• RSS

poniedziałek, 5 lipca 2010

Catherine Austen

- Wujku… Ciocia Lucy od pół godziny woła cię na kolację. Nie możesz wiecznie siedzieć w tym pokoju… Czy w ciągu dzisiejszego dnia korzystałeś w ogóle z łazienki?
Zamek w dziwach zachrobotał, nienaoliwione zawiasy głośno zaskrzypiały i zza drzwi wynurzyła się jasnowłosa głowa i poznaczona licznymi zmarszczkami twarz wujka Gooda.
- No wiec, jak będzie? Zaszczycisz nas swoją obecnością? - Cathy założyła ręce na piersi i spojrzała na niego karcąco.
Wujek Good zrobił zawstydzoną minę i spojrzał na siostrzenice przepraszająco.
- Słońce, wiesz przecież, że mam dużo pracy… - wpatrywał się w Cathy intensywnie, jakby chciał jej przekazać coś samym spojrzeniem. Dziewczyna spojrzała wymownie w sufit.
- Jak oderwiesz się od tego pudełka…
- Ciii!!! Nie tak głośno!
-… Od tego pudełka na jedną godzinkę to świat się nie zawali.
- Moja droga… - mężczyzna zdjął okulary z nosa i zaczął niecierpliwie przecierać szkła rękawem swetra – Nie rozumiesz, że każda minuta jest teraz ważna. Przecież profesor McGonagall poinformowała cię o zagrożeniu, zresztą, teraz wiedzą o nim wszyscy…
- Nie przypominam sobie, żeby McGonagall mówiła mi, że nie wolno ci nic jeść podczas pracy nad tą… rzeczą. Wprost przeciwnie, powinieneś…
- Jeśli tak bardzo ci zależy, żebym coś przekąsił, to możesz podrzucić kolację tu, na górę, dobrze? Postaw ją pod drzwiami, ja już się nią zajmę w odpowiednim czasie.
Cathy spojrzała na niego z zawiedzioną miną.
- Niestety, nic nie mogę na to poradzić… - powiedział mężczyzna cicho, nie patrząc jej w oczy – Muszę pracować, jeśli tylko mam siłę, nie wolno mi marnować czasu. Kiedyś to zrozumiesz…
- Mam taką nadzieje… - odrzekła dziewczyna, po czym wzruszyła ramionami – No, skoro tak mówisz…
Wujek Good uśmiechnął się do niej po raz ostatni po czym zniknął za drzwiami. Gdy tylko się za nim zamknęły, Cathy usłyszała ponowne szczęknięcie zamka.
Rzuciła drzwiom ostatnie, pełne zawodu spojrzenie po czym ruszyła w stronę schodów, prowadzących na niższe piętro. Zbiegła po nich szybko. Gruby, ciemnozielony dywan tłumił jej kroki.
Na niższym piętrze starego, wykonanego praktycznie tylko z drewna domu nie było nikogo. Szeroki, nisko sklepiony korytarz ciągnął się przed Cathy na odległość kilkunastu metrów, kończąc się zamkniętymi drzwiami.
Mieszkała za nimi jej ciotka i nigdy nie pozwalała wchodzić nikomu do środka, nawet swoim własnym dzieciom.
Oprócz drzwi do tajemniczego pokoju Lucy, na korytarzu było jeszcze kilka innych, w tym te prowadzące do prywatnego zakątka Cathy oraz do pokojów jej kuzynów: Ann i Jeana.
Cathy nie zatrzymała się przy żadnych z nich. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz, nie zerkając na wiszące na ścianach drogocenne obrazy ani na staroświeckie półki i wykonany z czarnego drewna wieszak na płaszcze.
Dotarła do następnych schodów ale zamiast skorzystać z nich w normalny sposób usiadła wdzięcznie na poręczy i zjechała ze świstem na dół. Jasnoniebieska, letnia sukienka powiewała za nią z furkotem.
- Cathy! – skrzekliwy, nieprzyjemny dla ucha głos ciotki Lucy dotarł do niej dokładnie w momencie, gdy jej stopy dotknęły podłogi parteru.
