Miodowe Królestwo największe oblężenie przechodziło w czasie zimowych ferii i wakacji. Miliony czarodziejów, z kraju i zza granicy przewijali się przez sklep, który był jedną z największych atrakcji w Hogsmeade, miasteczku zamieszkanym tylko przez czarodziejów.
Suzannah błogosławiła swoje szczęście i znajomości matki, które pozwoliły jej dostać tutaj wakacyjną pracę. Na początku lipca Suze dowiedziała się o tej jakże kuszącej propozycji i odtąd, chcąc nie chcąc, wstawała codziennie rano i gnała do sklepu na swoją przedpołudniową zmianę. Za każdym razem kiedy opuszczała dom w duchu cieszyła się, że nie będzie zmuszona do spędzenia dwóch miesięcy w towarzystwie matki-jestem-piękna-i-nikt-temu-nie-zaprzeczy i siostry paranoiczki, która widziała śmierć czającą się w pustych filiżankach po herbacie.
Poza tym, odkąd zaczęła dostawać wypłatę nie musiała prosić matki o pieniądze na każdą zachciankę. W ramach spadku jej rodzina otrzymała całkiem niezły majątek i niczego nie było im brak, ale Suze nadal czuła się głupio, korzystając z tych pieniędzy. Nie mogła ich zaakceptować.
Praca w Królestwie dała jej słodkie poczucie niezależności.
Od początku wakacji zaoszczędziła już ponad sto galeonów. Zastanawiała się, co tak naprawdę jej się marzy, co takiego chciałaby sobie kupić, gdyby miała pieniądze. Mimo wielu godzin zastanawiania się, nic takiego nie wymyśliła. Odpadł lepszy wygląd, bardziej cięty język, swoboda w kontaktach z chłopakami – tych rzeczy nie mogła kupić. Dlatego codziennie wieczorem, po powrocie z pracy wrzucała dzisiejsza wypłatę do magicznego kuferka, który miał za zadanie przytrzasnąć jej palce pokrywką za każdym razem, gdyby chciała z niego coś wyjąć.
Dzisiejszy dzień był taki, jak każdy inny. Wracała właśnie do domu po kilku godzinach ciężkiej pracy. Nie wiadomo dlaczego pod koniec wakacji pojawiło się dwa razy więcej ludzi. Suze musiała dogadać się dziś z dwoma przygłuchymi Bułgarami, którzy, o ile dobrze zrozumiała, chcieli kupić słodką pamiątkę dla wnuków, z Chinką, która cały czas szczebiotała coś w swoim dziwnym języku i podnosiła każdą rzecz, jaka jej się nawinęła oraz z niezmiernie intrygującym murzyńskim szamanem, który używając łamanej angielszczyzny, dopytywał się o czarno-magiczne właściwości cukrowych myszy.
Suze uśmiechnęła się sama do siebie na te wspomnienia. Uniosła głowę i zwróciła ją w stronę lśniącego słońca. Popołudnie było bardzo gorące, jedno z najgorętszych tego lata. Mimowolnie zastanawiała się, co też porabiają wszyscy znani jej ludzie. Uporczywie pomijała w myślach jej dawne przyjaciółki i Huncwotów, starając się skupić na innych osobach. A w szczególności na Jacku.
Tak, ciekawe co on też teraz porabia? Może jest za granicą? Może siedzi u siebie w domu, albo opala się na werandzie? A co by było, gdybym do niego napisała? Odpisałby? Pewnie tak, z grzeczności… Ona też by odpisała na jego miejscu, przez wzgląd na dobre wychowanie.
Zamarła. U wylotu ulicy zobaczyła coś, czego tam zdecydowanie nie powinno być.
Wytrzeszczyła oczy w niedowierzaniu. Nie to nie może być… A jednak!
Poczuła, że się czerwieni, że serce zaczyna jej bić z dziką prędkością, niezdolną do opanowania. O nie, co ja mam teraz zrobić?
Jednym skokiem znalazła się na werandzie Trzech Mioteł i schowała się za uchylonymi drzwiami. Ze środka gospody dochodziły śmiechy i głośne rozmowy, ale ona skupiła się całkowicie na obserwowaniu złocistej głowy, zmierzającej w jej stronę.
Jack Dawson był ubrany w zwykły, jasnoniebieski T-shirt i jeansowe szorty, na ramieniu miał plecak. Szedł spokojnym, spacerowym krokiem, mrużył bladoniebieskie oczy w słońcu, jasne promienie lśniły na jego opalonej skórze. Suze jęknęła z zachwytu. Był taki przystojny, taki intrygujący… Oblizała zaschnięte wargi, cały czas wpatrzona w zbliżającego się chłopaka.
Za późno zdała sobie sprawę, że Jack zmierza dokładnie w stronę Trzech Mioteł.
- Suze! – stanął tuż przed nią a ona zamarła z rozdziawionymi ustami – Cześć! Tak się zastanawiałem, czy cię spotkam w wiosce, czy może wyjechałaś… Ja przyjechałem na kilka dni do Hogsmeade z całą rodziną.
- Ekhm… - jej głos zdawał się jej dziwnie obcy, jakby te chrząknięcia wydawał ktoś stojący obok – Ja mam pracę tutaj, nie wyjechałam nigdzie…
- Pracujesz tu? – zainteresował się chłopak – Gdzie?
- W Miodowym Królestwie – krótkim kaszlnięciem pozbyła się chrypki. Teraz mówiła już z dużo większym zdecydowaniem – Całkiem nieźle płacą a można spotkać tam naprawdę niesamowitych ludzi.
Jack przypatrywał się jej z wyrazem uprzejmego zainteresowania na twarzy.
- Słuchaj, Suze… Nie dałabyś się zaprosić na chłodne piwko kremowe. Jest niezły upał…
Mój wymarzony chłopak zaprosił mnie na piwo, mój wymarzony gdzieś mnie chłopak zaprosił !!!
- Jasne! – uśmiechnęła się do niego szeroko, a przynajmniej starała się uśmiechnąć, bo mięśnie twarzy miała dziwnie ściągnięte.
- No to wchodzimy!
Razem przekroczyli próg chłodnej, jasno oświetlonej gospody. W powietrzu unosił się zapach ciasta i różnego rodzaju trunków. Gospoda była jednym z ulubionych miejsc Suze w całej wiosce. Często, przed powrotem do domu nogi same ją tu przynosiły. Suze bardzo lubiła tą gospodę, a szczególnie lubiła odwiedzać ją sama. Siedziała wtedy przy stoliku w samym kącie i obserwowała gości.
Teraz jednak była tutaj z Jackiem. Nadal nie mogła uwierzyć w własne szczęście.
Zamówili dwie butelki chłodzonego piwa i usiedli przy stoliku oddalonym o kilka metrów od tego, przy którym zwykła siadać Suze.
- Więc… Jak tam wakacje…? – dziewczyna podziwiała samą siebie, że zaczęła rozmowę – Byłeś gdzieś czy spędziłeś wakacje w domu?
- Byłem, byłem i to w wielu ciekawych miejscach… - Jack upił łyk ze swojej butelki i odstawił ją na wykonany z ciemnego drewna blat. Suze po raz kolejny zauważyła, jakie miał duże i silne ręce – Z rodziną skoczyliśmy do Ameryki, tam odwiedziłem kilka fantastycznych miejsc.
- To chyba niezbyt rozważne… Podróżować, kiedy wokoło dzieją się te wszystkie okropne rzeczy.
- Moi rodzice stwierdzili, że nie będą panikować – Jack wzruszył lekceważąco ramionami – Jeśli oni nie będą to ja też nie…
Suze zastanawiała się, jacy są rodzice Jacka, skoro nie ruszyła ich żadna straszna informacja z Proroka, jakich w ostatnich dniach było całe multum.
- A ty? – Jack przerwał w końcu milczenie.
- Już mówiłam… - Suze poczuła się głupio. Czyżby faktycznie była aż tak mało interesująca, że Jack nie zapamiętał zdanie, jakie powiedziała kilka minut temu- Zostałam w wiosce, pracuję…
- Oh, no tak! – Jack lekko się zmieszał ale natychmiast przywołał na twarz swój uprzejmy uśmiech – Ale miałaś chyba kontakt z swoimi przyjaciółkami co?
Suze spojrzała na niego zaskoczona.
- Z moimi przyjaciółkami? – zapytała, nie za bardzo wiedząc, do czego Jack zmierza – Masz na myśli Lily, Mag i Cathy?
- No, tak… - chłopak wyglądał na zaskoczonego – To są przecież twoje przyjaciółki, prawda?
- Już nie… - odrzekła, a chłód w jej głosie zadziwił ją samą – Pokłóciłyśmy się pod koniec roku. Nie rozmawiałam z żadną od czerwca.
- Z Cathy też? – Jack wyglądał na mocno zaskoczonego.
- Ta, z Cathy też! – Suze mimowolnie zazgrzytała zębami. Jeśli teraz zacznie ją wypytywać o Cathy, to tego nie przeżyje. Jak mogła być taka głupia i myśleć, że taki chłopak jak Jack chciałby ją gdziekolwiek zaprosić. Powinna od razu się domyśleć, że chce się dowiedzieć czegoś o tej idiotce.
- Nie odpisywała na listy… - Jack podrapał się w głowę, najwyraźniej nie świadom bólu, jaki właśnie zadał Suze. A więc do niej pisał! – Zastanawiałem się, czy może nie masz od niej jakiś wieści…
- Nie, nie mam… - Suze starała się opanować drżenie głosu – Mówiłam już, nie rozmawiam z moimi BYŁYMI przyjaciółkami, a już szczególnie z nią…
- Szczególnie z nią? – Jack uniósł pytająco brwi – A co ona ci takiego zrobiła?
- Nic! – odwarknęła automatycznie Suze – Jest po prostu głupią, nadętą, zapatrzoną w siebie suką!
Jack patrzył na nią mało przychylnie, w jego oczach czaiła się niechęć i zawód.
- Nie rozumie, czemu nagle masz o niej takie zdanie… Przecież zawsze…
- No nie, mam tego dość! – Suze zaśmiała się chłodno – Jesteś taki Sam jak wszyscy!!!
Jack nic nie powiedział, najwyraźniej nie spodziewając się takich słów.
- Jesteście w nią zapatrzeni jak w obrazek, tylko dlatego, że jest ładna. W nosie macie jej charakter, to że jest pusta i chamska w ogóle was nie rusza!
- O czym ty mó…?
