Nie będę się z niczym godzić, do cholery! – Lily nastroszyła się – Wiesz co, kogo jak kogo, ale ciebie nie podejrzewałam o tak szybkie poddanie się.
Cathy zaśmiała się histerycznie i spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Niby co mam zrobić? Zatańczyć na uszach, zrobić salto i zaśpiewać hymn narodowy? Bo chyba tylko tego jeszcze nie próbowałam!
- To wcale nie jest zabawne… - powiedziała Lily naburmuszonym tonem.
- Ależ, jest! – prychnęła Cathy – Nie widzisz tego?
- Ze mną też chcesz się pokłócić? – zapytała ruda zapalczywie.
Cathy zagryzła wargi, starając się opanować. Nie chciała stracić kolejnej przyjaciółki.
- Nie, nie chcę… - powiedziała sucho – Przecież wiesz, że nie chcę…
Lily uśmiechnęła się.
- To dobrze…
Cathy też się uśmiechnęła, jednak w tym uśmiechu było więcej smutku niż ulgi.
- Więc… Teraz chciałabym usłyszeć, jak pogodziłaś się z Syriuszem.
Cathy otworzyła usta nie wiedząc, od czego zacząć, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, zobaczyła swoje wybawienie. Wybawienie w postaci Jamesa Pottera, wchodzącego właśnie do wielkiej Sali razem z Peterem.
- Nie teraz… - spojrzała na Lily rozbawiona – Teraz masz coś ważniejszego do zrobienia!
- Niby co? – zapytała niepewnie rudowłosa.
- Musisz się pogodzić z Jamesem Potterem! – powiedziała stanowczo Cathy, po czym bez słowa odłożyła sztućce i odeszła szybko do stołu, zostawiając Lily całkowicie wytrąconą z równowagi, ze spojrzeniem mówiącym wiele, tylko nie to, że pomysł Cathy jej się podobał.

*****

Cathy szybkim krokiem przecięła salę, mijając po drodze stół Krukowów po czym prawie biegiem pokonała ostatni odcinek, dzielący jak od Jamesa i Petera.
- Cześć – zatrzymała się przed nimi, blokując im dalszą drogę.
- Cześć księżniczko! – James uśmiechnął się – Konflikt zażegnany?
- Jak widać. Zostało ci tylko jedno.
Wskazała głową stół Gryfonów. James zmarszczył brwi i spojrzał na nią pytająco.
- Jeśli nie pogadasz z Lily, nici z naszej zgody. Mogę na ciebie liczyć, co?
James przez chwilę się wahał ale potem uśmiechnął się z charakterystyczną dla siebie pewnością.
- Jak zawsze, księżniczko!
Cathy uśmiechnęła się szeroko.
- Syriusz nie miał kiedy opowiedzieć nam wszystkiego – Peter stanął obok niej, obserwując jak Potter, unosząc wysoko głowę oddalał się w stronę widocznej z daleka rudej czupryny Lily Evans – Znaczy się tego, jak się pogodziliście. Właśnie wylądował u McGonagall za jakąś śmieszną sprawę sprzed dwóch tygodni. Lupin poszedł się dowiedzieć, o co chodziło.
- Jesteś pewny, że to sprawa sprzed dwóch tygodni? Nie odnosisz raczej wrażenia, że może to być powiązane z wczorajszą bójką i tymi ciągłymi wizytami Syriusza w skrzydle?
Peter uśmiechnął się kpiąco.
- Biedaczysko… Jeszcze kilka podobnych sytuacji i nie wiadomo, czy nawet najsilniejsze zaklęcia będą w stanie przywrócić jego nos do porządku.
- Mam nadzieje, że takich sytuacji już więcej nie będzie… - Cathy rzuciła Peterowi karcące spojrzenie, jednocześnie ruszając w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Peter poszedł za nią.
- Jedno mnie zastanawia: Czemu musieliśmy aż tak długo czekać? – Cathy zrozumiała, że nawiązuje do kłótni między jej paczką a Huncwotami - Nie mogłaś zrobić nic wcześniej? Przecież wiem, że ci nas brakowało…
- Cóż… - Cathy zastanawiała się nad odpowiedzią – Rzeczywiście, brakowało, ale to byłą sprawa między Lily a Jamesem. Nie do mnie należała ta część…
- Do ciebie należy ta dotycząca Syriusza, hę?
Cathy spojrzała na niego uważnie. Był niższy od niej przynajmniej o głowę, pulchny i pryszczaty, jego rzadkie, jasne włosy przycięte były nierówno i niedbale. Zawsze najmniej lubiła go z całej czwórki, właściwie rzadko z nim rozmawiała na osobności. Może dlatego, że nie rzucał się w oczy i nie przyciągał spojrzenia, a na Cathy właśnie tacy ludzie najbardziej działali. Zdawała sobie sprawę, że w ten sposób omija wiele wartościowych osób, ale nie mogła na to nic poradzić – taka po prostu była.
Teraz, kiedy stała twarzą w twarz z Peterem, doszła do wniosku, że jest jej go żal. Mimo tego, że był wielkim szczęściarzem, mając za przyjaciół najpopularniejszych chłopców ze szkoły, to cały czas pozostawał w ich cieniu. Mógł się wiele nauczyć, coś podpatrzeć i to wykorzystać, ale nauka to nie wszystko. Trzeba też odpowiednio ją zinterpretować, a do tego potrzebna jest charyzma i odwaga - czyli coś, czego Peter nie miał.
- Tak… - Cathy pokiwała głową – To należy już do mnie…
- Peter! – Syriusz i Remus wpadli na nich na schodach. Kiedy Black dostrzegł Cathy w pierwszym odruchu się zdziwił, jednak ta mina już po chwili zmieniła się w szeroki uśmiech – widocznie chłopak nie mógł się wyzbyć dawnych przyzwyczajeń. Przez ostatnie kilka miesięcy nie mógł się od niej spodziewać niczego miłego.
Nie wiadomo czemu, uśmiechnęła się na to wspomnienie. Zdawała sobie sprawę, że wszyscy czworo zasłużyli na tę nauczkę, ale teraz, kiedy patrzyła na ich twarze, odnosiła wrażenie, że wszyscy jakby wydorośleli, co dawało jej nadzieję, że nie będą odstawiać już takich numerów. Cóż, te szesnaście lat na karku robi swoje.
- Cześć… - Remus uśmiechnął się swoim ciepłym uśmiechem, zawsze pełnym troski. Cathy bez wahania odwzajemniła gest – Witamy znów wśród Huncwotów.
- Dzięki… Ale nie cieszcie się tak bardzo! Od tego czasu ja i Lily będziemy spędzać z wami o wiele więcej czasu, niż dotychczas.
- Nie narzekam – Lupin zaśmiał się – Przyznam, brakowało nam kobiecej ręki. Czemuż zawdzięczamy tę zmianę?
- Właśnie? – Syriusz delikatnie dotknął ramienia Cathy. Wszyscy czworo ruszyli w górę po schodach, odprowadzani przez zaskoczone spojrzenia innych uczniów – od ponad trzech miesięcy Cathy nie pokazywała się publicznie w towarzystwie Huncwotów, a teraz rozmawiała z nimi jak najbardziej przyjaźnie. Idealny temat do plotek…
- Cóż, myślę, że powinniście się trochę domyślać… Po tym, jak Maggie i Suze wyleciały z pokoju wspólnego, a ja i Lily zaraz potem zaczęłyśmy ich szukać...
- Rzeczywiście, nie wyjaśniłaś mi tego…
- Byłam zajęta wyjaśnianiem innych spraw… - Cathy uśmiechnęła się.
- Ano, rzeczywiście – Syriusz zaśmiał się krótko – Ale teraz mamy mnóstwo czasu, prawda?
- Całe popołudnie wolne… A niedługo czeka nas niespodzianka, bo James poszedł godzić się z Lily… - Peter spojrzał na Cathy z ukosa.
- Serio? – Remus i Syriusz unieśli wysoko brwi.
- Cathy go zmotywowała…
- Stwierdziłam, że tą sprawę muszą sobie wyjaśnić jak najszybciej. Tak już dłużej być nie może… Powoli zaczynał mnie trafiać szlak.
Właśnie stanęli przed portretem Grubej Damy.
- Magiczna czwórka – rzucił Remus niedbale, po czym przepuścił Cathy przodem przez dziurę pod portretem – Kończąc wcześniejszy temat, wytłumaczysz nam, co się stało między tobą a dziewczynami?
Opadli wszyscy na swoje ulubione fotele przy kominku. Cathy od razu nawiedziły wspomnienia sprzed kilku miesięcy, kiedy cała ich ósemka miała w zwyczaju się tu usadawiać i odrabiać lekcje, jednocześnie plotkując i śmiejąc się z zalotów Jamesa do Lily. Zdawało jej się, jakby od tych czasów minęło przynajmniej kilka lat. Cieszyła się bardzo, że wreszcie odzyskała Huncwotów, ale bycie z nimi, kiedy przy boku nie miała swoich trzech najlepszych przyjaciółek, to już nie było to samo.
- Cóż… - Cathy westchnęła i zabrała się do opowieści – Zaczęło się już wczoraj… Mieliśmy mały problem z Suze, który… Hmm, tego nie mogę wam powiedzieć. W skrócie, miała po prostu gorszy dzień.
Cathy przerwała. Przez chwilę naszła ją wielka ochota, by zdradzić tajemnicę Suze, dotyczącą jej gorącego uczucia do Paula, ale ta ochota jej odeszła. Nie chciała pogrążać jej jeszcze bardziej, mimo, że miała do niej ogromny żal.
- Pocieszyłyśmy ją, zdawało nam się, że wszystko wraca do normy… Ale potem, znaczy się rano znowu się porobiło… - Uniosła spojrzenie ze swoich dłoni na ich skupione twarze – Mam rozumieć, że wszyscy wiecie już co zaszło między mną a Syriuszem tej nocy?
Peter chrząknął a Remus uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony.
- Dziwnie to zabrzmiało – Syriusz podrapał się po nosie.
- Tak, bardzo! – Cathy rzuciła mu poirytowane spojrzenie – Ludzie, chodzi tylko o jedne małe, niewinne całowanko, mam nadzieje, że Syriusz nie wyolbrzymiał faktów!
- Nie wyolbrzymiał… - Remus zaśmiał się cicho.
- W ogóle miał trudności z mówieniem – Peter rzucił jej rozbawione spojrzenie – To przez ten nos, wiesz…
Cathy nie skomentowała tego, chrząknęła tylko cicho i ciągnęła dalej.
- Więc, rano dziewczyny zauważyły, że jestem wściekła a ja wiedziała, że prędzej czy później o wszystkim im opowiem. Nie było sensu tego przedłużać. Więc opisałam im całą noc ze szczegółami. I wiecie co…
- Co? – zapytał Syriusz, gapiąc się na nią nieprzytomnym wzorkiem.
- Zamiast słów pocieszenia, usłyszałam, co tak naprawdę sobie o mnie myślą.
- Hę? – Peter wyraźnie nie załapał ostatniego zdania.
- A co takiego sobie myślą? – zapytał Remus, patrząc na nią uważnie.
- Nie wszystkie, tylko jedna… - Cathy przekręciła się niespokojnie w fotelu – Suze chyba nie wytrzymała napięcia i powiedziała mi wszystko w twarz. Dowiedziałam się między innymi, że jestem głupią gówniarą, że nie wiem, co to prawdziwe problemy, bo największy z nich to ten, że taki facet jak Syriusz Black całował się ze mną w środku nocy… Powiedziała jeszcze coś o tym, że cała nasza przyjaźń skończy się na tym, że każdej z nich zabiorę chłopaka… A potem wyleciała z pokoju i do tej pory jej nie widziałam.
Zapadła ciężka cisza..
- Niezbyt miłe doświadczenie… - Peter się skrzywił.
- Dlaczego Suze mówiła takie rzeczy? – Syriusz nadal wpatrywał się w nią swoimi niesamowitymi, czarnymi oczami – Chyba przyjaźń do czegoś zobowiązuje?
- Ano, zobowiązuje… - Cathy spojrzała na niego smutno – Najwyraźniej to nie byłą prawdziwa przyjaźń…
Żaden tego nie skomentował.
- A czemu Maggie płakała? – zapytał Syriusz po chwili zamyślenia.
- Tego nie mogę powiedzieć… - Cathy zagryzła wargi, zerkając na niego niespokojnie – To jej prywatna sprawa, przykro mi.
- Nie nalegam… - Syriusz wzruszył ramionami – Ale z nią też się pokłóciłaś?
- Cóż, wtedy nie, ale spotkałam ją jakąś godzinę temu i starałam się z nią dogadać. Też powiedziała mi kilka miłych rzeczy i uciekła. Chyba obydwie się dzisiaj na mnie uwzięły…
- Widzieliśmy ją, jak wychodziliśmy od McGonagall… – Lupin spojrzał znacząco na Syriusza.
- I co? – Cathy uniosła z zainteresowaniem głowę – Rozmawiała z wami?
- Nie… - Syriusz pokręcił głową z niezadowoleniem i zrobił kwaśną minę – Uciekła jak tylko nas zobaczyła. Wołaliśmy, ale nawet nie spojrzała. A wyglądała naprawdę źle, jakby była chora albo co…
Cathy poczuła jak znów ogarnia ją dziwne zdenerwowanie. Chciała wstać i znów zacząć szukać Maggie, ale wtedy przypomniała sobie, że dziewczyna nie życzy sobie jej towarzystwa. Nie było to miłe uczucie.
To chyba było najgorsze – nie mogła nic zrobić, bo każda z osób potrzebujących pomocy szczerze jej w tym momencie nienawidziła.
Nie pozostało jej nic innego jak starać się cieszyć towarzystwem Huncwotów i czekać na powrót Lily, który, jak miała nadzieje, miał się odbyć w towarzystwie Jamesa. Może w tym okropnym dniu, w którym straciła dwie przyjaźnie, odzyska te stracone jeszcze dawniej.