- Już idę… - odkrzyknęła znudzonym tonem, ale zamiast ruszyć w stronę kuchni podeszła do wielkiego okna, przez które do środka domu wpadały jasnożółte promienie słońca, sprawiając, że wirujące w powietrzu drobinki kurzu lśniły i mieniły się srebrem.
Prze okno widać było małą, francuską uliczkę, wyłożoną szarymi kamieniami. Cathy przypatrywała się przechodzącym pod oknem ludziom, mimowolnie zastanawiając się, czy któryś z nich, tak jak ona, jest czarodziejem. Prawdopodobieństwo było dość duże – czarodziei w tym miasteczku było naprawdę wielu, a ciotka Lucy znała prawie wszystkie ich rodziny (oczywiście te, które szczyciły się czystością krwi).
- Catherine!
Cathy wywróciła oczami i z niechęcią oderwała się od zabawy, jaką było obserwowanie złotych refleksów, biegających po jej skórze. Ciepło słońca przenikało nawet przez szyby, pieszcząc jej twarz, która od wielu dni nie widziała makijażu i pozostawiając świetliste odblaski na jej czarnych rzęsach.
Lato… Gdyby nie to, że całe wakacje musiała spędzać ze swoimi krewnymi na południu Francji, pozbawiona możliwości spacerowania korytarzami Hogwartu i przyjacielskich pogawędek przy kominku w pokoju wspólnym to ta cudowna pora roku byłaby jej ulubioną.
Weszła do kuchni w tym samym momencie co jej kuzynka, jasnowłosa, niziutka dziewczyna, niepokojąco podobna z twarzy do Laurence Aniston. Jednak w tym przypadku pozory myliły – Ann była chyba najbardziej nieśmiałą i nieszkodliwą osobą, jaką Cathy kiedykolwiek spotkała.
- Cześć – powiedziała do niej blondynka z nieprzytomnym spojrzeniem, jakby nadal przebywała w swoim własnym świecie. Cathy uśmiechnęła się do niej.
- Siadajcie! – powiedziała sucho ciotka Lucy znad kuchennej lady – Gdzie twój brat, moja droga?
- Nie wiem… - odrzekła Ann niepewnie, rozglądając się po staroświecko urządzonej kuchni.
- Pewnie na zewnątrz.. – Cathy z trudem odsunęła krzesło od wielkiego, ciosanego z jasnego drewna stołu. Tutaj wszystkie meble były stare i koszmarnie ciężkie.
- Jak zwykle się spóźnia na kolację, nie wiem dlaczego jest taki niepunktualny. Wywodzi się z takiej dobrej rodziny!
- Tak, rodzinę ma świetną… - powiedziała z przekąsem Cathy, wykrzywiając się do Ann za plecami ciotki - Tylko nie wiem, co to ma wspólnego z patrzeniem na zegarek.
Ann parsknęła do swojego kubka a Lucy spojrzała na nią krytycznie.
- Bardzo wiele, Catherine! Wraz z dobrą krwią powinien odziedziczyć wiele innych równie ważnych cech…
Ale Cathy jej nie słuchała, bo właśnie zauważyła wystający spod dzbanka z sokiem fragment artykułu z „Proroka Codziennego”. Do góry nogami przeczytała słowa „ … niewyjaśnionych zniknięć, strasznych okaleczeń”.
Drgnęła niespokojnie i rozglądnęła się po kuchni. Ciotka Lucy cały czas coś mówiła, machając różdżką w stronę rondli, które po kolei wskakiwały do wypełnionego pianą zlewu a Ann zapatrzyła się w okno z nieprzytomną miną i lekko rozchylonymi ustami. Wyciągnęła rękę i delikatnie wysunęła gazetę spod dzbanka.