- Przecież dobrze wiem, że lecisz na nią tak jak cała reszta szkoły. I kumplowałeś się z nami tylko dla niej!
Te słowa dotknęły Jacka do żywego.
- Wiesz co Suze, zawsze miałem cię za fajną dziewczynę. Ale teraz coś mi się zdaje, że będę musiał się zastanowić nad zmianą opinii.
- Ależ jasne! - Suze wstała z miejsca i wypiła jednym haustem resztę piwa z butelki – Zmieniaj sobie co chcesz! Podwalaj się do niej, smal do niech cholewy, proszę cie bardzo! Ale raczej nie licz na wzajemność. Syriusz Black nie potrafił jej zdobyć, a co dopiero ty!
Jack zaczerwienił się ze złości i chciał coś powiedzieć, ale Suze nie dała mu dojść do słowa.
- Żegnam! – prychnęła pogardliwie w jego stronę – Mam nadzieje, że w Hogwarcie będziemy się widywać jak najmniej!
I wyszła z gospody, obserwowana przez pozostałych gości. Mało ją interesowały wścibskie spojrzenia. W ogóle w tym momencie nie interesowało ją nic szczególnego. Chciała się znaleźć daleko od Jacka. Nie mogła mu już patrzeć w oczy, nie mogła znieść widoku tych dwóch, jasnych wirujących jezior. Miała dość. Limit upokorzeń na ten dzień został wyczerpany.
poniedziałek, 5 lipca 2010
Maggie Callen
Praktycznie przez całe wakacje Maggie zajmowała się młodszym rodzeństwem i mocno się zdziwiła, kiedy tata powiedział jej, że na Pokątną pójdzie tylko z matką.
- A skąd ta zmiana? – zapytała z przekąsem ojca, siedzącego w wielkim fotelu przy kominku, pochylonego nad stosem kartek – Już myślałam, że będę musiała zabrać ich wszystkich ze sobą.
Ociec rzucił jej krytycznie spojrzenie znad swoich szkiców.
- Misty idzie z tobą, oczywiście! – Maggie wytrzeszczyła na niego oczy a on lekko się zmieszał – Nie mówiłem ci o tym? A nawet jak nie to powinnaś się domyśleć! Przecież Misty zaczyna w tym roku Hogwart!
Maggie wymownie spojrzała w sufit.
- No tak, jak mogłam zapomnieć?! Widocznie perspektywa całorocznego niańczenia młodszej siostry nie przypadła mi zbytnio do gustu więc wolałam ją tymczasowo wyrzucić z pamięci.
Wściekłe spojrzenie ojca przywróciło ją szybko do porządku.
Tak więc kilka dni przed początkiem roku, kiedy wreszcie jej mamie udało się załatwić wolne w pracy (tata nadal miał lekkiego pietra przed odwiedzinami na Pokątnej) udali się wszyscy na szkolne zakupy. Maggie strasznie drażnił dziki zapał siostry, z jakim biegała od sklepy do sklepu, przyglądając się kolorowym witrynom i cały czas komentując.
Nie wiedziała jakim sposobem udało jej się wyrwać już po godzinie tej katorgi. Powiedziała, że zapomniała załatwić kilku składników w Aptece i zostawiła matkę i siostrę pod sklepem Ollivandera.
Kiedy zniknęła za zakrętem zwolniła kroku, zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Nie miała co liczyć na spotkanie koleżanek ze szkoły, bo z tymi najlepszymi była śmiertelnie pokłócona. Miała godzinę do spotkania z matką w Gringotta a nie chciało jej się bez celu szwendać po ulicach.
Weszła więc do pierwszego, lepszego sklepu, którym okazało się centrum Eylopa. To nawet dobrze się składa, pomyślała, Nie mam już „Przysmaków” dla Daisy.
Już kilka kroków za progiem doszło do niej, że popełniła błąd.
Przy ladzie w nonszalanckiej pozie, z kpiącym uśmieszkiem na twarzy stał sobie nie kto inny, a Syriusz Black.
Maggie zamarła w połowie ruchu, w ciągu kilku uderzeń serca trwała nieruchomo, wpatrzona w Jego plecy.
A potem, jakby coś nagle w niej zaskoczyło, dźwigienka została pchnięta i mechanizm ruszył. Maggie Callen bez zastanowienia zaczęła się cofać.
Ale było już za późno. Ktoś, stojący obok Syriusza, na kogo wcześniej nie zwracała zupełnie uwagi, zauważył ją.
- Maggie???
Nie, król Artut, pomyślała z rozgoryczeniem Maggie, widząc rozradowaną minę Lily Evans. Rudowłosa z zaskoczeniem, ale także z ulgą podeszłą do niej i przytuliła ją mocno. Przez jej jaskrawe kosmyki dostrzegła jeszcze Jamesa, Petera i Lupina, stojących obok Blacka i szczerzących się do niej w uśmiechu.
- Cześć! – zawołali wszyscy naraz, nie wyłączają Syriusza, który uśmiechał się tak samo pogodnie jak reszta jego przyjaciół.
- Czeeeść… - powiedziała niemrawo, kiedy Lily ją wreszcie puściła. Wszyscy w piątkę zebrali się wokół niej, Syriusz i James mieli w rękach torby z logo Magicznej Menażerii.
- Jak tam wakacje? – wypalił natychmiast James – Czemu nie odpisujesz na listy?
- Ahh, listy.. – Maggie potarła szyję w roztargnieniu – No, byłam strasznie zajęta, cały czas pilnowałam moich małych braci, wiecie, jacy oni są…
Pokiwali głowami na znak, że wiedzą. James zacząć coś paplać, ale do Maggie nie docierała większość jego słów, zarejestrowała tylko, że taktownie nie wspominał o „wielkiej” kłótni. Bardziej skupiona była na tym, żeby przypadkiem nie obić się o ramię Syriusza, który na nieszczęście stanął tuż obok niej.
- Hej, hej, słyszysz? Wybieramy się do Fortescue! – zawołał Syriusz prosto do jej ucha a jego oddech owiał jej kark. Przełknęła szybko ślinę i otrząsnęła się z dziwnego otępienia, jakie ją ogarnęło – Może wybierzesz się z nami?
- Eh, nie, nie mogę… Mam zaraz spotkać się z rodziną, już i tak jestem spóźniona- Maggie starała się unikać znaczącego spojrzenia Lily. Co ona sobie myśli, nie daj boże Syriusz skojarzy fakty i zacznie się czegoś domyślać. O ile już nie wie!!!
Znowu ogarnęło ją przerażenie, takie samo, jak na początku wakacji, kiedy wpadło jej do głowy, że Cathy w ramach zemsty mogłaby wszystko powtórzyć Huncwotom. A Syriusz był dla niej taki miły… A jeśli to znaczy, że wie? Ze nie chce jej zranić, dlatego stara się…
Nie myśl o tym! Nakazała sobie natychmiast Nie myśl o tym, ona nie mogłaby…
Ale czy na pewno? Maggie nie wiedziała, do czego tak naprawdę jest zdolna Cathy.
Wyszli ze sklepu, ktoś cały czas coś mówił, ale Maggie nie potrafiła się na tych słowach skupić. Musi się dowiedzieć, czy On wie! Musi, musi…
- Jesteś pewna, że nie idziesz? – zapytał James na tyle głośno, że Maggie go dosłyszała.
- Tak, tak jestem pewna! – powiedziała tym razem z o wiele większą stanowczością w głosie.
- Szkoda… - powiedziała cicho Lily, uśmiechając się do blondynki pokrzepiająco.
- Tak, szkoda… - Maggie wzięła głęboki oddech – Słuchaj Lily, możemy zamienić słówko na osobności?
Lily wyglądała na zaskoczoną ale natychmiast się zgodziła. Huncwoci, trochę zaskoczeni i chyba trochę obrażeni odeszli na bok. James natychmiast coś powiedział i wszyscy czworo wybuchli śmiechem. Byli na tyle daleko, że Maggie nie musiała się martwić, że coś usłyszą.
- Słuchaj, Lil! – powiedziała spokojnym głosem, choć tak naprawdę serce podchodziło jej do gardła – Czy on wie?
- Kto o czym wie? – zapytała tępo ruda. Wyglądała na lekko przestraszoną.
- Czy Syriusz wie, że… No wiesz! – wysyczała, pochylając się nad nią jeszcze bardziej.
- Oh! – Lily odetchnęła z ulgą, łapiąc o co chodzi – Nie, no coś ty! Niby skąd?
- No nie wiem… - Maggie zagryzła wargi – Cathy mogłaby mu powiedzieć… W ramach zemsty.
Lily spojrzała na nią z niechęcią.
- Wiesz co, nie rozumiem tego… - powiedziała rozgoryczonym tonem – Naprawdę masz ją za taką?
- Nie wiem, za jaką ją mam - powiedziała szorstko Maggie, nie patrząc rudej w oczy.
- Nigdy by mu nie powiedziała, nie zniżyłaby się do takiego poziomu. Nawet, gdyby chciała się zemścić. A teraz nie ma za co się mścić, więc nie wiem, skąd te przypuszczenia…
Maggie odetchnęła z ulgą.
- Po prostu chciałam się upewnić… - dodała cicho po czym wreszcie spojrzała na Lily – Okej, to tyle… Do zobaczenia w Ekspresie i…
- Na pewno nie idziesz z nami? – zapytała ostatni raz Lily, kiedy tamta już się odwracała.
- Tak, na pewno, dzięki za zaproszenie… Do zobaczenia!
Ruszyła szybko w dół ulicy, nie spoglądając już za siebie. Słyszała jak Syriusz i reszta wołają za nią, chcąc się pożegnać, ale ona nie odpowiadała. By to zrobić musiałaby się odwrócić i spojrzeć jeszcze raz na ich twarze. A w tym momencie tego najbardziej się bała.
- A skąd ta zmiana? – zapytała z przekąsem ojca, siedzącego w wielkim fotelu przy kominku, pochylonego nad stosem kartek – Już myślałam, że będę musiała zabrać ich wszystkich ze sobą.
Ociec rzucił jej krytycznie spojrzenie znad swoich szkiców.
- Misty idzie z tobą, oczywiście! – Maggie wytrzeszczyła na niego oczy a on lekko się zmieszał – Nie mówiłem ci o tym? A nawet jak nie to powinnaś się domyśleć! Przecież Misty zaczyna w tym roku Hogwart!
Maggie wymownie spojrzała w sufit.