********
Lily Evans siedziała jak na szpilkach. Czuła palącą ochotę by wstać i uciec od tego, czego tak bardzo się obawiała. Od tego, a raczej od kogoś, kto właśnie zmierzał w stronę stołu Gryffindoru, a był to ktoś z bardzo rozczochranymi, czarnymi włosami i okularami na nosie.
Wizja rozmowy z Jamesem Potterem sam na sam przerażała Lily jeszcze bardziej, niż walka na pięści z olbrzymem.
Kiedy Cathy tak nagle oznajmiła jej swój nowy plan nie miała nawet czasu by się zreflektować i jakoś zaprotestować, bo dziewczyna w ekspresowym tempie wstała od stołu i rzuciła się w stronę wyjścia. Ku swojemu przerażeniu Lily, podążając za nią wzrokiem, zobaczyła Jamesa we własnej osobie, który po krótkiej wymianie zdań z zielonooką, bez wahania ruszył w jej stronę.
No to się porobiło pomyślała Lily, czując, że zaraz zęby zaczną jej dzwonić ze strachu. Najbardziej bała się tego, że zrobi z siebie idiotkę na jego oczach i że on w końcu zauważy, że tak naprawdę ona kocha go do szaleństwa, a te wszystkie sceny nienawiści to tylko pic na wodę.
James zatrzymał się metr od niej i chrząknął cicho. Lily starając się opanować drżenie rąk, powoli obróciła głowę w jego stronę.
- Co? – powiedziała głosem podobnym do powiewu lodowatego wiatru.
James spojrzał na nią lekko zaniepokojony ale ta chwila wahania trwała zaledwie sekundę. W następnej już siedział u jej boku, stykając się z nią ramieniem, co wcale nie pomagało dziewczynie skupić się na udawaniu zimnej i obojętnej.
- Cześć Lily – powiedział aksamitnym głosem amanta. Lily przewróciła oczami.
- Cathy ma czasami naprawę głupie pomysły – spojrzała na niego chłodno – Nie myśl, że jak ona powiedziała, że się z tobą pogodzę, to ja tak nagle będę miłą dziewczynką. Ze mną nie tak łatwo, Potter. Dość mi zalazłeś za skórę…
James patrzył na nią swoim smutnym, orzechowym spojrzeniem. Przez chwilę nic nie mówił a potem wziął głęboki oddech i powiedział:
- Chciałbym cię przeprosić, Evans… Znaczy się, Lily – zreflektował się szybko – Chciałem cię przerosić za to, że byłem takim palantem i nie potrafiłem się zachować przyzwoicie. Za tamten numer też cię przepraszam…
Lily nic nie mówiła, wpatrując się w okruszki ciasta na swoim talerzu.
- Chciałbym… - ciągnął dalej James, nie doczekawszy się reakcji – Żebyśmy nadal byli kumplami, jeśli nie chcesz, żeby to było coś więcej…
Lily spojrzała na niego szybko, czując jak serce łomoce jej z niewiarygodną prędkością. Tylko nie to, niech on się teraz we mnie nie odkochuje!
- James… - zaczęła cicho, ale chłopak w tym samym momencie zaczął mówić i nie usłyszał jej żałosnej próby wydobycie z siebie głosu.
- Wiesz, przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że jeśli nie mogę cię mieć jako dziewczynę, to chociaż bądź moją przyjaciółką…
- James, ja… - Lily zamrugała szybko oczami, przełknęła ślinę. Tak, teraz jest czas na powiedzenie tego, co powinna mu powiedzieć już dawno… No Lily, weź się w garść…
- Tak…? – zachęcił ją chłopak.
- Ja… - przymknęła oczy i odetchnęła głębiej, starając się opanować bicie serca. Mimo to jej gardło nadal było ściśnięte niewidzialnymi imadłami.
- Brakowało mi ciebie… - wyszeptała, unosząc wzrok i zdobywając się na spojrzenie mu prosto w oczy. Nic więcej nie potrafiła z siebie wydusić.
Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, pozostał jej jeszcze na długo w pamięci. Najpiękniejszy, najszczerszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziała. Wszystkie pozytywne emocje, jakie mogą się na raz zmieścić w jednym człowieku idealnie odzwierciedlały się w pogodnej twarzy Jamesa, a szczególnie w jego ciepłych oczach.
- Jesteś najcudowniejszą dziewczyną, jaką znam! – James zaśmiał się głośno – Jednym, krótkim zdaniem potrafisz uszczęśliwić człowieka!
- Tak… - Lily przełknęła ślinę – Ty też jesteś w porządku, James – to było wszystko na co było ją w tym momencie stać – Czasami ci po prostu odwala, ale tak chyba jest ze wszystkimi chłopcami w twoim wieku…
- Wiem, taki szczeniacki okres - wyszczerzył do niej zęby – Ale nie martw się, teraz jest już lepiej i…
- Oh, co za cudowna, romantyczna chwila…
Lily i James odwrócili się jak na komendę. Za ich plecami, oddalona o kilka metrów stała Suze. Ręce miała założone na piersi, oczy za okularami były zwężone a na jej twarzy widniał kpiący uśmiech. Bardzo brzydki, kpiący uśmiech.
- Gdzie byłaś? – zapytała szybko Lily, bojąc się że Suze palnie coś głupiego przy Jamesie – Szukałyśmy cię z Cathy, ale…
- Fantastycznie… - prychnęła Suze – A więc jesteś po stronie tej dziwki, tak?
- Hej – krzyknął James, patrząc na Suze z wściekłością – Zwariowałaś?
- No jasne, ty też jej bronisz! – Suze zaśmiała się pogardliwie – Pewnie, najlepiej ustawić się za nią murem, przynajmniej będziecie sobie mogli wszyscy pooglądać jej okrąglutki tyłek, tak lubicie się na niego gapić, co nie?
James patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Co ci się stało…?
- Nic mi się nie stało… - Suze nie patrzyła na niego, tylko prosto w zielone oczy Lily – Przyszłam tylko sprawdzić, co ty masz na ten temat do powiedzenia. Ale widzę, że nawet nie ma sensu pytać…
- Suze, zachowujesz się jak…
- Wyprowadzam się do siebie… - przerwała jej donośnym głosem – Nie mam zamiaru się tu męczyć jeszcze przez dwa tygodnie. Załatwiłam już wszystko, co potrzebne… Żegnam! – prychnęła pogardliwie w ich stronę – Bawcie się dobrze!
Odwróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem, kierując się do drzwi. Odprowadziło ją kilka spojrzeń, wśród których Lily niestety zobaczyła też spojrzenie Laurence Aniston. Ale teraz nie miała zamiaru się tym przejmować. Miała ważniejsze sprawy na głowie, jak choćby wciąż niedowierzające spojrzenie Jamesa.
- Co jej się stało? – zapytał zszokowany.
- Szykuje się długa historia… - mruknęła Lily – Myślę, że już czas wprowadzić cię w aktualne problemy nastoletnich czarodziejek…