Od razu poznała, że tego numeru jeszcze nie czytała. Zerknęła szybko na datę: 31 sierpień 1976. A więc to dzisiejsze wydanie. Cathy zaprenumerowała „Proroka” od razu po przyjeździe do Francji – chciała być na bieżąco z rozwojem wydarzeń, o których mówiła jej McGonagall i niestety, już po kilku tygodniach musiała przyznać nauczycielce rację – sprawa była bardzo poważna. Ale dzisiaj rano sowa z przesyłką nie przyleciała a kiedy Cathy pytała się wszystkich, czy może nie odebrali jej gazety odpowiadali, że z pewnością nie. Cathy lekko to zdziwiło ale nie protestowała, starając się ignorować pojawiające się w jej głowie wizje różnych strasznych wydarzeniach, które mogłyby spowodować, że przestano drukować „Proroka”…
Teraz jednak wiedziała, co stało się z jej gazetą. Nie tracąc czasu na wspominanie ciotce o znalezisku zaczęła czytać.

FAKTY UJAWIONE!!! OSTATNI DZIEŃ WAKACJI DNIEM ŻAŁOBY NARODOWEJ

Ostatnie kilka tygodni były trudnym okresem, nie tylko dla rządu, ale dla całego społeczeństwa! Kilkadziesiąt okrutnych, nieuzasadnionych niczym morderstw, oraz notoryczne pojawianie się „Mrocznego” znaku skutecznie zepsuło nastroje w naszym kraju, wprowadzając panikę, jakiej nie widziano od kilkuset lat!
Jednak te kilka tygodni to nic, w porównaniu z faktami, jakie wyszły na jaw w ciągu ostatniego z nich.
„Straszne rzeczy się dzieją, proszę państwa” powiedziała wczoraj wieczorem na Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów, zwołanej w trybie przyspieszonym pani Minister Magii „Nie możemy już dłużej ukrywać faktów, to w niczym nie pomaga, a może nawet i pogarsza całą sprawę”
Od jakiegoś czasu jesteśmy świadomi, że niedawne pogłoski o morderstwach i o tajemniczej grupie czarodziejów, to nic w porównaniu z terrorem, jaki naprawdę się zaczął.
Liczne, teraz liczone już w setkach morderstwa, najczęściej popełniane są na mugolach, czarodziejach mieszanej krwi, mugolakach (czarodziejach urodzonych w rodzinach mugoli) i charłakach. Niezliczone ilości porwań, niewyjaśnionych zniknięć, strasznych okaleczeń, utrat pamięci zalały nasz kraj, jak straszna fala powodzi, która przykryła nas wszystkich powłoką strachu, wobec której Ministerstwo wciąż jest bezradne.
„Oni nic nie robią!” powiedziała naszym reporterkom anonimowa mieszkanka Londynu „Mój syn nie wrócił kilka dni temu z pracy, nie mam od niego żadnej wiadomości! Jak to możliwe, że nikt nie jest w stanie schwytać tych ludzi???”
Wczoraj, w godzinach porannych doszło jednak do największej tragedii. Zaatakowana została grupa pięćdziesięciu czarodziejów, w tym ponad 20 dzieci poniżej 12 roku życia. Jak powiadomił nas jeden z nielicznych ocalałych, mieli oni zamiar razem wyruszyć na północ kraju, gdzie według sondaży, jest bezpieczniej.
„Zostaliśmy dosłownie zmasakrowani. Ci wszyscy ludzie, których znałem od dziecka… Nie żyją”
Według danych, jakie udało nam się zdobyć w grupie znajdowało się zaledwie pięciu czarodziejów czystej krwi. Pozostali byli czarodziejami krwi mieszanej lub mugolakami…

Nikt nie znajduje pocieszenia w tych strasznych dniach. Każdy z nas drży o życie bliskich, boi się wyjść za róg domu, wiedząc, że tam może czekać go śmierć. Ministerstwo stara się robić co w jego mocy i mimo, że wyniki tych działań na razie są znikome, zaczęły się pojawiać jakieś postępy.