- No tak, jak mogłam zapomnieć?! Widocznie perspektywa całorocznego niańczenia młodszej siostry nie przypadła mi zbytnio do gustu więc wolałam ją tymczasowo wyrzucić z pamięci.
Wściekłe spojrzenie ojca przywróciło ją szybko do porządku.
Tak więc kilka dni przed początkiem roku, kiedy wreszcie jej mamie udało się załatwić wolne w pracy (tata nadal miał lekkiego pietra przed odwiedzinami na Pokątnej) udali się wszyscy na szkolne zakupy. Maggie strasznie drażnił dziki zapał siostry, z jakim biegała od sklepy do sklepu, przyglądając się kolorowym witrynom i cały czas komentując.
Nie wiedziała jakim sposobem udało jej się wyrwać już po godzinie tej katorgi. Powiedziała, że zapomniała załatwić kilku składników w Aptece i zostawiła matkę i siostrę pod sklepem Ollivandera.
Kiedy zniknęła za zakrętem zwolniła kroku, zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Nie miała co liczyć na spotkanie koleżanek ze szkoły, bo z tymi najlepszymi była śmiertelnie pokłócona. Miała godzinę do spotkania z matką w Gringotta a nie chciało jej się bez celu szwendać po ulicach.
Weszła więc do pierwszego, lepszego sklepu, którym okazało się centrum Eylopa. To nawet dobrze się składa, pomyślała, Nie mam już „Przysmaków” dla Daisy.
Już kilka kroków za progiem doszło do niej, że popełniła błąd.
Przy ladzie w nonszalanckiej pozie, z kpiącym uśmieszkiem na twarzy stał sobie nie kto inny, a Syriusz Black.
Maggie zamarła w połowie ruchu, w ciągu kilku uderzeń serca trwała nieruchomo, wpatrzona w Jego plecy.
A potem, jakby coś nagle w niej zaskoczyło, dźwigienka została pchnięta i mechanizm ruszył. Maggie Callen bez zastanowienia zaczęła się cofać.
Ale było już za późno. Ktoś, stojący obok Syriusza, na kogo wcześniej nie zwracała zupełnie uwagi, zauważył ją.
- Maggie???
Nie, król Artut, pomyślała z rozgoryczeniem Maggie, widząc rozradowaną minę Lily Evans. Rudowłosa z zaskoczeniem, ale także z ulgą podeszłą do niej i przytuliła ją mocno. Przez jej jaskrawe kosmyki dostrzegła jeszcze Jamesa, Petera i Lupina, stojących obok Blacka i szczerzących się do niej w uśmiechu.
- Cześć! – zawołali wszyscy naraz, nie wyłączają Syriusza, który uśmiechał się tak samo pogodnie jak reszta jego przyjaciół.
- Czeeeść… - powiedziała niemrawo, kiedy Lily ją wreszcie puściła. Wszyscy w piątkę zebrali się wokół niej, Syriusz i James mieli w rękach torby z logo Magicznej Menażerii.
- Jak tam wakacje? – wypalił natychmiast James – Czemu nie odpisujesz na listy?
- Ahh, listy.. – Maggie potarła szyję w roztargnieniu – No, byłam strasznie zajęta, cały czas pilnowałam moich małych braci, wiecie, jacy oni są…
Pokiwali głowami na znak, że wiedzą. James zacząć coś paplać, ale do Maggie nie docierała większość jego słów, zarejestrowała tylko, że taktownie nie wspominał o „wielkiej” kłótni. Bardziej skupiona była na tym, żeby przypadkiem nie obić się o ramię Syriusza, który na nieszczęście stanął tuż obok niej.
- Hej, hej, słyszysz? Wybieramy się do Fortescue! – zawołał Syriusz prosto do jej ucha a jego oddech owiał jej kark. Przełknęła szybko ślinę i otrząsnęła się z dziwnego otępienia, jakie ją ogarnęło – Może wybierzesz się z nami?
- Eh, nie, nie mogę… Mam zaraz spotkać się z rodziną, już i tak jestem spóźniona- Maggie starała się unikać znaczącego spojrzenia Lily. Co ona sobie myśli, nie daj boże Syriusz skojarzy fakty i zacznie się czegoś domyślać. O ile już nie wie!!!
Znowu ogarnęło ją przerażenie, takie samo, jak na początku wakacji, kiedy wpadło jej do głowy, że Cathy w ramach zemsty mogłaby wszystko powtórzyć Huncwotom. A Syriusz był dla niej taki miły… A jeśli to znaczy, że wie? Ze nie chce jej zranić, dlatego stara się…
Nie myśl o tym! Nakazała sobie natychmiast Nie myśl o tym, ona nie mogłaby…
Ale czy na pewno? Maggie nie wiedziała, do czego tak naprawdę jest zdolna Cathy.
Wyszli ze sklepu, ktoś cały czas coś mówił, ale Maggie nie potrafiła się na tych słowach skupić. Musi się dowiedzieć, czy On wie! Musi, musi…
- Jesteś pewna, że nie idziesz? – zapytał James na tyle głośno, że Maggie go dosłyszała.
- Tak, tak jestem pewna! – powiedziała tym razem z o wiele większą stanowczością w głosie.
- Szkoda… - powiedziała cicho Lily, uśmiechając się do blondynki pokrzepiająco.
- Tak, szkoda… - Maggie wzięła głęboki oddech – Słuchaj Lily, możemy zamienić słówko na osobności?
Lily wyglądała na zaskoczoną ale natychmiast się zgodziła. Huncwoci, trochę zaskoczeni i chyba trochę obrażeni odeszli na bok. James natychmiast coś powiedział i wszyscy czworo wybuchli śmiechem. Byli na tyle daleko, że Maggie nie musiała się martwić, że coś usłyszą.
- Słuchaj, Lil! – powiedziała spokojnym głosem, choć tak naprawdę serce podchodziło jej do gardła – Czy on wie?
- Kto o czym wie? – zapytała tępo ruda. Wyglądała na lekko przestraszoną.
- Czy Syriusz wie, że… No wiesz! – wysyczała, pochylając się nad nią jeszcze bardziej.
- Oh! – Lily odetchnęła z ulgą, łapiąc o co chodzi – Nie, no coś ty! Niby skąd?
- No nie wiem… - Maggie zagryzła wargi – Cathy mogłaby mu powiedzieć… W ramach zemsty.
Lily spojrzała na nią z niechęcią.
- Wiesz co, nie rozumiem tego… - powiedziała rozgoryczonym tonem – Naprawdę masz ją za taką?
- Nie wiem, za jaką ją mam - powiedziała szorstko Maggie, nie patrząc rudej w oczy.
- Nigdy by mu nie powiedziała, nie zniżyłaby się do takiego poziomu. Nawet, gdyby chciała się zemścić. A teraz nie ma za co się mścić, więc nie wiem, skąd te przypuszczenia…
Maggie odetchnęła z ulgą.
- Po prostu chciałam się upewnić… - dodała cicho po czym wreszcie spojrzała na Lily – Okej, to tyle… Do zobaczenia w Ekspresie i…
- Na pewno nie idziesz z nami? – zapytała ostatni raz Lily, kiedy tamta już się odwracała.
- Tak, na pewno, dzięki za zaproszenie… Do zobaczenia!
Ruszyła szybko w dół ulicy, nie spoglądając już za siebie. Słyszała jak Syriusz i reszta wołają za nią, chcąc się pożegnać, ale ona nie odpowiadała. By to zrobić musiałaby się odwrócić i spojrzeć jeszcze raz na ich twarze. A w tym momencie tego najbardziej się bała.
Severus Snape
- Straszny z ciebie hipokryta, Sewerus…
Severus Snape siedział w swoim małym, ciemnym pokoiku na piętrze. Przez okno widział zaniedbany ogród, pustą ulicę i rzędy ponurych domów. Siedział w swoim pokoiku, zwinięty w kłębek na niepościelonym łóżku i mówił sam do siebie.
- Głupi idiota i do tego jeszcze hipokryta…
Z zewnątrz dobiegł go śmiech bawiących się dzieci. Przełknął boleśnie ślinę, serce zamarło na chwilę. Przypomniały mu się te cudowne chwile, spędzone z Lily Evans, jeszcze zanim poszli do Hogwartu.
Kiedy to było? Rok, dwa, pięć lat temu, czy może całą wieczność…?
Ale jednego był pewien. Zdarzyło się to jeszcze zanim popełnił największy błąd w swoim życiu, nazywając Lilianne Evans szlamą.
Poniosło go, nie przemyślał tych słów zanim je wypowiedział i teraz ponosił tego konsekwencje. Choćby nie wiadomo jak bardzo chciał, Severus nie mógł cofnąć czasu.
- Co to ma być za cholerna magia! – ryknął, wstając nagle i łapiąc pierwszy lepszy przedmiot, jaki mu się nawinął. Cisnął nim w ścianę – Co to za magia, która nie może cofnąć mnie wstecz, żebym mógł się sam zabić!?
W tym momencie oddałby wszystko, by móc wrócić się o te dwa miesiące wstecz, jeszcze raz zmierzyć się z Jamesem Potterem, jeszcze raz przeżyć upokorzenie, ale już nie wypowiedzieć tamtych słów. Oddałby wszystko… A tak niewiele ma… Teraz właściwie już nic – ostatnią wartościową rzeczą, była ich przyjaźń, a on ją stracił na własne życzenie.
Nie usprawiedliwiał się, nie zrzucał winy na Pottera ani na jego idiotycznych koleżków. Nie kazali mu powiedzieć tego, co powiedział. Tylko i wyłącznie on był winien swojemu nieszczęściu.
- Jestem żałosny… - powiedział cicho, opadając z powrotem na łóżko i chowając twarz w dłoniach.
Pokój mu nie odpowiedział. Nikt mu nigdy nie odpowiadał. Byłby jeszcze większym idiotą, gdyby zwierzył się swoim kumplom, że on, szanujący się Ślizgon, od ponad pięciu lat żywi nieodwzajemnione uczucie do pewnej Gryfonki.
Severus Snape siedział w swoim małym, ciemnym pokoiku na piętrze. Przez okno widział zaniedbany ogród, pustą ulicę i rzędy ponurych domów. Siedział w swoim pokoiku, zwinięty w kłębek na niepościelonym łóżku i mówił sam do siebie.
- Głupi idiota i do tego jeszcze hipokryta…
Z zewnątrz dobiegł go śmiech bawiących się dzieci. Przełknął boleśnie ślinę, serce zamarło na chwilę. Przypomniały mu się te cudowne chwile, spędzone z Lily Evans, jeszcze zanim poszli do Hogwartu.