*********
Następne kilkanaście dni było dla Cathy dziwnym doświadczeniem – przez prawie rok zdążyła się przyzwyczaić do zwykłego rozkładu i wyglądu dnia. Nie chodziło o to, że nie mieli już żadnych lekcji, bardziej o to, że kiedy Cathy otwierała rano oczy, po jej prawej stało puste łóżko, a po jej lewej stronie spała dziewczyna która się do niej nie odzywała. Na początku Cathy próbowała jakoś zagadać, ale Maggie była nieugięta jak skała. Nie odpowiadała na pytania, nawet nie odwracała głowy, nigdy nie patrzyła jej w oczy. Po kilku dniach obydwie zaczęły się traktować jak powietrze, co znacznie ułatwiło ich wspólną egzystencję w jednym dormitorium. Cathy przerażała myśl, że cały następny rok także będzie tak wyglądać, ale z tego co słyszała od Lily (z którą Maggie rozmawiała całkiem normalnie, może czasami dało się słyszeć przesadną grzeczność w ich głosach) Suze już zaczęła ubiegać się o zmianę dormitorium, a Maggie zaczęła się nad tym zastanawiać.
- Cudownie… - kiedy Lily jej o tym powiedziała, czuła jednocześnie wściekłość i wstyd, bo w końcu to przez nią dziewczyny się wynosiły – Niech idą do diabli, idiotki… Nie będę tęsknić.
Ale to nie była prawda. Dla Cathy Lily, Maggie i Suze były pierwszymi prawdziwymi przyjaciółkami. Od jej pierwszego dnia w Hogwarcie były nierozłączne, zawsze stały za sobą we wszystkich kłótniach i konfliktach. A teraz? Więź między nimi została bezpowrotnie zniszczona i wszystkie zdawały sobie z tego sprawę. Nigdy nie wrócą do tego, co było… To było po prostu niemożliwe, po tylu ostrych słowach i gorzkich prawdach, rzuconych prosto w twarz.
Z jej cudownych trzech przyjaciółek przy jej boku pozostała tylko Lily. Mimo, że nadal utrzymywała kontakt z Maggie wybrała pozostanie przy jej boku, za co Cathy była jej ogromnie wdzięczna.
Mimo tego, że straciła to, co miała najcenniejsze, czyli przyjaźń, wcale nie czuła się aż tak źle. No, może pomijając te krótkie momenty, kiedy musiała przebywać w pokoju z Maggie, co natychmiast zmuszało ją do wracania w myślach do tamtego dnia (na szczęście nie musiała widywać się z Suze, bo ta następnego dnia po wielkiej kłótni wyniosła się do swojego domu w Hogsmeade). Potrzebnej do odegnania ponurych myśli rozrywki dostarczali jej Huncwoci.
Teraz, kiedy sprawa z Syriuszem wreszcie się wyjaśniła a James i Lily na powrót stali się dobrymi kumplami, spędzanie czasu z jej dawnymi przyjaciółmi było wszystkim, czego Cathy potrzebowała. Już prawie zapomniała, jak cudowne były te chwile, kiedy razem z nimi spacerowały po błoniach, śmiały się i dowcipkowały, kiedy droczyli się albo razem znęcali się nad wypracowaniami z transmutacji. Teraz to wszystko wróciło, znów mogli wspólnie spędzać wolny czas, choć w trochę mniejszym gronie. Cathy doszła do wniosku, że jest wprost stworzona do przyjaźni z mężczyznami – byli o wiele lepszym materiałem na kumpla. Ich szczerość, pewność siebie i prostolinijność odpowiadała Cathy o wiele bardziej niż te wszystkie intrygi i tajemnice, które zawsze miały miejsce w choćby jak najwspanialszej kobiecej przyjaźni.
U ich boku Cathy czuła się wolna. Wreszcie mogła mówić o wszystkim, co jej tylko wpadło do głowy, nie narażając się na plotki i krzywe spojrzenia, znów mogła żartować i śmiać się z żartów, które wśród dziewczyn nie cieszyły się zbyt wielką popularnością.
Przy Huncwotach była po prostu sobą. Po tygodniu spędzonym w ich towarzystwie doszła do wniosku, że powinna urodzić się mężczyzną – to ułatwiłoby bardzo wiele spraw.
Syriusz, kiedy już stracił romantyczne zainteresowanie jej osobą, stał się jej wiernym towarzyszem. Spędzali ze sobą praktycznie większość dnia, czy to grając dla zabawy w Quidditcha razem z Jamesem i Lupinem (Peter nie odważył się nawet wsiąść na miotle, tłumacząc to fobią przed lataniem, jaką miał od dziecka) czy to szwendając się po błoniach. Cathy starała się spędzać jak najwięcej czasu poza murami zamku, i miało to raczej mało wspólnego z piękną pogodą czy możliwością pływania w jeziorze, ale raczej z tym, że trudno jej było się wtedy natknąć na Maggie, albo co gorsza na Laurence, która jakimś dziwnym sposobem dowiedziała się o jej kłótni i znała niepokojąco dokładne szczegóły, takie jak na przykład to, że Suze zarzuciła Cathy, że ta podbiera dziewczyną facetów spod nosa. Na szczęście nie wyniuchała nic na temat jej nocnego pocałunku z Syriuszem, bo z pewnością nie omieszkałaby rozpaplać tego na całą szkołę, dokładając od siebie kilka kompromitujących szczegółów. Cathy nie bała się konfrontacji z Laurence, obawiała się raczej, że nerwy jej puszczą i po prostu ją spierze, a nie chciała wszczynać kolejnej awantury tuż przed końcem roku.
W sobotę rano, dokładnie tydzień po wielkiej kłótni, zdarzyło się jednak coś, co całkowicie oderwało myśli Cathy od jej aktualnych problemów. Siedziała właśnie przy stole z Syriuszem, Jamesem i Lupinem, przeglądającym poranne wydanie Proroka, kiedy profesor McGonagall podeszła do nich i ze swoim typowym, surowym wyrazem twarzy zwróciła się do dziewczyny.
- Panno Austen, czy mogłaby pani za dziesięć minut zgłosić się w moim gabinecie. To bardzo pilna sprawa.
Cathy gwałtownie przełknęła kęs chleba, który właśnie włożyła do ust i spojrzała na profesor z niepokojem, gorączkowo przeszukując pamięć w poszukiwaniu jakichkolwiek powodów, dla których mogłaby zostać wezwana do gabinetu opiekuna domu. Nie mogła sobie jednak nic przypomnieć.
Wykrzywiła się do swoich towarzyszy.
- Macie jakieś pojęcie, o co może chodzić? – zapytała.
- To chyba ty powinnaś wiedzieć… - James rozsmarował grubą warstwę dżemu na kromce chleba – Nie przeskrobałaś czegoś ostatnio?
- Może chodzi o te łajnobomby, które rozrzuciliśmy pod sowiarnią. Reggis pewnie się nieźle wściekł…– Syriusz uśmiechnął się do Cathy – Nie martw się, to na pewno nic gorszego od tego, za co ostatnio my wylądowaliśmy u McGonagall.
- Dziwne, że sam Dumbledore się tym nie zainteresował – James pokręcił głową, udając powagę – Narobiliśmy niezłego bigosu.
- A o co chodziło? – Cathy nalała sobie dyniowego soku, po czym, kierowana jakimś dziwnym odruchem napełniła też kubek Syriusza. Chłopak uniósł brwi ale nic nie powiedział.
- Pamiętasz to tajemne przejście za lustrem na siódmym piętrze… ?Zrobiliśmy mały, nielegalny wyskok do Hogsmeade, żeby się trochę zabawić… Nieszczęście chciało, żebyśmy trafili prosto na Flictika, który załatwiał coś na poczcie.
- Najpierw powiedział nam „Dzień dobry” i zaczął odchodzić – Syriusz zachichotał – Ale potem chyba się skapnął, że coś jest nie tak i że nas wcale nie powinno tam być. Zabrał nas do McGonagall, a ona zrobiła nam taką jazdę…
Cathy przysłuchiwała się temu z rosnącym rozbawieniem.
- Zdradziliście jej, gdzie jest przejście?
- No co ty! – James spojrzał na nią niedowierzająco – Mielibyśmy pozbyć się jednego z naszych tajnych super korytarzy? Powiedzieliśmy jej, że dostaliśmy się tam przez to przejście zaraz za klasą do transmutacji, za tym wielkim obrazem.
- Ale przecież Reggis dobrze wie, że ono tam jest!
- No właśnie – Syriusz był wyraźnie z siebie zadowolony – Biedny facet, dostał niezły ochrzan od McGonagall, za to że nie dopilnował przejścia. Minę miał niezbyt zachwyconą. Założę się, że następne kilka dni głowił się, w jaki sposób udało nam się przejść przez jego wszystkie zaklęcia ochronne.
- Jesteście wredni! – powiedziała surowo Cathy.
- Nieprawda… - James wzruszył ramionami – Nie chcieliśmy robić facetowi kłopotu, ale jakoś trzeba było się z tego wykaraskać, no nie? Poza tym nam też się dostało za wymykanie się do Hogsmeade – mamy już jednej dwutygodniowy szlaban na następny rok.
- Szybcy jesteście! – Cathy pokręciła z niedowierzaniem głową – Rok się jeszcze nie zaczął a wy macie już zaplanowane, co będziecie porabiać przez kilkanaście pierwszych wieczorów.
- Słuchajcie! – Lupin nagle położył przed nimi gazetę, za którą schowany siedział już dobre paręnaście minut, nie biorąc udziału w rozmowie. Cathy wyciągnęła szyję by spojrzeć na gazetę. Na otwartej stronie widniał wielki nagłówek: „MINISTERSWO POTWIERDZA – ISTNIEJE ZAGROŻENIE!” a pod spodem widniało wielkie zdjęcie Milicenty Bagnold, minister magii, otoczonej przez fotoreporterów. Wyraz jej twarzy nie wróżył niczego dobrego – jej spojrzenie biegało we wszystkie strony, co chwila otwierała usta i zamykała je, jakby nie wiedziała co powiedzieć. Ręce miała opuszczone, jednak co chwile splatała w zdenerwowaniu palce.
Cathy zmarszczyła brwi i spojrzała na swoich przyjaciół jednak wszyscy trzej zajęci byli czytaniem artykułu, widniejącego pod zdjęciem. Cathy także się za niego zabrała.

Nasz świat, świat czarodziejów, od wielu lat był światem bezpiecznym i ułożonym, my, obywatele, mogliśmy spodziewać wszystkiego co najlepsze, pomoc udzielana była każdemu, kto o nią poprosił. Od wielu lat nie mieliśmy w Ministerstwie tak rzetelnych i oddanych pracy urzędników. To dzięki nim nasza społeczność może cieszyć się spokojem i żyć w dostatku, niepokojona przez mugoli czy cieszących się złą sławą czarnoksiężników.
Jednak, w ostatnich dniach sytuacja w naszym kraju diametralnie się zmieniła.
„Od kilku miesięcy obserwujemy niepokojący rozwój wypadków, powiązanych z niespodziewanym pojawieniem się na arenie międzynarodowej anonimowego czarodzieja, który zburzył dotychczasowy porządek” powiedziała naszym korespondentom Minister Magii „Nie możemy już dłużej ukrywać tego, że wszystkie ostatnie mordy, o których krążą niestety prawdziwe pogłoski, a było ich aż 29, są ze sobą powiązane i najprawdopodobniej są sprawką właśnie owego czarodzieja, którego imię, niestety, nadal pozostaje dla nas tajemnicą.”
Jak wszyscy wiedzą, ostatnio wielką sensację, a raczej panikę zbudziły doniesienia na temat tajemniczych morderstw, do których doszło na całej powierzchni Wielkiej Brytanii. Ofiary zabite zostały z pewnością przez czarodzieja, lub przez grupę czarodziejów (Ministerstwo wysuwa podejrzenie, że owymi tajemniczemu czarnoksiężnikowi towarzyszą inni, najprawdopodobniej jego podwładni), którzy za każdym razem po wykonaniu straszliwej zbrodni pozostawiali zawsze ten sam znak: jasnozielony, utworzony z magicznego pochodzenia mgły kształt, przedstawiający czaszkę, z ust której wysuwa się wąż. Ów mroczny znak pojawiał się nad dachami domów, w których doszło do tragedii. Innym niepokojącym faktem jest to, że aż 12 na 29 zamordowanych to mugole! Czyżby granica między naszą społecznością a ich zacierała się? Wcześniej takie przypadki zdarzały się niezmiernie rzadko.
Ministerstwo ostrzega: Prosimy państwa o niezwykła ostrożność! Coś złego dzieje się wśród nas, coś, co może mieć bardzo poważne konsekwencję. Jednocześnie słyszymy obietnice, że tożsamość tej niebezpiecznej grupy już niedługo zostanie odkryta i każdy z nich zostanie ukarany za swoje straszne czyny.
Pozostaje nam tylko nadzieja, że ministerstwo rzeczywiście jak najszybciej upora się z tym naglącym problemem, byśmy mogli znowu bez strachu wyjść na ulicę.