Wczoraj rano, zaraz po masowym ataku na grupę czarodziejów, Albus Dumbledore, szanowany i potężny czarodziej, znany zapewne każdemu z naszych czytelników ogłosił, że zna imię przywódcy owego „gangu” oraz nazwiska kilku jego członków.
„ Owym, niestety, muszę to powiedzieć, bardzo potężnym czarodziejem, jest niejaki Tom Riddle. Niegdysiejszy uczeń Hogwartu, bardzo zdolny i pracowity, dziś zmienił się w żądnego władzy tyrana i okrutnika, który pragnie oczyścić świat z mugolaków i charłaków oraz przejąć władzę nad czarodziejami czystej krwi…” powiedział Dumbledore i choć trudno nam uwierzyć w te słowa, to warto pamiętać, że instynkt Dumbledore’a jeszcze nigdy nas nie zawiódł. Kilka chwil po rozmowie dodał on jeszcze, że Riddle przyjął nowe imię.
„Voldemort… Lord Voldemort. Chce, by to właśnie imię kojarzyło się z najmroczniejszymi czasami w dziejach czarodziejów.”
Znamy także nazwę, jaką ochrzcili siebie samych podwładni Toma Riddle’a. Według relacji Dumbledore każdą siebie nazywać Śmierciożercami.
Myślę, że ta straszna nazwa idealnie oddaje charakter tej grupy…

- Siema! – ryknął ktoś tuż nad uchem Cathy, sprawiając, że dziewczyna podskoczyła na swoim zdobionym krześle i o mało się z niego nie zsunęła – Jestem głodny jak wilk, co na kolację?
Jean wsunął różdżkę do tylnej kieszeni dżinsów, uśmiechnął się zaczepnie do Cathy i nawet nie trudząc się by umyć ręce lub zdjąć swoją czarną, skórzaną kurtkę, opadł na najbliższe krzesło. Był chudy, wysoki i piegowaty, blond włosy w tym samym odcieniu, co włosy jego siostry, zawiązał w kucyk z tyłu głowy. Wąskie usta wygięły się w uśmiechu, kiedy dostrzegł bulgoczący na patelni gulasz.
- Mógłbyś się tak nie wydzierać bez ostrzeżenia! – wydusiła z siebie Cathy, kładąc rękę na piersi. Serce nadal biło jej nienaturalnie szybko. Artykuł zupełnie ją pochłonął i nagłe pojawienie się Jeana nieźle ją wystraszyło.
- Gdzie byłeś? – ciotka Lucy znalazła się nagle tuż przy swoim najstarszym dziecku, wytrzeszczając na niego groźnie oczy. Jean zrobił do niej przepraszającą minę.
- Przepraszam, Gabrielle nie chciała mnie puścić… - jego zadowolony uśmiech mógł mówić wszystko, tylko nie to, że jest mu przykro – Wiesz jaka ona jest…
Przy ostatnim zdaniu puścił oko do Cathy, która spojrzała na niego chłodno. Jean zawsze traktował ją bardziej jako obiekt seksualny niż jako kuzynkę, co bardzo ja denerwowało – w rodzinach czarodziejów związki z własnymi kuzynami zdarzały się dosyć często, ale w Cathy takie sytuacje wciąż wzbudzały obrzydzenie. Rodzina to w końcu rodzina, Cathy nigdy nie zbliżyłaby się do żadnego z jej członków, choć byłby nie wiadomo jak cudowny.
- Powiedziałam ci… - wycedziła ciotka Lucy przez zaciśnięte zęby – Że jeśli jeszcze raz się spóźnisz, zamknę cię w pokoju do końca wakacji.
- A proszę bardzo, zamknij, w końcu zostało tylko kilkanaście godzin.
Ciotka Lucy łypnęła na syna złowrogo, warknęła tylko „Umyj ręce” i wróciła z powrotem do przerwanej czynności przy ladzie.
- Co z twoim wujem, Cathy? – zapytała szorstko, obserwując kontem oka jak jej syn wychodzi z kuchni z uśmiechem pełnym samozadowolenia na twarzy – Czy łaskawie się tu zjawi?