Kiedy to było? Rok, dwa, pięć lat temu, czy może całą wieczność…?
Ale jednego był pewien. Zdarzyło się to jeszcze zanim popełnił największy błąd w swoim życiu, nazywając Lilianne Evans szlamą.
Poniosło go, nie przemyślał tych słów zanim je wypowiedział i teraz ponosił tego konsekwencje. Choćby nie wiadomo jak bardzo chciał, Severus nie mógł cofnąć czasu.
- Co to ma być za cholerna magia! – ryknął, wstając nagle i łapiąc pierwszy lepszy przedmiot, jaki mu się nawinął. Cisnął nim w ścianę – Co to za magia, która nie może cofnąć mnie wstecz, żebym mógł się sam zabić!?
W tym momencie oddałby wszystko, by móc wrócić się o te dwa miesiące wstecz, jeszcze raz zmierzyć się z Jamesem Potterem, jeszcze raz przeżyć upokorzenie, ale już nie wypowiedzieć tamtych słów. Oddałby wszystko… A tak niewiele ma… Teraz właściwie już nic – ostatnią wartościową rzeczą, była ich przyjaźń, a on ją stracił na własne życzenie.
Nie usprawiedliwiał się, nie zrzucał winy na Pottera ani na jego idiotycznych koleżków. Nie kazali mu powiedzieć tego, co powiedział. Tylko i wyłącznie on był winien swojemu nieszczęściu.
- Jestem żałosny… - powiedział cicho, opadając z powrotem na łóżko i chowając twarz w dłoniach.
Pokój mu nie odpowiedział. Nikt mu nigdy nie odpowiadał. Byłby jeszcze większym idiotą, gdyby zwierzył się swoim kumplom, że on, szanujący się Ślizgon, od ponad pięciu lat żywi nieodwzajemnione uczucie do pewnej Gryfonki.
Hestia Jones
- Do końca życia będziesz chodzić z tym głupim listem? Pewnie jeszcze z nim śpisz…
Kpiący ton jej kuzynki wcale Hestii nie zniechęcił. Wcisnęła list od Johnnego głębiej do kieszeni i wzruszyła ramionami.
- Przeszkadza ci to?
- Nie… - dziewczyna skrzywiła się, przecząc tym samym swojemu poprzedniemu zdaniu – Ale zachowujesz się dziwnie. Przecież on nawet nie jest twoim chłopakiem…
- Zrozum, Taylor… - Hestia westchnęła i pokręciła z niedowierzaniem głową – To mój najlepszy przyjaciel. Jedyny prawdziwy! Taki, któremu mogłam powiedzieć wszystko… Wszystko! – dodała, widząc jej niedowierzające spojrzenie.
- No jasne… - parsknęła McGinn, z powrotem wracając do piłowania paznokci – Chłopak, któremu można powiedzieć wszystko…
- A żebyś wiedziała! – zaperzyła się Hestia, odrzucając swoje ciemne, grube włosy na plecy a jej policzki zrobiły się jeszcze bardziej rumiane niż zwykle – On jest niesamowitym, cudownym facetem!
Taylor popatrzyła na nią z miną pełną uprzejmego niedowierzania.
- Dziwisz się, że się cieszę z jego powrotu? – dokończyła po chwili Hestia, dotykając w kieszeni rogu zmiętej kartki.
Taylor wzruszyła tylko ramionami, skupiając się znów na swoich paznokciach. Hestia uznała, że rozmowa jest skończona. Z powrotem sięgnęła po rzuconą na koc książkę.
Ona i jej kuzynka siedziały w wielkim, zielonym ogrodzie, znajdującym się na terenie posiadłości McGinnów. Hestia przyjeżdżała tu w każde lato, podobnie jak Taylor odwiedzała ją na początku wakacji w jej starym, podmiejskim domu w Londynie. Obydwie dziewczyny lubiły te odwiedziny. Były w tym samym wieku i mimo, że w Hogwarcie prawie nigdy nie trzymały się razem to lubiły się i mogły na siebie liczyć. Hestia ceniła sobie przyjaźń kuzynki, Taylor często jej pomagała, zazwyczaj w kontaktach towarzyskich, jako o wiele śmielsza i bardziej kreatywna. A Hestia pomagała Taylor w nauce i podsuwała sposoby dogadywania się z nauczycielami.
Każda z dziewczyn czerpała z tej sytuacji korzyści, a to że czasami się kłóciły nie miało wielkiego znaczenia – już po kilku godzinach żadna nie pamiętała, o co poszło.
Było bardzo gorące popołudnie. W cieniu było ponad 30 stopni, co na Anglię było rzeczą niezwykłą. Hestia z uporem próbowała sobie przypomnieć cieplejsze lato, ale żadne z minionych nie przychodziło jej do głowy.
Cóż, pomyślała, ocierając spocone czoło i popijając lemoniady z lodem ze zdobionej szklanki. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Nie wiadomo czemu, smak lemoniady skojarzył jej się z tym okropnym momentem w Ekspresie Hogwart, kiedy ta durna Laurence wepchnęła ją do przedziału gryfonów z piątego roku. Do przedziału, w którym siedział Syriusz Black.
Hestia nadal nie odkryła, w jaki sposób Laurence dowiedziała się o jej skrytym uczuciu do Syriusza. Serena zaklinała się, że nic jej nie powiedziała i wyglądała na wielce oburzoną, kiedy Hestia nie była skłonna jej uwierzyć. Po kilku dniach daremnych poszukiwań zdrajcy ( wielu ich nie mogło być, bo Hestia nie afiszowała się z uczuciami) musiała sobie odpuścić i przyjąć, że Laurence założyła sobie takie przypuszczenie i chcąc je sprawdzić, wepchnęła Hestię do tamtego przedziału.
Hestia nadal byłą wściekła na siebie, że nie potrafiła wtedy opanować emocji – nie dość, że potwierdziła domyślenia Laurence to jeszcze zdradziła się przed Blackiem. Przez kilka dni chodziła jak struta, jej rodzice nawet zaczęli się zastanawiać nad wysłaniem jej do Munga, ale po jakimś czasie, Hestia, tak jak zawsze, wzięła się w garść.
Trzeba żyć dalej pomyślała wtedy Są gorsze rzeczy na świecie…
- Idziesz z nami na Pokątną? – ciszę przerwał głos Taylor– Czy wracasz wcześniej do domu?
Hestia odłożyła książkę.
- A kiedy się tam wybieracie?
- No, listę zakupów już mamy… - Taylor wypiła duszkiem resztkę lemoniady i spojrzała ponuro na puste dno szklanki – Więc myślę, że za kilka dni przydałoby się tam wyskoczyć…
- Wakacje kończą się za dwa tygodnie… - Hestia w roztargnieniu spojrzała na zegarek – Nie wiem, czy nie będę już wracać. Rodzice powiedzieli, że pojawią się właśnie w takim terminie…
- Cóż, jak nie pójdziesz to trudno… - Taylor bawiła się okularami przeciwsłonecznymi, raz nasuwając je na oczy a raz przesuwając na czoło – Pomyślałam sobie, że poznasz lepiej Emmelinę…
Hestia natychmiast się nastroszyła.
- O nie, nie ma szans! – parsknęła pogardliwie, mrużąc swoje czekoladowe oczy – Nie mam zamiaru się z nią poznawać! Zresztą, dobrze wiesz, że ona mnie nie cierpi…
- To wcale nie tak… - Taylor pokręciła głową i uśmiechnęła się – Ona nic do ciebie nie ma, po prostu wydajesz się jej… Za mało… Eee, wyluzowana…
Hestia wytrzeszczyła oczy na kuzynkę.
- Za mało co???
- Wyluzowana… - powtórzyła Taylor z wahaniem – Znasz Emmelinę, to taka roztrzepana wariatka, a ty jesteś taka poważna… Ma dziewczyna trochę racji, mogłabyś wrzucić na luz, znaleźć sobie jakiegoś chłopaka…
Hestia zagryzła wargi i szybko odwróciła głowę, czując że się czerwieni.
- Serio, jakbyś się tak wszystkim nie przejmowała to byłoby ci prościej dogadać się z tymi wszystkimi ludźmi.
- Jakimi wszystkimi ludźmi? – zapytała lekceważąco Hestia, nie podnosząc głowy znad szklanki z lemoniadą.
- No wiesz – Taylor zaczęła żywo gestykulować – Masz naprawdę fajnych ludzi w tym swoim Ravenclaw, znam kilku i na przykład ta Laurence jest całkiem fajna, poza tym należy do elity…
- Ostatnio zaczęłam trzymać się z Laurence – Hestia rzuciła kuzynce rozgoryczone spojrzenie – Uwierz, nie przyszło mi z tego nic dobrego…
- Oh, jest gadatliwa, to fakt… - zaczęła Taylor, nie zauważając przerażonego spojrzenia Hestii – Wszystko co jej powiem, zaraz wypapla. Pamiętasz jak kiedyś powiedziałam jej, że James Potter jest seksowny, zaraz cała szkoła uważała, że się w nim bujam. A jak się dowiedziała o tobie i o Sy…
Zamilkła nagle, orientując się, że za dużo powiedziała. Ale było już za późno.
- No, dokończ! – powiedziała rozeźlonym tonem Hestia, zaciskając dłonie na okładce książki – Powiedz, o czym to się dowiedziała Laurence! Jestem niezmiernie ciekawa…
- Ekhm… - Taylor mrugnęła przepraszająco do dziewczyny – Nie denerwuj się, ale ona wyniuchała skądś, że ty też lecisz na Syriusza i z tego o wiem, wepchnęła cię do jego przedziału…
Hestia ze zrezygnowanym westchnieniem opadła na koc i spojrzała ponuro w jasnoniebieskie niebo.
- Słuchaj… - nie widziała już Taylor, ale jej donośny głos doskonale niósł się po zielonym ogrodzie – Wiem, że to jest ciężkie, nie przeczę, że on jest totalnie boski i tak dalej. Ale trzeba by kretynką, żeby się w nim zakochać.
– Ty jakoś zabujałaś się w Jamesie i ci się udało!
Taylor parsknęła śmiechem do swojej pustej szklanki.
- Kto ci powiedział, że się w nim zabujałam?
Hestia przekręcił głowę i spojrzała na kuzynkę z zaskoczeniem.