Zobacz też:
Sposoby samoobrony – str. 22,
Wywiad z Minister Magii – str. 12,
Co zrobić, gdy podejrzewamy jednego z naszych sąsiadów -, str. 15,
Albus Dumbledore udziela się w walce ze „strasznym” czarodziejem, - str. 30,
Skąd wiemy, że to sprawka jednego czarodzieja?- str. 33


- Słyszeliście o tym? – zapytał ponuro Lupin, kiedy wszyscy podnieśli już głowy znad gazety.
- Od kilku tygodni takie rzeczy pojawiają się w Proroku – Cathy wpatrywała się w zdjęcie Minister Bagnold. Teraz, po przeczytaniu artykułu jej mina jeszcze bardziej ją przerażała. Było aż tak źle? – Myślałam, że trochę przesadzają, że to jakiś chwilowy wzrost przestępczości i że wszystko się zaraz uspokoi…
- A ja od początku miałem przeczucie, że to się jeszcze będzie długo ciągnąć… - Lupin spojrzał na dziewczynę znacząco – Jeśli Dumbledore aż tak zaangażował się w tą sprawę, że praktycznie całymi dniami nie ma go w szkole, to musi być naprawdę kiepsko...
Wszyscy jak na komendę spojrzeli na fotel dyrektora – rzeczywiście był pusty.
- Giną mugole… - powiedział Syriusz cicho, przeszukując wzrokiem artykuł – To chyba jakiś szaleniec… Po co mordować mugoli, jeśli chce zasłynąć wśród czarodziejów? Przecież oni nawet nie mogą się przed nimi bronić!
- Może… Może to ma coś wspólnego z tą głupią manią czystości krwi… - wtrącił James, marszcząc brwi – Pamiętacie Snape’a i jego „szlamę”?
Wszyscy pokiwali ponuro głowami.
- To pewnie tacy idioci w jego stylu, który uważają się za coś lepszego tylko dlatego, że urodzili się w magicznej rodzinie.
- Moja ciotka ma taką manię… - powiedziała kwaśno Cathy – Ale jakoś nie mogę sobie jej wyobrazić mordującej niewinnych mugoli.
Syriusz spojrzał na nią ponuro.
- Moi rodzice i mój skretyniały brat są tacy sami…Ale myślę, że tu chodzi o coś więcej…
Lupin na powrót podniósł gazetę i zniknął za nią. James westchnął cicho i spojrzał nieprzytomnie w okno, a Syriusz nagle bardzo zainteresował się paznokciami u swojej lewej ręki. Po przeczytaniu tych niezbyt wesołych wiadomości żadne z nich nie miało już nastroju do rozmowy.
- Muszę lecieć.. – Cathy otarła usta serwetką – Do McGonagall…
Syriusz uśmiechnął się do niej.
- Trzymaj się, mała…
Cathy pocałowała go w policzek, co, jak z resztą za każdym razem, wywołało na jego twarzy dziwną mieszaninę zaskoczenia i samozadowolenia. Mimo tygodnia spędzanego razem Syriusz nadal nie potrafił przyzwyczaić się do jej towarzystwa, a przynajmniej do tego, że już nie musi się z nią użerać. Dla Cathy ta sytuacja także była nowa, ale o wiele łatwiej było jej się przestawić. Zawsze szybko dostosowywała się do nowych sytuacji.
- Pa, księżniczko! – krzyknął za nią James, ale Remus nawet nie wyglądnął zza gazety.
Dojście do gabinetu profesor zajęło Cathy kilka minut – musiała wybrać dłuższą drogę, nie chcąc się natknąć na Irytka, który właśnie zastawiał pułapkę na każdego, kto chciałby przejść korytarzem na drugim piętrze. Jeden z obrazów na parterze poformował ją o tym, dodając, że w tym żarcie Irytek oblewał przechodzącego kubłem zimnej wody.
- Niezbyt oryginalne – powiedziała mała, pulchna pani w czepku, zamieszkująca obraz przedstawiający wiejskie gospodarstwo – Ale Irytek cierpi ostatnio na notoryczny brak oryginalnych pomysłów…
- Dziękuję – Cathy pomachała jej, oddalając się w przeciwną stronę, niż zamierzała iść na początku. Kiedy znalazła się pod drzwiami gabinetu przypomniała sobie, że przecież umówiła się z Lily na błoniach – miały iść popływać w jeziorze. Planując zaraz po załatwieniu sprawy znaleźć ją i przeprosić, zapukała do drzwi.
Prawie natychmiast otworzyła jej profesor McGonagall.
- Zapraszam – powiedziała chłodno i cofnęła się, by wpuść ją do środka.
Cathy, patrząc na nią podejrzliwie, przekroczyła próg i obrzuciła pokój spojrzeniem. Była tu już kilka razy, najczęściej w towarzystwie Huncwotów, bo to oni stwarzali sytuacje, w których wizyta w gabinecie opiekuna domu była konieczna. Cathy mimowolnie uśmiechnęła się na te wspomnienia.
Profesor obeszła biurko i usiadła na wysokim krześle o twardym oparciu, które nawet na pierwszy rzut oka wyglądały na koszmarnie niewygodne. Cathy przypuszczała, że surowe maniery i zwięzły styl życia McGonagall nie pozwoliły jej postawić wygodniejszego krzesła nawet we własnym gabinecie. Cóż, różni ludzie, różne zwyczaje…
- Proszę usiąść… - powiedziała oschłym tonem, nie patrząc na dziewczynę. Przeszukiwała właśnie jedną z szuflad. Cathy posłusznie usiadła na małym stołku, jeszcze mniej wygodnym niż krzesło profesor McGonagall i milczała, wpatrując się w nią z uprzejmym oczekiwaniem. Po minucie profesor podniosła głowę, położyła na biurku małe, kartonowe pudełko opakowane folią i zapieczętowane magiczną wstążką. Poprawiła sobie okulary po czym w końcu spojrzała na Cathy.
- Panno Austen, niech pani słucha, bo to co teraz powiem jest bardzo ważne – zaczęła swoim jak zawsze oficjalnym tonem – Może nie będzie pani rozumiała niektórych aspektów misji, jaką pani powierzę, ale mam nadzieje, że będzie pani w stanie to zaakceptować i bez zbędnych pytań wykonać to, o co poproszę.
Cathy gapiła się na nią z zaskoczeniem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.
- Zapewne wie pani, że wśród nas, wśród naszej społeczności, zaczęło się źle dziać. Pojawili się ludzie, których działania… Mogą mieć wpływ na nas wszystkich, nawet na tych, których one bezpośrednio nie dotyczą.
- Mówi pani o tych morderstwach? – zapytała Cathy, zastanawiając się, czy profesor McGonagall ma dostęp do informacji, które nie pojawiły się w „Proroku”. Czyżby chciała je zdradzić. I Czemu właśnie jej? – O tym czarodzieju, który to wszystko… organizuje?
McGonagall ściągnęła brwi.
-Profesor Dumbledore robi, co w jego mocy aby zapobiec takiemu rozwojowi wypadków, ale ów czarnoksiężnik okazał się o wiele potężniejszym przeciwnikiem, niż się spodziewano. Przypuszczamy, że z biegiem czasu może być jeszcze gorzej, co ja mówię, może dojść do zupełnej paniki i destrukcji.
- Destrukcji? – zapytała Cathy, nie bardzo rozumiejąc, co nauczycielka miała na myśli.
- Przekona się pani o tym… - powiedziała cicho kobieta, nie patrząc na Cathy, ale przypatrując się kartonowemu pudełku – Prorok nie może nadal ukrywać innych faktów, dotyczących tej całej sytuacji.
- Jakich faktów? – Cathy czuła narastające przerażenie – Czy stało się jeszcze coś gorszego od zamordowania tych biednych ludzi???
- Nie jestem upoważniona do udzielania ci kolejnych informacji. Przykro mi! – dodała podniesionym głosem, gdy zobaczyła, że dziewczyna już otwiera usta – Musiałam cię jednak uświadomić co do grozy sytuacji. Jest o wiele poważniejsza, niż można by się spodziewać. To początek czegoś nowego, ale także czegoś złego, okrutnego i strasznego. I dlatego najbardziej wykwalifikowani i… najbardziej odpowiedni ludzi robią co mogą, by zapobiec spełnieniu się tych strasznych podejrzeń…
- Ale… - Cathy nadal zżerała ciekawość, chciała się dowiedzieć więcej ale wiedziała, że nie zdoła przekonać McGonagall. Była kobietą zawsze trzymającą się swoich zasad, co Cathy bardzo szanowała odkąd tylko ją poznała. Mimo wszystko ta cecha czasami była dość denerwująca - na przykład teraz – Czemu pani mi to mówi, skoro nie chce pani dodać nic więcej? Nie dowiedziałam się właściwie niczego poza to, że jest gorzej niż myślałam.
- Chodziło o to, byś zrozumiała powagę sytuacji – powiedziała szorstko starsza kobieta, prostując się na krześle – Wkrótce i tak się dowiesz wszystkiego, i gwarantuje, nie będziesz z tego zadowolona. Będziesz, tak jak my wszyscy, modliła się, by to wszystko okazało się tylko złym snem. Ale na razie…
Wyciągnęła w jej stronę kartonowe, zapieczętowane pudełko, które od jakiegoś czasu nerwowo obracała w dłoniach. Cathy zawahała się, patrząc na nią podejrzliwie, ale nie miała wyboru. Ostrożnie wzięła pudełko do rąk. Kiedy opuszki jej palców zetknęły się z szorstkim, papierowym opakowaniem poczuła ciepły, pulsujący przepływ magii ochronnej.
- Niech pani słucha teraz uważnie – McGonagall pochyliła się krześle. Cathy z trudem oderwała spojrzenie do pudełka i uniosła głowę – To pudełko zawiera bardzo ważną przesyłkę, która może odegrać kluczowe znaczenie w całym tym zamieszaniu.
- Kluczowe? To znaczy, że…
- Może nam pomóc! – powiedziała McGonagall, podnosząc lekko głos – Pudełko jest zapieczętowane najsilniejszymi zaklęciami, a rzucił jej sam Dumbledore, więc niech sobie panienka nie myśli, że uda jej się tam zajrzeć.
- Ale po co mi to pani daje, skoro mam tam nie zaglądać? – zapytała rozdrażnionym tonem Cathy, czując narastającą chęć, by przekonać się, co jest w środku pudełka.