- Nie.. – powiedziała lekceważąco Cathy po czym odwróciła się na krześle w stronę ciotki, trzymając w podniesionej ręce „Proroka Codziennego” – A poza tym ja też mam do ciebie pytanie.
Kobieta spojrzała na nią, marszcząc jasne brwi.
- Czemu nie powiedziałaś mi, że odebrałaś gazetę?
- Ach, właśnie… - Cathy zdawało się, że dostrzegła delikatny rumieniec na zawsze idealnie bladej cerze ciotki – Chciałam z tobą o tym porozmawiać jak przyjedzie Goodwin. Ale jeśli go nie będzie…
Machnęła różdżką i tuzin misek i talerzy, wypełnionych ciepłą, parującą strawą popłynęło w powietrz i opadło na blat stołu. Ciotka Lucy usunęła im się z drogi a potem, obserwowana przez córkę i siostrzenicę usiadła na wolnym krześle.
- Czytałaś poprzednie numery… - zaczęła skrzekliwie, splatając palce i zaciskając je tak, że na jej szczupłych rękach pojawiły się mocno widoczne żyły – Wiesz, jak wygląda obecnie sytuacja. Dlatego zdecydowałam, że w trosce o twoje bezpieczeństwo…A takiej troski na pewno życzyłaby sobie twoja matka…
- A mój ojciec to co, już by sobie nie życzył? – zapytała napastliwie Cathy, nie odrywając spojrzenia od jasnoniebieskich oczu siedzącej przed nią kobiety. Ciotka Lucy tylko ściągnęła wargi, w bardzo podobny sposób do profesor McGonagall i ciągnęła dalej.
- … Zdecydowałam, że nierozsądnie by było wysyłać cię w sam środek tego wiru…
- To znaczy…? - włączyła się niespodziewanie Ann, przysłuchująca się rozmowie z drugiego końca stołu.
- To znaczy… - mówiła dalej ciotka, ale sekundę potem zagłuszył ją głos Cathy.
- Nie chcesz mnie puścić do Hogwartu?!? – ryknęła dziewczyna i chciała wstać, ale tylko uderzyła się kolanami o stół, bo mimo jej gwałtownego ruchu ciężkie krzesło nie przesunęło się nawet o cal – Chyba zwariowałaś!?!
- Uważaj do kogo mówisz! – Ciotka Lucy także podniosła głos.
- Wiem, do kogo mówię! – warknęła Cathy, cały czas walcząc z krzesłem – Ale ta osoba nie ma żadnego prawa zabraniać mi wracać do szkoły!
- Tak się akurat składa, że mam pełne prawa rodzicielskie, moja droga! Mam pokazać papiery?
- W nosie mam twoje papiery! – Cathy wreszcie udało się wstać. Teraz patrzyła na ciotkę Lucy z góry, całe jej ciało było niebezpiecznie napięte a dłonie zacisnęła w pięści. Czuła, jak paznokcie boleśnie wbijają jej się w skórę – Wrócę tak, choćby nie wiem co! Nic mnie nie powstrzyma.
- Nie masz prawa…
- Lucy!
Wszystkie trzy kobiety odwróciły się w stronę drzwi z których dobiegał głos. Zobaczyły stojącego w nich wuja Goodwina w swoich nierozłącznych szatach czarodzieja, które nosił nawet teraz, kiedy temperatura przekraczała 30 stopni oraz stojącego za jego plecami Jeana.
-Oh cudownie! – fuknęła ciotka Lucy, także wstając – Wreszcie łaskawie zszedłeś na dół, więc może mnie poprzesz i…
- Cathy musi wrócić do Hogwartu… - powiedział Goodwin, patrząc swojej żonie prosto w oczy. Jego stanowczy ton zupełnie nie pasował do tego drobnej postury człowieczka z siwiejącymi włosami i okularami na nosie.
- Co? – wydyszał Lucy, wytrzeszczając na niego oczy z niedowierzaniem – Czy ty nie wiesz, co TAM się dzieje? Nie czytałeś??? – pochyliła się gwałtownie w stronę Cathy i wyrwała jej „Proroka” z dłoni.