- No… Przecież byliście razem. W tym roku, przez całe…
- Dwa miesiące, taa… - zaśmiała się kpiąco Taylor. Jej jasnobrązowe, ciasne loczki zalśniły w słońcu, kiedy przekręciła figlarnie głowę – Byłam z nim, było fajnie, ale nie byłam aż tak głupia, żeby się w nim zakochiwać….
- Nie rozumiem… - bąknęła Hestia, zakładając ramiona na piersi i odwracając wzrok z powrotem na przejrzyste niebo.
- Byłam z nim, fajnie było, ale doskonale wiedziałam, że prędzej czy później się skończy! – Taylor najwyraźniej ten fakt w ogóle nie martwił, w jej głosie słychać było obojętność a nawet kpinę – Po prostu wykorzystałam sytuację. Wściekł się na tą swoją ryżą wiewiórkę i trochę się razem zabawiliśmy. Wiesz, robiłam za siostrę miłosierdzia, pocieszałam go, ale nie powiem, że nie było nam razem przyjemnie. Poza tym nawet nie wiesz, jak to miło widzieć te pełne wyrzutu spojrzenia naszej kochanej, rudej zazdrośnicy.
Hestia znów spojrzała na swoją kuzynkę – atrakcyjną, wygadaną, wyluzowaną. Zawsze jej zazdrościła, choć starała się przekonać samą siebie, że Taylor wcale nie ma tak fajnie i że lepiej jest być tym, kim się jest – poważną, ciemnowłosą Hestią Jones. Niby czego mogła zazdrościć tej roztrzepanej osóbce – urody? No tak, urody można jej było zazdrościć, ale mądrości? Nie chodziło o to, że dziewczyna byłą głupia, co to to nie! Był piekielnie inteligentna, ale nie wykorzystywała tego. Uczyła się raczej kiepsko bo po prostu, jak często wspominała, jej się nie chciało. Była zbyt zajęta pielęgnowaniem swojej pozycji naczelnej plotkary i dziewczyny z elity, do której Hestia nie miała wstępu.
Cóż, trzeba trochę pocierpieć. Kiedyś moja praca się zwróci a Taylor zostanie na lodzie.
Jednak, mimo wszystko, mimo tylu cech, których Hestia zazdrościła Taylor, nie mogła kuzynki nie lubić. Były swoimi całkowitymi przeciwieństwami ale kiedy chciały, potrafiły się doskonale dogadać.
- Nie chciałam się ranić… - po chwili ciszy Taylor kontynuowała swoją opowieść o Jamesie – Wiedziałam, że kiedy to się skończy, on zostawi mnie ze złamanym sercem. Dlatego właśnie – z pogodną miną wyłowiła ze szklanki plasterek cytryny – Z całej siły postanowiłam się nie zakochiwać!
Hestia przypatrywała się jej z grobową miną.
- Może ty tak potrafisz. Ja nie mam zielonego pojęcia jak się „nie zakochiwać”. Zresztą, mała prawdopodobieństwo, że Syriusz złamie mi serce, bo nigdy z nim nie będę…
- To nie znaczy, że nie może ci złamać serca… - dodała szybko Taylor, zerkając na kuzynkę, ciekawa jej reakcji.
Hestia burknęła coś tylko i schowała się za książką, dając ewidentny znak, że rozmowa skończona.
Taylor tylko uśmiechnęła się pogodnie, z powrotem nasunęła okularu na oczy i wystawiła twarz do promieni słońca. W końcu, trzeba popracować nad opalenizną, a do końca wakacji zostało niewiele czasu. W elicie bez opalenizny ani rusz!!!
Kpiący ton jej kuzynki wcale Hestii nie zniechęcił. Wcisnęła list od Johnnego głębiej do kieszeni i wzruszyła ramionami.
- Przeszkadza ci to?
- Nie… - dziewczyna skrzywiła się, przecząc tym samym swojemu poprzedniemu zdaniu – Ale zachowujesz się dziwnie. Przecież on nawet nie jest twoim chłopakiem…
- Zrozum, Taylor… - Hestia westchnęła i pokręciła z niedowierzaniem głową – To mój najlepszy przyjaciel. Jedyny prawdziwy! Taki, któremu mogłam powiedzieć wszystko… Wszystko! – dodała, widząc jej niedowierzające spojrzenie.
- No jasne… - parsknęła McGinn, z powrotem wracając do piłowania paznokci – Chłopak, któremu można powiedzieć wszystko…
- A żebyś wiedziała! – zaperzyła się Hestia, odrzucając swoje ciemne, grube włosy na plecy a jej policzki zrobiły się jeszcze bardziej rumiane niż zwykle – On jest niesamowitym, cudownym facetem!
Taylor popatrzyła na nią z miną pełną uprzejmego niedowierzania.
- Dziwisz się, że się cieszę z jego powrotu? – dokończyła po chwili Hestia, dotykając w kieszeni rogu zmiętej kartki.
Taylor wzruszyła tylko ramionami, skupiając się znów na swoich paznokciach. Hestia uznała, że rozmowa jest skończona. Z powrotem sięgnęła po rzuconą na koc książkę.
Ona i jej kuzynka siedziały w wielkim, zielonym ogrodzie, znajdującym się na terenie posiadłości McGinnów. Hestia przyjeżdżała tu w każde lato, podobnie jak Taylor odwiedzała ją na początku wakacji w jej starym, podmiejskim domu w Londynie. Obydwie dziewczyny lubiły te odwiedziny. Były w tym samym wieku i mimo, że w Hogwarcie prawie nigdy nie trzymały się razem to lubiły się i mogły na siebie liczyć. Hestia ceniła sobie przyjaźń kuzynki, Taylor często jej pomagała, zazwyczaj w kontaktach towarzyskich, jako o wiele śmielsza i bardziej kreatywna. A Hestia pomagała Taylor w nauce i podsuwała sposoby dogadywania się z nauczycielami.
Każda z dziewczyn czerpała z tej sytuacji korzyści, a to że czasami się kłóciły nie miało wielkiego znaczenia – już po kilku godzinach żadna nie pamiętała, o co poszło.
Było bardzo gorące popołudnie. W cieniu było ponad 30 stopni, co na Anglię było rzeczą niezwykłą. Hestia z uporem próbowała sobie przypomnieć cieplejsze lato, ale żadne z minionych nie przychodziło jej do głowy.
Cóż, pomyślała, ocierając spocone czoło i popijając lemoniady z lodem ze zdobionej szklanki. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Nie wiadomo czemu, smak lemoniady skojarzył jej się z tym okropnym momentem w Ekspresie Hogwart, kiedy ta durna Laurence wepchnęła ją do przedziału gryfonów z piątego roku. Do przedziału, w którym siedział Syriusz Black.
Hestia nadal nie odkryła, w jaki sposób Laurence dowiedziała się o jej skrytym uczuciu do Syriusza. Serena zaklinała się, że nic jej nie powiedziała i wyglądała na wielce oburzoną, kiedy Hestia nie była skłonna jej uwierzyć. Po kilku dniach daremnych poszukiwań zdrajcy ( wielu ich nie mogło być, bo Hestia nie afiszowała się z uczuciami) musiała sobie odpuścić i przyjąć, że Laurence założyła sobie takie przypuszczenie i chcąc je sprawdzić, wepchnęła Hestię do tamtego przedziału.
Hestia nadal byłą wściekła na siebie, że nie potrafiła wtedy opanować emocji – nie dość, że potwierdziła domyślenia Laurence to jeszcze zdradziła się przed Blackiem. Przez kilka dni chodziła jak struta, jej rodzice nawet zaczęli się zastanawiać nad wysłaniem jej do Munga, ale po jakimś czasie, Hestia, tak jak zawsze, wzięła się w garść.
Trzeba żyć dalej pomyślała wtedy Są gorsze rzeczy na świecie…
- Idziesz z nami na Pokątną? – ciszę przerwał głos Taylor– Czy wracasz wcześniej do domu?
Hestia odłożyła książkę.
- A kiedy się tam wybieracie?
- No, listę zakupów już mamy… - Taylor wypiła duszkiem resztkę lemoniady i spojrzała ponuro na puste dno szklanki – Więc myślę, że za kilka dni przydałoby się tam wyskoczyć…
- Wakacje kończą się za dwa tygodnie… - Hestia w roztargnieniu spojrzała na zegarek – Nie wiem, czy nie będę już wracać. Rodzice powiedzieli, że pojawią się właśnie w takim terminie…
- Cóż, jak nie pójdziesz to trudno… - Taylor bawiła się okularami przeciwsłonecznymi, raz nasuwając je na oczy a raz przesuwając na czoło – Pomyślałam sobie, że poznasz lepiej Emmelinę…
Hestia natychmiast się nastroszyła.
- O nie, nie ma szans! – parsknęła pogardliwie, mrużąc swoje czekoladowe oczy – Nie mam zamiaru się z nią poznawać! Zresztą, dobrze wiesz, że ona mnie nie cierpi…
- To wcale nie tak… - Taylor pokręciła głową i uśmiechnęła się – Ona nic do ciebie nie ma, po prostu wydajesz się jej… Za mało… Eee, wyluzowana…
Hestia wytrzeszczyła oczy na kuzynkę.
- Za mało co???
- Wyluzowana… - powtórzyła Taylor z wahaniem – Znasz Emmelinę, to taka roztrzepana wariatka, a ty jesteś taka poważna… Ma dziewczyna trochę racji, mogłabyś wrzucić na luz, znaleźć sobie jakiegoś chłopaka…
Hestia zagryzła wargi i szybko odwróciła głowę, czując że się czerwieni.
- Serio, jakbyś się tak wszystkim nie przejmowała to byłoby ci prościej dogadać się z tymi wszystkimi ludźmi.
- Jakimi wszystkimi ludźmi? – zapytała lekceważąco Hestia, nie podnosząc głowy znad szklanki z lemoniadą.
- No wiesz – Taylor zaczęła żywo gestykulować – Masz naprawdę fajnych ludzi w tym swoim Ravenclaw, znam kilku i na przykład ta Laurence jest całkiem fajna, poza tym należy do elity…
- Ostatnio zaczęłam trzymać się z Laurence – Hestia rzuciła kuzynce rozgoryczone spojrzenie – Uwierz, nie przyszło mi z tego nic dobrego…
- Oh, jest gadatliwa, to fakt… - zaczęła Taylor, nie zauważając przerażonego spojrzenia Hestii – Wszystko co jej powiem, zaraz wypapla. Pamiętasz jak kiedyś powiedziałam jej, że James Potter jest seksowny, zaraz cała szkoła uważała, że się w nim bujam. A jak się dowiedziała o tobie i o Sy…
Zamilkła nagle, orientując się, że za dużo powiedziała. Ale było już za późno.