- Daję ci je, żebyś przekazał je swojemu wujowi, Godwinowi Pigeonowi.
Cathy opadła szczęka.
- Hę? –zapytała nieprzytomnie, kiedy udało jej się zamknąć usta – A co on ma niby z tym wspólnego?
- Bardzo wiele – powiedziała McGonagall niecierpliwie – Należy do jednych z najważniejszych ludzi, działających w powstającym właśnie, na polecenie Dumbledore’a, ruchu oporu przeciw tym… mordercom.
- Co? – Cathy patrzyła na nią jak na wariatkę – Wujek Good ma być w jakimś ruchu oporu? Przecież on jest Badaczem, na walce zna się tyle, co ja na wróżeniu z herbacianych fusów!
McGonagall zmarszczyła groźnie czoło, a Cathy natychmiast pożałowała swoich ostatnich słów. Nauczycielka wyglądała, jakby miała ochotę dać jej miesięczny szlaban.
- Badacze są nam w tej chwili równie potrzebni, co wykwalifikowani aurorzy, panno Austen! To, że zdaje ci się, że ci ludzie nie pełnią ważnego zadania w takich konfliktach, nie znaczy, że tak jest w istocie!
- Ale… - Cathy starała się uformować jakoś następne pytanie – Co takiego jest w tym pudełku, że musi się znaleźć w posiadaniu mojego wujka i czemu akurat ja mam mu je dostarczyć? Skoro to takie ważne, czemu nie zajmie się tym Dumbledore?
Profesor McGonagall popatrzyła na nią z dziwnym błyskiem w oczach, który sprawił, że Cathy mimowolnie się skuliła się na stołku.
- Niestety, profesor będzie zajęty czymś innym… Czymś równie ważnym - Cathy prychnęła, ale profesor zlekceważyła to i ciągnęła dalej – Poza tym „tamci” wiedzą, że posiadamy ten właśnie przedmiot i będą się spodziewać, że znajdzie się on w posiadaniu kogoś… Bardziej odpowiedniego do ochrony. Taka rzecz...
- Powie pani w końcu, co to jest? – zapytała Cathy, całkowicie rezygnując z prób kontroli własnego głosu.
- Nie! – kobieta prawie wrzasnęła – Raz już powiedziałam, że nie dowie się pani, co zamknięte jest w tym pudełku. To dla pani dobra, proszę mi uwierzyć! – wzięła głębszy oddech i opadła na fotel, starając się uspokoić – Kontynuując… „Tamci” spodziewają się, że w niedługim czasie ten przedmiot przejdzie z rąk do rąk. Nie wiedzą jednak, kto ma go teraz ani kto będzie jego odbiorcą. Trudno im będzie to ustalić, i z pewnością nie będą się spodziewać, że przedmiot znajdzie się w ekspresie Hogwart, pod opieką szesnastoletniej dziewczynki.
- Czy to nie jest ryzykowne? – zapytała Cathy prowokującym tonem – To naraża wszystkich podróżujących uczniów na śmierć, jeśli „tamci” się dowiedzą. Z tego, co pani powiedziała, przypuszczam, że nie powstrzymają się od wymordowania kilkuset nastolatków, jeśli będą przeszkadzać im w zdobyciu tej rzeczy…
- Odniosłaś dobre wrażenie – powiedziała McGonagall, całkowicie przechodząc już na ty – Z pewnością nie będą się przed tym wahali. Ale jesteśmy prawie pewni, że taki wypadek się nie zdarzy.
- A niby skąd jesteście tego pewni? – Cathy łypnęła na nią nieprzyjaźnie.
- Po pierwsze, jak już mówiłam, nie będą się spodziewać, że powierzymy tą rzecz zwykłemu uczniowi. Poza tym, przynajmniej jak na razie, nie będą w stanie zaatakować Ekspres Hogwart . To dla nich zbyt duże ryzyko – na razie działają w konspiracji, zabijają z ukrycia, nigdy nie dochodzi do otwartego starcia. Ludzie giną pojedynczo, nigdy nie grupami… przynajmniej jak na razie.
- To słabe argumenty! – powiedziała Cathy hardo, czując że ogarnia ją złość – Ci ludzie są nieobliczalni, mogą dowiedzieć się tego wszystkiego! W tym momencie ktoś może stać za drzwiami i podsłuchiwać.
- Myślisz, że profesor Dumbledore nie zadbał o to, żeby ta rozmowa odbyła się w całkowitej tajemnicy?
- Z tego co wiem, to jego tutaj nie ma! – powiedziała Cathy, rozglądając się po gabinecie z kpiącym uśmieszkiem.
- Ty głupia trzpiotko, myślisz, że Dumbledore’a ograniczają takie rzeczy?!? – profesor McGonagall całkiem straciła nad sobą panowanie. Okulary zsunęły jej się z nosa -To najpotężniejszy czarodziej na świecie, zna sposoby ochrony o jakich tobie nawet się nie śniło!
Cathy miała wielką ochotę powiedzieć coś niemiłego, ale widząc, że nozdrza profesor McGonagall niebezpiecznie drgają, zamknęła szybko usta.
- Więc… - nauczycielka z trudem kontynuowała – Kończąc tą rozmowę: Nie powiesz nikomu ani słowa o tej przesyłce. Zresztą, nie będziesz w stanie. Jestem Strażnikiem Tajemnicy wszystkiego, co ci teraz powiedziałam.
Cathy zazgrzytała zębami. A więc teraz znajduje się pod władzą zaklęcia i będzie musiała trzymać język za zębami nawet w stosunku do swoich przyjaciół. Jej szacunek do profesor McGonagall diametralnie się zmniejszył. Mówiąc wprost – była na nią wściekła.
- Schowasz to pudełko w najbezpieczniejsze znane ci miejsce i postarasz się, by nikt przypadkiem go nie znalazł. Kiedy będziesz już we Francji, jak najszybciej przekażesz pudełko Goodwin’owi. On o wszystkim wie, jest wtajemniczony, nie będzie potrzeby informowania go o niczym dodatkowym.
Cathy nie spuszczała wzroku z poznaczonej zmarszczkami twarzy kobiety.
- Jeszcze raz powtórzę najważniejsze… - powiedziała McGonagall zadziwiająco spokojnym głosem, odwzajemniając spojrzenie Cathy – Pod żadnym pozorem nie próbuj otwierać pudełka! Proszę cię, byś w swej ignorancji nie pomyślała, że będziesz w stanie złamać zaklęcia rzucone przez Dumbledore’a! Takie próby mogą się dla ciebie źle skończyć.
Cathy nic nie powiedziała, nie miała nawet zamiaru pytać, co to znaczy „źle skończyć”.
- Jeszcze jednak sprawa – dodała po chwili McGonagall, kiedy zrozumiała, że Cathy nie ma zamiaru nic powiedzieć – Czasy są niebezpieczne, dlatego pewne… wykroczenia mogą być dopuszczone, jeśli mają służyć dobremu celowi i mogą pomóc w powodzeniu misji.
- A teraz o co chodzi? – zapytała niecierpliwie Cathy, czując, że to wszystko zaczyna jej się naprawdę mało podobać.
- Wszyscy są święcie przekonani, że nadal ciąży na tobie zaklęcie blokujące. Twoje przemiany…
Cathy uniosła brwi.
- Jakie przepiany?
McGonagall prychnęła, patrząc na nią ze złością.
- Jak to jakie? Animagiczne, panno Austen! Na brodę Merlina, a uważałam panią za inteligentną.
Cathy poczuła, że żołądek zaczął się jej gwałtownie skręcać.
- Yyy…Co ma pani na myśli mówiąc, że wszyscy są święcie przekonani, że nadal jestem… zablokowana? - zastanawiała się gorączkowo jak z tego wybrnąć – Przecież jestem!
- Właśnie… - profesor wstała z krzesła i obeszła biurko, stajać tuż u jej boku – Stwierdziliśmy jednak, że w takiej sytuacji nic nie stoi na przeszkodzie na powrót przywrócić pani mocy zmieniania się w zwierzę.
- Nie ma potrzeby! – Cathy gwałtowi wstała i cofnęła się na drugi koniec gabinetu – Ja…Myślę, że to nie będzie konieczne…
McGonagall wyglądała na mocno wytrąconą z równowagi.
- Nie chcesz na powrót odzyskać umiejętności, której nabycie zajęło ci tyle czasu?
- Nie, nie… - Cathy zaśmiała się histerycznie – Już się przyzwyczaiłam, ja naprawdę…
- Proszę nie pleść głupstw, panno Austen!
- Ale ja…
- I proszę mi wyjaśnić, o co tak naprawdę chodzi…
Cathy otwarła usta po czym zamknęła je z rezygnacją.
- No dobra… - burknęła obrażonym tonem, dochodząc do wniosku, że i tak prędzej czy później wszystko się wyda – Nie ma już czego zdejmować. Znaczy się, czarów… - wzruszyła ramionami, widząc zaskoczoną minę nauczycielki – Już dawno temu udało mi się rozpracować te zaklęcia. Trochę mi to zajęło, ale…
Mina McGonagall nie wróżyła niczego dobrego.
- Chcę się pani przekonać? – zapytała Cathy cicho. Nie doczekała się odpowiedzi – profesor nada patrzyła na nią z miną wściekłego bazyliszka.
- Okej… - powiedział dziewczyna ponuro, po czym bez zmrużenia oka zaczęła zmieniać się w kota.
Po całym jej ciele rozlało się nagle ciepło, jakby właśnie usiadła przy pełnym płomieni kominku. Czuła jak całe jej ciało skręca się i wyciąga – nie było to jednak niemiłe doświadczenie, czułą się raczej jakby ktoś bardzo ciasno obwinął wszystkie jej kończyny kocem. Obraz, jaki widziała zmienił się – po pierwsze patrzyła na McGonagall z dołu, poza tym widziała ją teraz we wszystkich odcieniach szarości.
Po kilku sekundach stwierdziła, że dość już tej prezentacji i z powrotem zmieniała się w człowieka. Teraz stała naprzeciw McGonagall, czekając aż ta w końcu coś powie. Jej twarz była nieprzenikniona.
- No, no, no… - powiedziała po chwili cicho i ku zaskoczeniu Cathy prawie się uśmiechnęła. Dziewczyna wytrzeszczyła na nią oczy.
- Dumbledore miał jednak rację, kiedy mówił, że zobaczę jeszcze w życiu coś ciekawego… – dodała, podchodząc do drzwi i otwierając je – To wszystko, co chciałam pani przekazać. I niech pani nie zapomni pudełka, panno Austen!