- Hej! – krzyknęła oburzona Cathy ale ciotka nawet na nią nie spojrzała.
-Tak, czytałem to wszystko a nawet więcej i uwierz mi, Hogwart to teraz najlepsze miejsce, w którym Cathy mogłaby się znaleźć.
- O czym ty bredzisz? – Lucy patrzyła się na niego, jakby postradał zmysły.
- Tam jest Dumbledore! – powiedział mężczyzna niecierpliwie i spojrzał na swoją żonę w takim sam sposób, jaki ona na niego – Powinnaś o tym pomyśleć, zanim podjęłaś tą pochopną decyzję. Gdybym mógł, wysłałbym temu facetowi także i nasze dzieci.
- A co mnie tam obchodzi jakiś Dumbledore? – zapytała opryskliwe ciotka Lucy, wymachując rękami – Myślisz, że ten cały czarnoksiężnik… Jak mu tak…
- Voldemort… - szepnęła Cathy zza jej pleców.
- No właśnie! – kontynuowała kobieta – Myślisz, że jak ona będzie chciał zaatakować szkołę, to jakiś tam słynny czarodziej go powstrzyma?
- Tak właśnie myślę!!! – tubalny ton Goodwina potoczył się po kuchni z taką siłą, o jaką Cathy nigdy by go nie podejrzewała – Jesteś ignorantką, Lucillo! Nie wiesz nic o tym czarodzieju i gwarantuje ci, że gdybyś czasami uważniej śledziła to, co dzieje się w twoim rodzinnym kraju, może bardziej doceniałabyś takich ludzi jak Dumbledore.
Ciotka wyglądała tak, jakby ktoś dał jej w twarz. Przez chwilę patrzyła się w swojego męża niedowierzającym wzrokiem a potem rzuciła się ku wyjściu z kuchni tak nagle, że wszyscy podskoczyli.
- Eee… - z twarzy Jeana zniknęło już zadowolenie. Teraz wyglądał raczej na przestraszonego.
- Siadaj, jedz… - powiedział cicho wuj Goodwin, pocierając czoło dłonią. Wyglądał na zmęczonego i niewyspanego. Cathy dopiero teraz zauważyła, że na jego twarzy pojawiło się kilka nowych zmarszczek a pod oczami widniały dwa wielkie wory, jakby mężczyzna nie spał od kilku dni – Ty też, Cathy najedz się a potem sprawdź czy wszystko zapakowałaś…
- Nie jestem głodna – powiedziała szybko Cathy, przełykając ślinę – Pójdę na górę, faktycznie sprawdzę czy mam wszystko…
- Dobrze – mężczyzna pokiwał głową po czym usiadł przy stole między swoją córką, która cały czas miała zszokowaną minę i synem, który niepewnie sięgał po półmisek z gulaszem – Zostawimy ci coś, jak będziesz chciała zjeść to zejdź na dół… Ja też tu będę, chyba przyda mi się mała przerwa…
Cathy kiwnęła głową, wzięła do ręki egzemplarz „Proroka”, który ciotka Lucy rzuciła na stół zanim wybiegła i sztywnym krokiem ruszyła w stronę drzwi.
Nikt nic nie powiedział ani jej nie zawołał. Zatrzymała się dopiero przy oknie, prowadzącym na ulicę, przy którym wcześniej stała. Pochylenie światła zdążyło się już zmienić, poza tym stało się bardziej pomarańczowe niż żółte. Cathy podeszła do okna i oparła głowę o chłodną szybę. Wpatrywała się w zachodzące słońce, starając się odegnać od siebie myśl, że kiedy wróci do pokoju zastanie tam swoją sowę. A wraz z nią list od jednego z jej przyjaciół, w którym napisane będzie, że rodzice za bardzo się boją, by puścić go z powrotem do Hogwartu i że najprawdopodobniej już nigdy więcej się nie zobaczą.

0 komentarze:

Prześlij komentarz