- No, dokończ! – powiedziała rozeźlonym tonem Hestia, zaciskając dłonie na okładce książki – Powiedz, o czym to się dowiedziała Laurence! Jestem niezmiernie ciekawa…
- Ekhm… - Taylor mrugnęła przepraszająco do dziewczyny – Nie denerwuj się, ale ona wyniuchała skądś, że ty też lecisz na Syriusza i z tego o wiem, wepchnęła cię do jego przedziału…
Hestia ze zrezygnowanym westchnieniem opadła na koc i spojrzała ponuro w jasnoniebieskie niebo.
- Słuchaj… - nie widziała już Taylor, ale jej donośny głos doskonale niósł się po zielonym ogrodzie – Wiem, że to jest ciężkie, nie przeczę, że on jest totalnie boski i tak dalej. Ale trzeba by kretynką, żeby się w nim zakochać.
– Ty jakoś zabujałaś się w Jamesie i ci się udało!
Taylor parsknęła śmiechem do swojej pustej szklanki.
- Kto ci powiedział, że się w nim zabujałam?
Hestia przekręcił głowę i spojrzała na kuzynkę z zaskoczeniem.
- No… Przecież byliście razem. W tym roku, przez całe…
- Dwa miesiące, taa… - zaśmiała się kpiąco Taylor. Jej jasnobrązowe, ciasne loczki zalśniły w słońcu, kiedy przekręciła figlarnie głowę – Byłam z nim, było fajnie, ale nie byłam aż tak głupia, żeby się w nim zakochiwać….
- Nie rozumiem… - bąknęła Hestia, zakładając ramiona na piersi i odwracając wzrok z powrotem na przejrzyste niebo.
- Byłam z nim, fajnie było, ale doskonale wiedziałam, że prędzej czy później się skończy! – Taylor najwyraźniej ten fakt w ogóle nie martwił, w jej głosie słychać było obojętność a nawet kpinę – Po prostu wykorzystałam sytuację. Wściekł się na tą swoją ryżą wiewiórkę i trochę się razem zabawiliśmy. Wiesz, robiłam za siostrę miłosierdzia, pocieszałam go, ale nie powiem, że nie było nam razem przyjemnie. Poza tym nawet nie wiesz, jak to miło widzieć te pełne wyrzutu spojrzenia naszej kochanej, rudej zazdrośnicy.
Hestia znów spojrzała na swoją kuzynkę – atrakcyjną, wygadaną, wyluzowaną. Zawsze jej zazdrościła, choć starała się przekonać samą siebie, że Taylor wcale nie ma tak fajnie i że lepiej jest być tym, kim się jest – poważną, ciemnowłosą Hestią Jones. Niby czego mogła zazdrościć tej roztrzepanej osóbce – urody? No tak, urody można jej było zazdrościć, ale mądrości? Nie chodziło o to, że dziewczyna byłą głupia, co to to nie! Był piekielnie inteligentna, ale nie wykorzystywała tego. Uczyła się raczej kiepsko bo po prostu, jak często wspominała, jej się nie chciało. Była zbyt zajęta pielęgnowaniem swojej pozycji naczelnej plotkary i dziewczyny z elity, do której Hestia nie miała wstępu.
Cóż, trzeba trochę pocierpieć. Kiedyś moja praca się zwróci a Taylor zostanie na lodzie.
Jednak, mimo wszystko, mimo tylu cech, których Hestia zazdrościła Taylor, nie mogła kuzynki nie lubić. Były swoimi całkowitymi przeciwieństwami ale kiedy chciały, potrafiły się doskonale dogadać.
- Nie chciałam się ranić… - po chwili ciszy Taylor kontynuowała swoją opowieść o Jamesie – Wiedziałam, że kiedy to się skończy, on zostawi mnie ze złamanym sercem. Dlatego właśnie – z pogodną miną wyłowiła ze szklanki plasterek cytryny – Z całej siły postanowiłam się nie zakochiwać!
Hestia przypatrywała się jej z grobową miną.
- Może ty tak potrafisz. Ja nie mam zielonego pojęcia jak się „nie zakochiwać”. Zresztą, mała prawdopodobieństwo, że Syriusz złamie mi serce, bo nigdy z nim nie będę…
- To nie znaczy, że nie może ci złamać serca… - dodała szybko Taylor, zerkając na kuzynkę, ciekawa jej reakcji.
Hestia burknęła coś tylko i schowała się za książką, dając ewidentny znak, że rozmowa skończona.
Taylor tylko uśmiechnęła się pogodnie, z powrotem nasunęła okularu na oczy i wystawiła twarz do promieni słońca. W końcu, trzeba popracować nad opalenizną, a do końca wakacji zostało niewiele czasu. W elicie bez opalenizny ani rusz!!!
Johnny Corso
Czteroletnia Sophie, zaciskając swoje małe piąstki na kremowej sukience, biegła przez trawnik, piszcząc wniebogłosy. Przebierała małymi nóżkami z niewiarygodną szybkością. W ciągu kilku sekund dopadła schodów wielkiego domostwa i z impetem wpadła w ramiona stojącej na nich kobiety.
- Martha! Martha! Ma, ma, ma!!! – krzyczała i śmiała się, obejmując starszą kobietę za szyję. Ta także się śmiała, a po jej policzkach płynęły łzy szczęścia. Tuliła do siebie dziewczynkę, kiwając się na piętach, w przód i w tył, jakby chciała ją ukołysać do snu.
- Sophie, słoneczko moje! Wróciłaś…
Po chwili do nóg kobiety dopadła jeszcze trójka rozkrzyczanych dzieci w różnym wieku: dwóch chłopców i jedna dziewczynka.
Johnny Corso szedł u boku swojego ojca i z rozczuleniem obserwował młodsze rodzeństwo. Szli po wykładanej kamiennymi kostkami ścieżce, ciągnąc za sobą kufry. Przynajmniej Johnny je ciągnął, bo jego ojciec, Ben dyrygował płynącymi w powietrzu pakunkami za pomocą długiej, jarzębinowej różdżki.
- Panie Corso! – krzyknęła ciemnoskóra Martha, trzymając Sophie w jednej ręce, drugą gładząc szczuplutką Margaret po gładko przyczesanych włosach –Czemu pan nic nie napisał!? Myślała, że to tylko plotki, ale wy naprawdę wróciliście.
Johnny zerknął na ojca, który zdawał się jednak całkowicie panować nad emocjami.
- Plotki okazały się prawdziwe. Wracamy na stałe. Nie przystoi zostawiać ojczyzny, gdy nas potrzebuje.
Oczy Marthy zrobiły się okrągłe.
- Oh, więc ma pan zamiar wrócić do Ministerstwa? Chce pan pomóc w sprawie tego… Mordercy?
Johnny drgnął nieznacznie i już chciał coś powiedzieć, ale napotkał znaczące spojrzenie ojca. Szybko zamknął usta.
- Lepiej nie rozmawiać na zewnątrz, moja droga. Wejdźmy do środka…
- Oh, oczywiście, racja!
Weszli do domu, wielkiego i pustego, pachnącego drewnem i pastą do podłóg. Johnny natychmiast poczuł, że dopiero tu czuje się jak w domu. Hiszpania zdecydowanie nie przypadła mu do gustu.
W ciągu godziny zdołali się uwinąć ze wszystkimi potrzebnymi czynnościami, które umożliwiały im zamieszkanie w pustym, nie licząc Marthy domu. Nie był zaniedbany – Martha dbała o niego, jakby nadal mieszkała w nim cała rodzina Corso. Pokoje były czyste, wszystko było poukładane na swoim miejscu. Kiedy Johnny wszedł do swojego pokoju poczuł się mile zaskoczony, widząc wszystkie swoje prywatne rzeczy tam, gdzie je zostawił.
Tak, to było dokładnie rok temu, myślał podczas wypakowywania zawartości kufrach do pustych szuflad. Pamiętał doskonale uczucie wściekłości, jakie go ogarnęło, kiedy ojciec, ni z tego ni z owego oznajmił, że się wynoszą do Hiszpanii Że tam od dzisiaj będą mieszkać a Johnny będzie tam chodził do szkoły. Na początku sądził, że Ben postradał zmysły, potem, kiedy zorientował się, że jego ojciec mówi zupełnie na serio, wpadł w szał. Mimo krzyków, przepychanek, gwałtownych ruchów, wiedział od samego początku, że ta sprawa jest przegrana. Ben nie należał do ludzi, których można zastraszyć. Nigdy nie zmienił zdania, jeśli podjął już jakąś decyzję i uważał ją za słuszną. Może te cechy były przydatne w zawodzie Aurora, jakim zajmował się ojciec od ponad 20 lat, ale dla Johnny’ego, równie upartego i nieugiętego co ojciec, były tylko powodem do częstych kłótni.
Mimo wszystko, pomyślał Johnny, wyglądając przez okno, za którym zaczynało się już robić ciemno, Mimo wszystko, szanuję go… Jest niesamowitym człowiekiem, autorytetem. Bez niego nie byłbym tym, kim jestem. Ukształtował mnie. I jestem mu za to wdzięczny.
Johnny nigdy nie dowiedział się, czemu ojciec zdecydował się na przeprowadzkę. Mógł się tylko domyślać.
Jego jedyne przypuszczenia dotyczyły wspomnień o matce, które cały czas błąkały się po tych korytarzach i zaglądały do pokojów każdego z mieszkańców. Mimo trzech lat, jakie minęły od jej śmierci, ojciec nadal nie mógł się z tym pogodzić. Poza tym Johnny przypuszczał, że ojciec tych wspomnień po prostu się bał.
I uciekł, jak tchórz. Nieustraszony auror, pogromca czarnoksiężników, uciekł przed bladym widmem jego umarłej żony.
Johnny i jego rodzina, licząca sobie sześć osób spędziła w Hiszpanii rok, pozostawiając ich rodzinną posiadłość w rękach zaufanej gospodyni Marthy. Dopiero straszne pogłoski o „Angielskim” czarnoksiężniku zmusiły ojca do powrotu. Zmierzył się z duchami przeszłości i wygrał.