****************



Cathy szła przez zamkowe korytarze jak w transie. Po wyjściu z gabinetu McGonagall wepchnęła pudełko pod szatę i zaciskając na nim ramiona ruszyła szybkim krokiem w stronę dormitorium. Zastanawiała się jednocześnie nad kilkoma rzeczami: Gdzie schować pudełko, jak wytłumaczyć Lily, dlaczego spóźniła się na spotkanie, nie zdradzając szczegółów a przede wszystkim, myślała o tym, kim naprawdę są „Tamci”…
McGonagall mówiła, że to dopiero początek… Że czekają nas rzeczy jeszcze straszniejsze… Co ja mówię, one już się dzieją, ale „Prorok”, jak zawsze, wszystko tuszuje…
Cathy poczuła, że przeszedł ją dreszcz… Prawie trzydzieści morderstw, sprawcy nie zostali schwytani, ludzie boją się wyjść z domu – i to jeszcze nie wszystko… Ma być gorzej… jeszcze gorzej…
Ale jak Dumbledore dobierze się tamtym do skóry, nie będzie im wesoło!
- Sukinsyny… - mruknęła sama do siebie.
- Co mówiłaś, kochana? – zapytała Gruba Dama. Cathy dopiero teraz zdała sobie sprawę, że już dotarła do wierzy Gryffindoru.
- Nie, nic… - powiedziała uprzejmym tonem, uśmiechając się przepraszająco do Grubej Damy.
- Znasz to hasło, czy będziesz tu tak sterczeć? – burknęła niezadowolona, przyglądając się swoim dłoniom.
- Magiczna czwórka.
- Ano… - Dama tylko wzruszyła ramionami. Portret odchylił się do tyły, skrzypiąc cicho.
Cathy wpadła do pokoju i pokonała go kilkoma długimi susami, nie rozglądając się na boki. Nie chciała, żeby Syriusz, James ani inny Huncwot zatrzymał ją i wypytywał o rozmowę z McGonagall. Jeszcze nie wymyśliła, co im powiedzieć. Kiedy znalazła się na ciemnej klatce zatrzymała się na chwilę i wsparła plecami o chłodną ścianę.
Stała tak przez chwilę, czując pulsujące spod jej szaty ciepło. Pudełko musiała być rzeczywiście dobrze chronione – jeszcze nigdy nie widziała tak silnie emanującego magią przedmiotu. Cathy ruszyła znów schodami w górę, zastanawiając się, jakich zaklęć użył Dumbledore. Gdyby udało jej się to rozszyfrować, mogłaby…
Stop! Potrząsnęła głową, jakby chciała się odgonić od natarczywych myśli. McGonagall ostrzegała cię, żebyś nawet się za to nie brała! Po prostu sobie dopuść, okej???
Cathy westchnęła. Nie była przyzwyczajona do słuchania poleceń, zawsze robiła wszystko na przekór. Ale teraz coś podpowiadało jej, że sprawa jest ważniejsza niż jakieś głupie łamanie szkolnego regulaminu. Tym razem trzeba przełknąć dumę i odpuścić.
Ale tak ją kusi…
Pogrążona w myślach nawet nie zdała sobie sprawę, że położyła dłoń na klamce do dormitorium. Jak w transie pchnęła drzwi i weszła do środka.
Spodziewała się, że w dormitorium nie będzie nikogo. Lily powinna być na błoniach i czekać na nią, a Maggie…
Maggie siedziała na swoim łóżku i z grobową miną obserwowała swój do połowy zapakowany kufer.
- Cześć – powiedziała sztywno Cathy, zmierzając do swojego łóżka.
- Cześć… - odburknęła blondynka, nie zaszczycając ją nawet spojrzeniem. Cathy to pasowało – przynajmniej nie miałaby okazji do zauważenia rzucającego się w oczy wybrzuszenia pod jej szatą.
Zielonooka uklękła przy swoim kufrze, podniosła wieko i szybkim ruchem wepchnęła pudełko między ubrania. Żadne inne miejsce nie przychodziło jej do głowy. Szafka nocna, ani ta na ubrania nie były dobrym pomysłem – każda z dziewczyn mogłaby ją otworzyć, nawet nie po to, żeby przeszukać jej rzeczy, ale po prostu przez zwykłe roztargnienie. Zatrzasnęła kufer i wepchnęła go pod łóżko, po czym się wyprostowała, otrzepując ręce.
- Czemu tu siedzisz? – zapytała zdawkowym tonem Maggie, odwracając się w jej stronę. Jej mina nie zmieniła się nawet o drobinę, odkąd Cathy weszła do pokoju.
- A czemu nie?
- No nie wiem… - Cathy zastanawiała się, po co w ogóle zaczynała rozmowę. Nie miały sobie nic do powiedzenia a na szybką zgodę nie miała co liczyć – Jest tak ładnie, ja i Lily idziemy pływać…
- Super, życzę miłej zabawy – powiedziała chłodno, po raz pierwszy na nią patrzeć. Nie było to jednak spojrzenie przepełnione serdecznością.
Cathy wzruszyła ramionami, po czym już bez słowa opuściła dormitorium. Już na klatce schodowej poczuła, że jest jej smutno. Tak jak kilka minut temu, oparła się o kamienny mur i znów kontakt z chodnym kamieniem przyniósł jej ulgę.
Osunęła się na stopień i usiadła na nim. Siedziała tak przynajmniej kilkanaście minut. Zza uchylonych drzwi dormitorium nie doszedł ją nawet najcichszy odgłos.

********
- Świetnie! No po prostu świetnie!
- Lily…
- Czekam na ciebie od godziny! Zdajesz sobie z tego sprawę???
- Tak, zdaję ale…
- Powiesz mi gdzie byłaś? Jeśli nie masz dobrego wytłumaczenia, to….!!!
- McGonagall mnie zaciągnęła do gabinetu! I trzymała tam strasznie długo, na serio.
- Co?... Niby o co znowu chodziło?!?
- O huncwotów… Ona chyba próbuje z nas wyciągnąć, skąd oni znają te wszystkie tajne wyjścia i w jaki sposób udaje im się zawsze uciec…
- A niby skąd my mamy to wiedzieć, hę?
- Nie wiem, ale McGonagall wyglądała na zdeterminowaną. Musimy ich ostrzec, żeby trochę przyhamowali, bo jak nic ich złapie…
- Super… I przez taką głupotę zmarnowałam tyle czasu gapiąc się jak idiotka w taflę wody! Wielkie dzięki…
- Przecież to nie moja wina…
- Uff… Wiem, wiem… No dobra, postaram się opanować…
- … To co, może jednak popływamy?
- Może jednak… Może jest głębokie i szerokie.... Uf, jak ja nie cierpię się denerwować!