Johnny cieszył się z tego jak nigdy. Nie mógł uwierzyć, że wreszcie wraca do miejsca, za którym nieustannie tęsknił przez prawie dwanaście miesięcy. Nie mógł patrzeć na wyłożone brązową cegłą korytarze zamku Dostriates, w którym przez rok musiał się uczyć, bo każde to spojrzenie przywoływało wspomnienie korytarzy z Hogwartu, wypełnionych rozgadanym tłumem ubranych w czarne szaty uczniów.
Johnny tęsknił nie tylko za zamkiem, za jego piękną architekturą, za boiskiem Qudditcha i Wielką Salą no i oczywiście za pokojem wspólnym Krukonów. Najbardziej tęsknił za swoimi przyjaciółmi: Za Lukasem, za Sereną, za piękną i kochaną Sereną, która złamała mu serce, ale najbardziej tęsknił za Hestią, której twarz śniła mu się każdej nocy, odkąd opuścił Anglię. W głowie cały czas dźwięczały mu słowa, jakie wypowiedziała, kiedy pojawił się w kominku, na kilka dni przed wyjazdem. Wciąż widział jej zawiedzioną i niedowierzającą minę i ciemne oczy, pełne bólu. Kiedy usłyszała, że jej najlepszy przyjaciel ją zostawia zupełnie się załamała.
Nie mógł mieć do niej pretensji – jego ta sytuacja także całkowicie zdołowała. Zostawiał za sobą wszystko, co znał, wszystko co kochał i co przynosiło mu radość. Musiał się przenieść w obce miejsce, gdzie większość ludzi nie rozumiało, co do nich mówił i patrzyło na niego jak na kosmitę.
Strasznie go to denerwowało. Mimo, że z natury był opanowany w Hiszpanii często zdarzało mu się tracić nad sobą kontrolę.
Dopiero kiedy z dołu doszedł go głośny śmiech Sophie i Margaret zdołał oderwać spojrzenie od nieprzeniknionej ciemności za szybami. Musiało minąć dobre pół godziny, odkąd przyszedł do pokoju, mimo to nie udało mu się rozpakować do końca. Stwierdził, że zajmie się tym później. Złapał różdżkę, jakieś ciuchy na przebranie i zbiegł na dół, gdzie został powitany gromkimi okrzykami jego pluskających się w wannie sióstr.
- Johnny, Johnny… Widzisz??? – mała Sophie spojrzała na niego swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami, jego czekoladowymi oczami i ze śmiechem na ustach starała się unieść w palcach pianę.
Kiedy wszyscy skorzystali już z łazienki, cała rodzina, nie wyłączając Marthy spotkała się w ogromnej jadalni. Gosposi udało się w ciągu kilkunastu minut przygotować wystawną kolację, która sama przyfrunęła do ich stołu i z cichym brzękiem sztućców opadła na wyszorowany blat.
W akompaniamencie licznych śmiechów, przywoływanych wspomnień i licznych wzruszeń w następną godzinę zdołali się uporać z kolacją. Margaret i Sophie wstały od stołu i razem z Samulem i Williamem bawiły się w najlepsze, biegając we wszystkie strony i sprawiając, że różne rzeczy unosiły się i przemykały przez pokój ze złowieszczym świstem.
Martha zupełnie się tym nie przejmowała. Usiadła obok Bena, naprzeciw Johnny’ego i spojrzała na obydwu z wyczekiwaniem.
- Myślę, że to odpowiednia pora na rozmowę… - spojrzała przez ramię. Jedna z cennych figurek Benjamina przeleciała jej właśnie obok ucha – Minie kilkanaście minut zanim się zmęczą, pozwólmy im się wyhasać przed snem. To stwarza idealną sytuację…
Ben z poważną miną odłożył widelec i odsunął miskę od siebie.
- Co chcesz wiedzieć? – zapytał swoim głębokim, budzącym zaufanie głosem.
- Przede wszystkim – powiedziała Martha rozgorączkowanym tonem – Czemu nie napisaliście, że wracacie? Czemu to wszystko musiało być aż tak wielką tajemnicą?
- Nie domyślasz się? – zapytał ponuro Johnny, spoglądając nie na kobietę tylko na swojego ojca.
- Niebezpieczeństwo jest aż tak wielkie?
- Nie w tym rzecz… - Ben wsparł podbródek na splecionych dłoniach – Na razie nie słychać nic o przechwytywanych sowach, zresztą po co im listy zwykłych, nic nie znaczących w tej wojnie obywateli. Ale jego siatka szpiegów jest już doskonale rozbudowana, ci ludzie infiltrują nas, nawet w Hiszpanii doszły mnie takie słuchy. Nie śledzą wszystkich, śledzą tylko tych, którzy stwarzają zagrożenie.
- Ale…
- Jestem aurorem, jednym z najbardziej zaangażowanych. Mam stały kontakt z Dumbledorem, wiem wiele rzeczy, których oni chcieliby się dowiedzieć. Dlatego zadbałem, żeby informacja o naszym powrocie do kraju nie dostała się w niepowołane ręce.
- Myśli pan, że się dowiedzą? O tym, że pan wrócił?– zapytała Martha. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu.
- Prędzej czy później, na pewno… - mężczyzna spojrzał ponuro na swój pusty kubek – Nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami. Kiedy zacznę działać, oczywiste będzie, że wróciłem do Anglii. Ale do tego czasu mam zamiar zabezpieczyć swoją rodzinę i wszystkich, na których mi zależy, żeby tamci w żaden sposób nie mogli się do nas dostać.
Martha spojrzała krótko na Johnny’ego, ale jej wzrok prawie natychmiast wróciło na poważne oblicze Benjamina.
- Dlatego właśnie… - kontynuował tamten – Chcę cię prosić o przysługę…
- Niech pan mówi! – odpowiedziała natychmiast kobieta – Mam wobec waszej rodziny dług, nie odmówię niczego.
Ben westchnął cicho i tak jak Martha przed chwilą, spojrzał na swojego najstarszego syna.
- Chcę ochronić ten dom na wszystkie znane mi sposoby …
- Jak chcesz to zrobić?
- Znam wiele pożytecznych zaklęć, ale najważniejsze w tej sytuacji będzie zaklęcie Fideliusa.
Martha pokiwała głową na znak, że doskonale rozumie.
- A kto będzie Strażnikiem? – zapytał Johnny, chociaż doskonale znał już odpowiedz.
- Ja! – odpowiedział ojciec cierpko, zgodnie z jego przewidywaniami. Johnny spojrzał ojcu w oczy, w których zapaliły się nagle dziwne ogniki, jakby jakaś dawna obsesja na powrót ogarniała siedzącego przed nim mężczyznę.
- To oczywiste, pan najlepiej się nadaje… - Martha pokiwała w zamyśleniu głową – Podczas, gdy pan będzie się zajmował tą sprawą, ja będę opiekować się dziećmi…
Benjamin popatrzył na nią wyczekująco. Kiedy dojrzała jego spojrzenie pokiwała gorliwie głową.
- Oczywiście, że się zgadzam! Dziwne, że pan w ogóle pyta.
Ben uśmiechnął się smutno.
- W domu zostaną wszyscy oprócz Johnny’ego, jego mogę bez oporów wysłać do szkoły. Głupio bym zrobił, zatrzymując go w domu. To by już była lekka przesada.
Johnny dyskretnie odetchnął z ulgą. Przez chwilę bał się, że ojciec nie pozwoli mu wrócić do Hogwartu. Ale i tym razem, tak jak wiele razy poprzednio, nie zawiódł się na zdrowym rozsądku Benjamina Corso.
- Też tak sądzę… - Martha uśmiechnęła się pokrzepiająco do Johnny’ego – Niech się chłopak uczy, to teraz najważniejsze…
- Tak… – Ben potarł w zamyśleniu czoło – Johnny musi skończyć szkołę, bo nie wiadomo, co go po niej czeka…
Johnny drgnął, nie spuszczając wzroku z ojca.
- Myślisz, że to się będzie ciągnąc jeszcze ponad dwa lata?
- Nie wykluczam żadnej możliwości… Tak naprawdę, nie znamy jeszcze całej sytuacji na tyle by określić ile czasu zajmie nam uporanie się z nią. Jak na razie, z dnia na dzień jest coraz gorzej..
Martha markotnie opuściła głowę. Gdzieś za ich plecami rozległ się donośmy śmiech Sophie i rozpaczliwe miałczenie ich domowego kota.
- A co będzie z Williamem? – zapytał Johnny, przerywając ciszę – Co będzie z resztą dzieciaków? W końcu przyjdzie ich pora na Hogwart.
- Czy William pójdzie do szkoły, przekonamy się za dwa lata… - odrzekł stanowczo Ben – Nie będę podejmował pochopnych decyzji. Kiedy zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja to pomyślimy.
- No tak… - Johnny przyznał mu rację – Jeśli w ciągu kilku miesięcy zrobiła się taka draka, to ciekaw jestem, co będzie za dwa lata…
Ben rzucił mu karcące spojrzenie.
- Taka postawa jest mało odpowiednia… - skrzywił się nieznacznie – A propos, mam do was jeszcze jedną prośbę. Nie mówcie dzieciakom, co tak naprawdę się dzieje. Mają oczywiście jakieś tam pojęcie o sytuacji, ale nie ma potrzeby nadmiernie ich straszyć. Wiedzą tyle, ile powinny wiedzieć. Ale pod żadnym pozorem nie zostawiajcie ich sam na sam, nie mogą w pojedynkę wychodzić, nie mogą bawić się na łąkach bez nadzoru. Martha, tobie powierzam to zadanie w szczególności.
Martha pokiwała głową, jej twarz wyrażała pełną powagę i skupienie.
- Johnny za kilkanaście dni pojedzie do szkoły. Czy wróci na święta, tego jeszcze nie wiem. Przekonamy się…
Johnny także pokiwał głową, by pokazać, że akceptuje sytuację.
Ben już nic więcej nie dodał i po chwili było jasne, że poważna rozmowa się skończyła. Johnny wstał od stołu, podziękował Marthcie, kiedy coś mu się przypomniało.
- Tato… - zaczął przejętym tonem. Serce zabiło mu szybciej – Czy mogę już napisać do moich przyjaciół, że wracam?
Benjamin patrzył na niego przez dłuższą chwilę, rozważał coś. W jego mądrych oczach zalśniło zrozumienie.
- Napisz… - odpowiedział w końcu – Napisz, ale uważaj, co piszesz. Nie podawaj żadnych zbędnych informacji.
Johnny uśmiechnął się do niego szeroko, po czym popędził na schody. Resztę wieczoru spędził w swoim pokoju, pochylony nad kawałkami pergaminu, skrobiąc coś na nich swoim orlim piórem.