***********************

Cathy Austen, Lilianne Evans, Syriusz Black, James Potter, Remus Lupin i Peter Pettigrew spędzili wspólnie ostatnie kilkanaście godzin roku szkolnego, dzieląc ze sobą przedział w Ekspresie Hogwart. Na peronie w Hogsmeade wpadli na z Maggie, ale ta nawet na nich nie spojrzała, kiedy przekrzykiwali się jeden przez drugiego, pytając, czy nie chciałaby z nimi usiąść.
Udało im się znaleźć całkiem pusty przedział, prawie na samym końcu pociągu, gdzie spędzili całą podróż grając w Eksplodującego Durnia, w szachy czarodziejów (Peter popisał się kilkoma mistrzowskimi zagraniami, nie dając Cathy, Jamesowi i Remusowi najmniejszej szansy) lub po prostu rozmawijąc.
Gdzieś w połowie jazdy do ich przedziału zaglądnęła jasna głowa Laurence Aniston, na co Cathy zareagował nagłym skokiem ciśnienia. Przez ostatnie dwa tygodnie skutecznie udało jej się unikać dziewczyny, w czym pomagał jej rozregulowany rozkład zajęć – nie musiała już co rano schodzić do Wielkiej Sali o tej samej porze, co reszta szkoły, poza tym całe dnie spędzała na błoniach lub w pokoju wspólnym, gdzie Laurence nie mogła jej dopaść. Teraz jednak nie mogła uciec i musiała zmierzyć się z własnym wybuchowym temperamentem. Mimo wzrastającej złości, jaką wywołał w niej widok lekceważącej miny blondynki, obiecała sobie, że nie straci nad sobą panowania.
- Syriusz, James… - powiedziała Laurence swoim pustym , cienkim głosikiem i uśmiechnęła się w dziwnie krwiożerczy sposób – Chciałam wam tylko życzyć miłych wakacji.
Cathy łypnęła na nią złowrogo.
- Hestia także… - dodała Lorence po efektownej pauzie, po czym odwróciła się, złapała za szaty jedna z jej koleżanek i wepchnęła ja do przedziału.
Cathy znała ją z widzenia. Hestia miała czarne, proste włosy, opadające aż do pasa i bladą cerę, na której teraz wykwitły jasnoróżowe plamy - dziewczyna byłą wyraźnie zawstydzona. Starała się z powrotem wydostać z przedziału ale Laurence zablokowała jej drogę, cały czas uśmiechając się kpiąco.
- Hmm… - Syriusz doszedł do wniosku, że jednak wypadało by coś powiedzieć – To miło, my też wam życzymy miłych wakacji – Kończąc zdanie łypnął znacząco w stronę Cathy.
Remus i Peter z zainteresowaniem obserwowali nieme wysiłki czarnowłosej w wydostaniu się z przedziału, Lily ze zdegustowaną miną patrzyła się na bladą twarz Laurence, za to James wyglądał na bardzo rozbawionego.
- Nazywasz się Hestia, tak? – zapytał zaczepnym tonem. Z jego twarzy nie schodził ironiczny uśmieszek.
Hestia rzuciła w stronę Syriusza przerażone spojrzenie.
- Taa… - powiedziała po chwili łamiącym się tonem.
- Jesteś najlepszą przyjaciółką Johnnego Corso? Mówił mi kiedyś o tobie…
Hestia pokiwała głową i przełknęła ślinę, a jej spojrzenie znów omiotło twarz Syriusza. Cathy skwitowała to pogardliwym prychnięciem.
Laurence szybkim ruchem zwróciła głowę w jej stronę.
- Kogo my tu mamy… - jej ton był przepełniony złośliwym zadowoleniem – Etatowa dziwka…
Cathy zerwała się z siedzenia z szybkością błyskawicy, gotowa rzucić się Laurence do gardła ale Syriusz był szybszy. Skoczył za nią i złapał ją w pół, pociągając z powrotem na fotel. Upadli na niego razem, tak że Cathy znalazła się teraz na jego kolanach, cały czas szarpiąc się i wyrywając.
Laurence cofnęła się o krok, przez chwilę na jej twarzy widać było przerażenie ale gdy zobaczyła, że Syriusz trzyma Cathy mocno, znów przywołała na twarz swój charakterystyczny, wredny uśmiech.
- No, co jest? – zapytała, patrząc Cathy prosto w oczy – Chyba wiesz, że cała szkoła tak uważa?
- Laurence, spadaj stąd! – warknął Syriusz, mrużąc swoje wielkie, czarne oczy. Laurence spojrzała na niego z zawodem i niezadowoleniem ale nie ruszyła się nawet o krok.
- A co na to powie twoja dziewczyna? – zapytała niewinnym tonem a jej rzęsy załopotały, kiedy puściła do Syriusza oczko – Chyba nie jest zadowolona, że znowu się z nią zadajesz, co?
- Nie mieszaj do tego mojej dziewczyny! – wysyczał Syriusz, jednocześnie wstając z fotela. Cathy próbowała skorzystać z okazji i w końcu rzucić się na Laurence, ale Syriusz stanął zaraz przed nią, przytrzymując ją cały czas za nadgarstek, jakby dobrze wiedział, co jej chodzi po głowie.
- Masz się natychmiast wynieś, Laurence!
- Bo co? – zapytała Laurence wojowniczym tonem, wytrzeszczając na niego oczy – Zbijesz mnie???
- Nie biję dziewczyn… - wycedził Syriusz, patrząc na nią z niesmakiem – Ale ona – tu skinął głową w stronę Cathy - na pewno nie będzie miała wyrzutów sumienia, kiedy rozkwasi ci ten zadarty nosek. A ma naprawdę niezły prawy sierpowy!
Laurence zrobiła lekko przestraszoną miną ale już po chwili prychnęła jak rozzłoszczony kot, odwróciła się i sprężystym krokiem odeszła od drzwi przedziału. Hestia natychmiast skorzystała z okazji i rzuciła się za nią do wyjścia.
Syriusz wypuścił głośno powietrze i z głośnym klapnięciem opadł na siedzenie obok Cathy.
- Czemu mnie przytrzymałeś? – dziewczyna zezowała na niego nieprzyjaźnie. Ręce miała założone na piersi – Następna okazja, żeby ją zlać może przydarzyć się dopiero we wrześniu! Nie wiem, czy tyle wytrzymam!
- Będziesz musiała…
Cathy burknęła coś obrażonym tonem i odwróciła spojrzenie z powrotem do okna.
- Niesamowite… - powiedziała cicho Lily. Cathy uniosła na nią pytający wzrok.
- Że można aż tak bardzo się nie cierpieć, jak ty i Laurence. To była nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Cathy zaśmiała się zimno. No tak, ona i krukonka nie przepadały za sobą od czasu, kiedy ta zaglądnęła do ich przedziału prawie rok temu, kiedy Cathy po raz pierwszy jechała do Howartu. Zapiekło ją w żołądku na to wspomnienie.
Popatrzyła po wszystkich towarzyszach jej podróży – skład trochę się zmienił odkąd ostatnio siedziała w tym pociągu. Kogoś ubyło, kogoś przybyło…
Nagle zobaczyła, że James zerka na nią. Spojrzała na niego wyzywająco a on od razu odwrócił głowę, ale nie zdążył ukryć przed nią uśmiechu rozbawienia.
- Z czego rżysz? – zapytała, unosząc brwi.
- Z niczego.. – powiedział szybko chłopak, nie patrząc jej w oczy. Remus westchnął cicho, a jego twarz wyrażała politowanie, jakby chciał powiedzieć „Co za dzieci…” Peter wyglądał na lekko rozkojarzonego – wciąż przenosił spojrzenie z Jamesa, który wciskał sobie pięść do ust, starając się pohamować śmiech, na Syriusza, siedzącego nieruchomo z kamienną twarzą.
-Wiesz co James, powiedz nam co się tak rozbawiło, to może wszyscy razem się pośmiejemy… - powiedziała Lily, przewracając strony czasopisma „Czarownica”, które przed chwilą wyciągnęła z torebki.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! – powiedział James, prostując się i wypinając pierś, co Lily skwitowała wymownym spojrzeniem w sufit – Chodzi o twoją minę, Cathy! I jego! – wskazał palcem na Syriusza.
Cathy spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka.
- Bardzo zabawne!
- Cała aż się gotowałaś, naprawdę, na twojej twarzy malowała się żądza mordu!
- Cudownie… - westchnęła Cathy, opierając głowę o chłodną szybę.
- A on wyglądał tak, jakby chciał się utopić – zaśmiał się James, patrząc z rozbawieniem na Syriusza – Jakbyś mówił: „Czemu ja, czemu ja, co ja takiego zrobiłem, że te wszystkie laski uganiają się za mną i nie dają mi nawet chwili spokoju???”
- James, lepiej się zamknij! – Syriusz rzucił w niego „Prorokiem”, który leżał obok niego. James, teraz już jawnie się śmiejąc, zasłonił się ramieniem. Gazeta zsunęła się po nim i pacnęła cicho na podłogę, otwierając się na stronie z wielkim zdjęciem Minister Magii. Cathy spojrzała na wielki, czarny nagłówek. Nawet z tej odległości mogła przeczytać słowa: KOLEJNE PORWANIA, ZNIKNIĘCIA I MORDERSTWA. NASI KORESPONDENCI ZDOBYWAJĄ NOWE WIADOMOŚCI.
- Jesteś nieczułym draniem! – powiedziała chłodno Lily, co natychmiast zamknęło Jamesowi usta.
- A tak właściwie – odezwał się nagle Remus, zwracając głowę w stronę Cathy – To od kiedy Laurence Aniston jest w stanie wyprowadzić cię z równowagi?
-Przechodzę trudny okres.. . – powiedziała Cathy z przekąsem – Nerwy mi puszczają w złych momentach.
- Tak, te wakacje naprawdę się nam przydadzą… - mruknął Syriusz, zerkając na nią ukradkiem.
Remus uśmiechnął się pod nosem i podniósł z podłogi „Proroka” Otworzył go na pierwszej stronie i zniknął za gazetą. Peter wcisnął się głębiej w fotel i zaczął układać figury z Czarodziejskich Szachów w wykładanych materiałem otworach, a James łakomym wzrokiem obserwował nieświadomą tego Lily, której spojrzenie było utkwione w artykule: „ Jak zrobić z siebie boginię i za bardzo się nie namęczyć! Znane czarodziejki zdradzają swoje sposoby na łatwe poprawienie wyglądu!. Całkiem nowe zaklęcia, tylko u nas!”
- A właśnie apropo… - Lily uniosła głowę tak nagle, że James podskoczył i szybko odwrócił wzrok. Ruda tego nie zauważyła bo jej spojrzenie skierowane było na Syriusza– To kto jest teraz twoją dziewczyną? Z tego co wiem, kiedy byliśmy pokłóceni miałeś ich kilka ale ostatnio nie zauważyła, żeby jakaś się przy tobie kręciła.
- No właśnie… - Peter zmarszczył brwi – Mówiłeś, że zerwałeś z ostatnią.
- Bo zerwałem! – powiedział Syriusz takim tonem, jakby się im tłumaczył z czegoś wstydliwego – Laurence ma przestarzałe informacje.
- Z tego co wiem… - zaczął tajemniczo James, patrząc na Syriusza uważnie – To ta laska, z którą ostatnio byłeś… Ta…?
- Wendy… - podpowiedział mu Syriusz.
- No właśnie… Ta Wendy chyba nie pogodziła się z tym, że z nią zerwałeś… Nadal wszystkim mówi, że jesteście parą.
- Oh, świetnie… - powiedział Syriusz cierpiętniczym tonem a jego głowa opadła na oparcie fotela.
- Chciałem ci już dawno powiedzieć, ale zapomniałem. Dobrze by było, żebyś to zerwanie ogłosił publicznie, bo jak nie to ona będzie to ciągnąc ile będzie się dało…
- Co za idiotka… - powiedziała cicho Cathy – Nie ma godności! Gdybyś mnie rzucił, chodziłabym po korytarzu i przeklinała cię ile wlezie a nie opowiadała wszystkim, że jesteś w porządku.
- No to musze zapamiętać, żeby nigdy z tobą nie zrywać! – powiedział kąśliwe Syriusz, co wywołało wybuch wesołości Petera i Jamesa. Remus i Lily tylko popatrzyli na nich z niesmakiem. Cathy spojrzała na Syriusza z politowaniem ale nic nie powiedziała.

******
Pociąg zatrzymał się na peronie dziewięć i trzy czwarte około piątej po południu. Cała siódemka przyjaciół, pomagając sobie nawzajem, wytaszczyła kufry i klatki z kotami i sowami na zewnątrz po czym zaczęla rozglądać się po peronie. Cathy i Syriusz z niezadowoleniem, Lily z nadzieją, James i Peter z niecierpliwością, a Remus z niepewnością.
- Są tam… - powiedział cicho Syriusz, wskazując głową w stronę barierki, łączącej peron ze światem mugoli, do którego wracali na dwa miesiące. Kilka kroków od niej stało dwoje ludzi. Wysoka, szczupła kobieta, o wyniosłej twarzy i ciemnobrązowych włosach, które zaczynały już siwieć i mały najwyżej dziesięcioletni chłopiec, równie szczupły co jego matka, o czarnych, lśniących włosach, które Cathy były bardzo dobrze znane
- To co… - westchnął Syriusz, nie odrywając wzroku od swojej matki i młodszego brata, Regulusa – Chyba idę…
James klepnął go w ramię, uśmiechając się szeroko. Remus i Peter też przestali wypatrywać swoich rodzin i odwrócili się do przyjaciela.
- Trzymaj się stary!
- Spotykamy się na Pokątnej, no nie? A może nawet wcześniej, jak się będzie dało…
- Ta.. – Lily uśmiechnęła się do Blacka, podchodząc bliżej – Może my też się zjawimy…
- Trzymaj się, Łapo!
- Kto? – zapytała Cathy, patrząc na Jamesa pytająco.
- Nikt… - powiedział chłopak trochę za szybko i odwrócił głowę, ale Cathy nie spuściła z niego badawczego spojrzenia.
- Cathy.. – Syriusz zwrócił się do niej. Na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmieszek – Nie powiesz „ Do widzenia”?
Cathy spojrzała na niego krytycznie, ale po chwili, trochę mimo sobie podeszła do chłopaka, objęła go mocno za szyję i szepnęła do ucha: „Do zobaczenia”…
Kiedy go puściła, tylko się do niej uśmiechnął po czym westchnął, podniósł kufer i ruszył w stronę swojej rodziny, z miną, jakby szedł na skazanie.
- Biedaczysko… - westchnął James, odprowadzając kumpla wzrokiem – Ta jego rodzinka… Nie wiem, czy kiedyś z nimi gadaliście? Są okropni…
- James! Peter!
Wszyscy przyjaciele odwrócili się jak na komendę. Kilkanaście kroków dalej stało troje ludzi: niska, pulchna kobieta o dobrotliwej twarzy, jasnych, krótko ostrzyżonych włosach i niebieskich, wodnistych oczach oraz trzymająca się za ręce para: bardzo ładna kobieta o kruczoczarnych włosach, zwiniętych w zgrabny kok oraz wysoki mężczyzna o ciemnej brodzie i krzaczastych wąsach.
- Mamo, tato! – ryknął James i rzucił się w ich kierunku. Peter zamachał swojej matce dłonią i też szybko ruszył w ich kierunku.
Cathy patrzyła, jak ciemnowłosa kobieta wybiega Jamesowi na spotkanie i bierze go w ramiona, jak jego ojciec uśmiecha się serdecznie do syna i kiwa głową z zadowoleniem, jak jasnowłosa matka Petera przyciągał go łagodnie do siebie i głaszcze po równie jasnych włosach, co jej własne.
Cathy patrzyła na to, a jej serce ściskało się z bólu i zazdrości.
- Chodźcie tu! – James machnął do nich ręką – Co tak stoicie?
Cathy, Lily i Remus podeszli do nich niepewnie.
- Witajcie… - powiedziała mama Jamesa, uśmiechając się szeroko. Miała ciemnoczerwone usta i jasno brązową cerę, którą James po niej odziedziczył, podobnie jak kruczoczarne włosy. Za to ojciec obdarzył go orzechowymi oczami. Poza tym uśmiechali się w ten sam, charakterystyczny sposób.
- Dzień dobry… - odpowiedzieli chórem. Cathy kątem oka spostrzegła, że Remus rozgląda się nerwowo.
- Mamo, tato… – James spojrzał niepewnie na Lily, targając sobie włosy na czubku głowy, jakby chciał się upewnić, że nie są zbyt uporządkowane. Cathy natychmiast przypomniała się scena nad jeziorem i parsknęła śmiechem – Chciałbym wam przedstawić Lily… Nareszcie przydarzyła się okazja…
- Witaj, Lily – pani Potter uśmiechnęła się szeroko – James dużo nam o tobie opowiadał. Jak minął semestr.
- Dobrze… - Lily wyglądała na lekko zaskoczoną tym, że James wspominał o niej swoim rodzicom, Cathy wcale to nie zdziwiło – już na pierwszy rzut oka było widać, że James miał z nimi bardzo dobry kontakt. Zazdrość Cathy jeszcze bardziej przybrała na sile.
- My się już znamy… - pan Potter zwrócił się do Remusa. Jego niski, ciepły głos łagodnie ocierał się o uczy – Twój ojciec jest tam…
Remus odwrócił się w stronę, którą wskazywał mężczyzna a na jego twarzy pojawiła się jednocześnie ulga i zakłopotanie. Cathy podążyła za jego wzrokiem i spostrzegła, wysokiego, zgarbionego mężczyznę o zmęczonej twarzy i smutnych oczach. Rozglądał się po peronie z wyraźnym niepokojem.
- Tato… - zawołał Remus, lekko łamiącym się tonem. Cathy, Lily, James i Peter oraz ich rodziny obserwowały, jak ojciec Remusa rusza szybkim krokiem w ich stronę.
- Dzień dobry… - powiedział, kiedy stanął przy swoim synu. Miał głos bardzo podobny do głosu syna, zresztą nie była to jedyna cecha, która ich łączyła: mieli takie same wielkie, szare oczy, te same szerokie czoła i długie, lekko zakrzywione nosy.
- Witaj Incartusie – powiedzieli wszyscy trzej dorośli jednocześnie.
- Właśnie się zastananawialiśmy, czy może nie wstąpilibyście wszyscy do nas do domu na małą herbatkę – dodała pani Potter, uśmiechając się do mężczyzny zachęcająco.
- Oh, Penelopo, dziękuję, ale niestety nie mogę… - Incartus położył dłoń na ramieniu syna, który cały czas wpatrywał się w swoje buty. Cathy patrzyła na niego, nie bardzo wiedząc, czemu Remus zachowuje się tak, jakby wstydził się tej sceny – Spieszymy się, moja żona czeka na nas w samochodzie, jedziemy do Świętego Munga, do Ronnie...
- Jak ona się czuje? – zapytała zatroskanym tonem mama Petera.
- Już lepiej, dziękuje ci, Lidio… - pan Lupin uśmiechnął się dobrodusznie, jednak ten uśmiech nie zdołał ukryć zatroskania i zmęczenia, ciągle obecnego na jego twarzy – Ale opieka uzdrowicieli wciąż jest potrzebna.
Cathy chciała spytać, co dzieje się z tą Ronnie i kim ona w ogóle jest, ale dostrzegła ostrzegawcze spojrzenie Lily i zamknęła usta.
- Będziemy już iść – pan Incartus westchnął i spojrzał na syna. Remus nieznacznie skinął głową i zaczął się odwracać.
- Co, chcesz odejść tak bez pożegnania? – zapytała Cathy z niedowierzaniem. Remus spojrzał na nią z lekko wystraszoną miną ale ona nie czekając na pozwolenie podeszła do niego i mocno go przytuliła.
Remus wyglądał na mocno zmieszanego. Lily także go przytuliła i szepnęła mu coś do ucha, ale wśród wciąż panującego na peronie harmideru Cathy nie usłyszała, co to było.
- No, trzymaj się stary! – zawołał się James a Peter uśmiechnął się do Remusa znad ramienia swojej matki – Widzimy się na Pokątnej.
- Tak, dzięki… - powiedział Remus, a na jego twarzy pojawił się wreszcie uśmiech. Cathy dostrzegła, że jego ojciec patrzy na syna z dziwnym wzruszeniem i jakby z niedowierzaniem. Dostrzegł jej spojrzenie i ich oczy się spotkały. Cathy uśmiechnęła się niepewnie a mężczyzna odwzajemnił gest – pomarszczona skóra przy wargach wyprostowała się, gdy uniósł je w uśmiechu.
- Do widzenia, Penelopo, Henry, Lindo… - ojciec Remusa skinął im głową po raz ostatni i z ręką nadal spoczywającą na ramieniu syna, odszedł w stronę barierki.
- Cześć, Remus! – ryknął za nim po raz ostatni James, ale chłopak już się nie odwrócił.
- James… - zaczęła pani Potter, przypatrując się z zaciekawieniem Cathy, jakby dopiero teraz ją zauważyła – Chyba nie przedstawiłeś nam nowej koleżanki.
- Oh! – James pacnął się dłonią w czoło – No jasne, strasznie was przepraszam! To jest Cathy Austen. Cathy, to moi rodzice, a to mam Petera i…Eee, no właśnie…
- Pewnie już sama się domyśliłaś… - mruknął nieśmiało Peter a jego mama zaśmiała się pogodnie.
- Cathy jest nowa w naszej paczce – powiedział z dumą James – Przyszła do Hogwartu dopiero w tym roku, wcześniej była w Beauxbatons.
- Naprawdę? – jego mama spoglądała na Cathy z coraz większym zainteresowaniem - Może twoi rodzice też wstąpią do nas na małe przyjęcie. Będziesz mogła pobyć jeszcze trochę z przyjaciółmi a my poznalibyśmy się lepiej..
- Eee, moja ciocia nie ma raczej głowy do takich rzeczy - Cathy z zakłopotaniem odgarnęła włosy, wpadające jej do oczu – Poza tym będziemy się spieszyć na świstoklika do Francji.
- Oh… - pani Potter wyglądała na lekko zawiedzioną, ale nie zadawała żadnych kłopotliwych pytań, za co Cathy była jej wdzięczna. Nie uśmiechało jej się teraz opowiadanie o tym, że jej rodzice nie żyją. Miała nadzieje, że James wytłumaczy to swoim rodzicom w stosownym czasie.
- A gdzie twoja rodzina, Lily? – zapytał pani Pettigrew rozglądając się po peronie i marszcząc brwi – Nie powinni już tu być?
- No, tak… Powinni – powiedziała Lily niepewnie – Myślę, że mogli się trochę spóźnić, mają kłopotliwy dojazd.
- Penelopo, chyba powinniśmy się zbierać… - powiedział pan Potter, zerkając na zegarek – Prewettowie już powinni być w drodze, nie możemy się spóźnić na własne przyjęcie.
- Chyba masz rację… - Pani Potter spojrzała z wahaniem na Lily i Cathy – Niestety nie będziemy mogli poczekać na waszych opiekunów. James, musimy znikać…
- Ekhm… - James spojrzał z zakłopotaniem na Lily, która zaróżowiła się mocno – chciałbym się jeszcze pożegnać.
- Poczekamy na zewnątrz, Penelope, Henry, chodźcie! – powiedziała szybko pani Pettigrew. Rodzice Jamesa uśmiechnęli się do niego i ruszyli za Lidią.
James i Peter stanęli naprzeciwko Cathy i Lily. Cathy uściskała Petera i wyszczerzyła zęby do Jamesa.
- No.. – mruknął chłopak, patrząc na nią z rozbawieniem – Słuchaj, mam do ciebie prośbę, przemyśl w wakacje tą sprawę z Syriuszem, nie mam ochoty kolejny rok wysłuchiwać jego jęków.
Cathy nachmurzyła się natychmiast, ale James tylko się zaśmiał i dodał:
- Żartowałem!
Teraz zwrócił się do Lily.
- No to… - uśmiechnął się do niej niewinnie – Do zobaczenia Evans…
Lily nadal była mocno czerwona ale udało jej się wybąkać: „No to do zobaczenia”
Przez kilka sekund James stał bez ruchu, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym zrobił coś, czego żadne z nich się nie spodziewało: Pochylił się szybko i pocałował Lily Evans prosto w usta.
- Hej! – wrzasnęła, kiedy James oderwał się od niej i śmiejąc się w głos, zaczął uciekać w stronę barierki – Ty idioto!
- Od dawna to planował – zaśmiał się Peter – No to ja też lecę…
Odwrócił się i zniknął w tłumie.
- Z czego rżysz? – zapytała z wściekłością Lily, nadal bardzo czerwona na twarzy.
Cathy śmiała się głośno, trzymając się dłońmi za brzuch.
- Żebyś ty siebie widziała! – wydusiła , starając się powstrzymać łzy rozbawienia.
Lily trzepnęła ją torbą w głowę.
- Okej, już skończyłam… -Cathy otarła oczy i spojrzała na przyjaciółkę –Aha, miałam do ciebie pytanie. Kto to jest Ronnie?
Lily, która przed chwilą rozglądała się po peronie z wściekłą miną, spojrzała na Cathy ze smutkiem.
- To siostra Remusa.
- Co? – Cathy uniosła brwi – Pierwsze słyszę, żeby on miał siostrę.
- Nie lubi o tym mówić…
- Ale czemu?
- Słyszałaś, dokąd jechali? – powiedziała cicho Lily, rozglądając się wokoło, jakby bała się, że ktoś ich podsłucha.
- No tak.. Do Munga… - Cathy zawahała się – Jest chora? Co jej jest?
- Z tego co wiem, jst bardzo chora psychicznie. Często nie wie, co się z nią dzieje, nie można jej zostawić nawet na chwilę samą, bo może sobie zrobić krzywdę. Próbowali najróżniejszych kuracji i zaklęć ale nic nie pomaga, to jakieś bardzo poważne uszkodzenie…
- Oh.. – powiedziała drętwo Cathy, przełykając ślinę. Zrobiło jej się strasznie głupio. Dlaczego przez rok nigdy nie spytała Remusa, czy ma rodzeństwo, czemu nigdy się tym nie zainteresowała?
- Cathy… - powiedziała głośno Lily, wyrywając ją z zamyślenia – To twoja ciotka?
Cathy odwróciła się szybko i spojrzała we wskazanym kierunku.
- Tak, to ona… - z powrotem spojrzała na Lily – Będę musiała już iść. Zostaniesz sama?
- No jasne, a mam jakiś wybór? – Lily uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco – Nie przejmuj się, idź. Bez obrazy, ale wydaje mi się, że twoja ciotka chyba nie jest w humorze na poznawanie koleżanek jej siostrzenicy…
- Dobrze ci się wydaje… - powiedziała Cathy z przekąsem i spojrzała na Lily. A więc przyszedł czas pożegnania? Dziwne uczucie, pomyślała. Takie nierealne…
- No to… - zaczęła Lily, ale Cathy nie pozwoliła jej skończyć. Objęła ją za szyję i uścisnęła serdecznie.
- Cześć, wariatko… - powiedziała cicho Lily, kiedy Cathy w końcu ją puściła – Nie zapomnij pisać! I widzimy się na Pokątnej!
- No jasne… - Cathy wyszczerzyła do niej zęby – Będę na stówę!
- I pisz do mnie czasami – burknęła Lily.
- Aż zamęczę moją sowę!
Lily zaśmiała się. Uściskały się po raz ostatni.
- Cześć, Evans… -Cathy westchnęła, spojrzała na nią po raz ostatni i odwróciła się.
Ruszyła przez peron, ciągnąc za sobą ciężki kufer, w prawej ręce trzymając klatkę z pohukującą cicho Syl.
Jej ciotka stała niedaleko barierki, patrząc na nią z niecierpliwością.
- Ile można? – zapytała napastliwym tonem.
- Zwykłe „dzień dobry” zupełnie by wystarczyło?
- Nie pyskuj! Czekam tu już dziesięć minut!
- Uwierz ciociu, kiedy żegnasz się z przyjacielem, trudno się zmieścić w dziesięciu minutach…

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Pisz dalej :)

Prześlij komentarz