Za oknami szalała burza.
- Martha! Martha! Ma, ma, ma!!! – krzyczała i śmiała się, obejmując starszą kobietę za szyję. Ta także się śmiała, a po jej policzkach płynęły łzy szczęścia. Tuliła do siebie dziewczynkę, kiwając się na piętach, w przód i w tył, jakby chciała ją ukołysać do snu.
- Sophie, słoneczko moje! Wróciłaś…
Po chwili do nóg kobiety dopadła jeszcze trójka rozkrzyczanych dzieci w różnym wieku: dwóch chłopców i jedna dziewczynka.
Johnny Corso szedł u boku swojego ojca i z rozczuleniem obserwował młodsze rodzeństwo. Szli po wykładanej kamiennymi kostkami ścieżce, ciągnąc za sobą kufry. Przynajmniej Johnny je ciągnął, bo jego ojciec, Ben dyrygował płynącymi w powietrzu pakunkami za pomocą długiej, jarzębinowej różdżki.
- Panie Corso! – krzyknęła ciemnoskóra Martha, trzymając Sophie w jednej ręce, drugą gładząc szczuplutką Margaret po gładko przyczesanych włosach –Czemu pan nic nie napisał!? Myślała, że to tylko plotki, ale wy naprawdę wróciliście.
Johnny zerknął na ojca, który zdawał się jednak całkowicie panować nad emocjami.
- Plotki okazały się prawdziwe. Wracamy na stałe. Nie przystoi zostawiać ojczyzny, gdy nas potrzebuje.
Oczy Marthy zrobiły się okrągłe.
- Oh, więc ma pan zamiar wrócić do Ministerstwa? Chce pan pomóc w sprawie tego… Mordercy?
Johnny drgnął nieznacznie i już chciał coś powiedzieć, ale napotkał znaczące spojrzenie ojca. Szybko zamknął usta.
- Lepiej nie rozmawiać na zewnątrz, moja droga. Wejdźmy do środka…
- Oh, oczywiście, racja!
Weszli do domu, wielkiego i pustego, pachnącego drewnem i pastą do podłóg. Johnny natychmiast poczuł, że dopiero tu czuje się jak w domu. Hiszpania zdecydowanie nie przypadła mu do gustu.
W ciągu godziny zdołali się uwinąć ze wszystkimi potrzebnymi czynnościami, które umożliwiały im zamieszkanie w pustym, nie licząc Marthy domu. Nie był zaniedbany – Martha dbała o niego, jakby nadal mieszkała w nim cała rodzina Corso. Pokoje były czyste, wszystko było poukładane na swoim miejscu. Kiedy Johnny wszedł do swojego pokoju poczuł się mile zaskoczony, widząc wszystkie swoje prywatne rzeczy tam, gdzie je zostawił.
Tak, to było dokładnie rok temu, myślał podczas wypakowywania zawartości kufrach do pustych szuflad. Pamiętał doskonale uczucie wściekłości, jakie go ogarnęło, kiedy ojciec, ni z tego ni z owego oznajmił, że się wynoszą do Hiszpanii Że tam od dzisiaj będą mieszkać a Johnny będzie tam chodził do szkoły. Na początku sądził, że Ben postradał zmysły, potem, kiedy zorientował się, że jego ojciec mówi zupełnie na serio, wpadł w szał. Mimo krzyków, przepychanek, gwałtownych ruchów, wiedział od samego początku, że ta sprawa jest przegrana. Ben nie należał do ludzi, których można zastraszyć. Nigdy nie zmienił zdania, jeśli podjął już jakąś decyzję i uważał ją za słuszną. Może te cechy były przydatne w zawodzie Aurora, jakim zajmował się ojciec od ponad 20 lat, ale dla Johnny’ego, równie upartego i nieugiętego co ojciec, były tylko powodem do częstych kłótni.
Mimo wszystko, pomyślał Johnny, wyglądając przez okno, za którym zaczynało się już robić ciemno, Mimo wszystko, szanuję go… Jest niesamowitym człowiekiem, autorytetem. Bez niego nie byłbym tym, kim jestem. Ukształtował mnie. I jestem mu za to wdzięczny.
Johnny nigdy nie dowiedział się, czemu ojciec zdecydował się na przeprowadzkę. Mógł się tylko domyślać.
Jego jedyne przypuszczenia dotyczyły wspomnień o matce, które cały czas błąkały się po tych korytarzach i zaglądały do pokojów każdego z mieszkańców. Mimo trzech lat, jakie minęły od jej śmierci, ojciec nadal nie mógł się z tym pogodzić. Poza tym Johnny przypuszczał, że ojciec tych wspomnień po prostu się bał.
I uciekł, jak tchórz. Nieustraszony auror, pogromca czarnoksiężników, uciekł przed bladym widmem jego umarłej żony.
Johnny i jego rodzina, licząca sobie sześć osób spędziła w Hiszpanii rok, pozostawiając ich rodzinną posiadłość w rękach zaufanej gospodyni Marthy. Dopiero straszne pogłoski o „Angielskim” czarnoksiężniku zmusiły ojca do powrotu. Zmierzył się z duchami przeszłości i wygrał.
Johnny cieszył się z tego jak nigdy. Nie mógł uwierzyć, że wreszcie wraca do miejsca, za którym nieustannie tęsknił przez prawie dwanaście miesięcy. Nie mógł patrzeć na wyłożone brązową cegłą korytarze zamku Dostriates, w którym przez rok musiał się uczyć, bo każde to spojrzenie przywoływało wspomnienie korytarzy z Hogwartu, wypełnionych rozgadanym tłumem ubranych w czarne szaty uczniów.
Johnny tęsknił nie tylko za zamkiem, za jego piękną architekturą, za boiskiem Qudditcha i Wielką Salą no i oczywiście za pokojem wspólnym Krukonów. Najbardziej tęsknił za swoimi przyjaciółmi: Za Lukasem, za Sereną, za piękną i kochaną Sereną, która złamała mu serce, ale najbardziej tęsknił za Hestią, której twarz śniła mu się każdej nocy, odkąd opuścił Anglię. W głowie cały czas dźwięczały mu słowa, jakie wypowiedziała, kiedy pojawił się w kominku, na kilka dni przed wyjazdem. Wciąż widział jej zawiedzioną i niedowierzającą minę i ciemne oczy, pełne bólu. Kiedy usłyszała, że jej najlepszy przyjaciel ją zostawia zupełnie się załamała.
Nie mógł mieć do niej pretensji – jego ta sytuacja także całkowicie zdołowała. Zostawiał za sobą wszystko, co znał, wszystko co kochał i co przynosiło mu radość. Musiał się przenieść w obce miejsce, gdzie większość ludzi nie rozumiało, co do nich mówił i patrzyło na niego jak na kosmitę.
Strasznie go to denerwowało. Mimo, że z natury był opanowany w Hiszpanii często zdarzało mu się tracić nad sobą kontrolę.
Dopiero kiedy z dołu doszedł go głośny śmiech Sophie i Margaret zdołał oderwać spojrzenie od nieprzeniknionej ciemności za szybami. Musiało minąć dobre pół godziny, odkąd przyszedł do pokoju, mimo to nie udało mu się rozpakować do końca. Stwierdził, że zajmie się tym później. Złapał różdżkę, jakieś ciuchy na przebranie i zbiegł na dół, gdzie został powitany gromkimi okrzykami jego pluskających się w wannie sióstr.
- Johnny, Johnny… Widzisz??? – mała Sophie spojrzała na niego swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami, jego czekoladowymi oczami i ze śmiechem na ustach starała się unieść w palcach pianę.
Kiedy wszyscy skorzystali już z łazienki, cała rodzina, nie wyłączając Marthy spotkała się w ogromnej jadalni. Gosposi udało się w ciągu kilkunastu minut przygotować wystawną kolację, która sama przyfrunęła do ich stołu i z cichym brzękiem sztućców opadła na wyszorowany blat.
W akompaniamencie licznych śmiechów, przywoływanych wspomnień i licznych wzruszeń w następną godzinę zdołali się uporać z kolacją. Margaret i Sophie wstały od stołu i razem z Samulem i Williamem bawiły się w najlepsze, biegając we wszystkie strony i sprawiając, że różne rzeczy unosiły się i przemykały przez pokój ze złowieszczym świstem.
Martha zupełnie się tym nie przejmowała. Usiadła obok Bena, naprzeciw Johnny’ego i spojrzała na obydwu z wyczekiwaniem.
- Myślę, że to odpowiednia pora na rozmowę… - spojrzała przez ramię. Jedna z cennych figurek Benjamina przeleciała jej właśnie obok ucha – Minie kilkanaście minut zanim się zmęczą, pozwólmy im się wyhasać przed snem. To stwarza idealną sytuację…
Ben z poważną miną odłożył widelec i odsunął miskę od siebie.
- Co chcesz wiedzieć? – zapytał swoim głębokim, budzącym zaufanie głosem.
- Przede wszystkim – powiedziała Martha rozgorączkowanym tonem – Czemu nie napisaliście, że wracacie? Czemu to wszystko musiało być aż tak wielką tajemnicą?
- Nie domyślasz się? – zapytał ponuro Johnny, spoglądając nie na kobietę tylko na swojego ojca.
- Niebezpieczeństwo jest aż tak wielkie?
- Nie w tym rzecz… - Ben wsparł podbródek na splecionych dłoniach – Na razie nie słychać nic o przechwytywanych sowach, zresztą po co im listy zwykłych, nic nie znaczących w tej wojnie obywateli. Ale jego siatka szpiegów jest już doskonale rozbudowana, ci ludzie infiltrują nas, nawet w Hiszpanii doszły mnie takie słuchy. Nie śledzą wszystkich, śledzą tylko tych, którzy stwarzają zagrożenie.
- Ale…
- Jestem aurorem, jednym z najbardziej zaangażowanych. Mam stały kontakt z Dumbledorem, wiem wiele rzeczy, których oni chcieliby się dowiedzieć. Dlatego zadbałem, żeby informacja o naszym powrocie do kraju nie dostała się w niepowołane ręce.
- Myśli pan, że się dowiedzą? O tym, że pan wrócił?– zapytała Martha. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu.
- Prędzej czy później, na pewno… - mężczyzna spojrzał ponuro na swój pusty kubek – Nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami. Kiedy zacznę działać, oczywiste będzie, że wróciłem do Anglii. Ale do tego czasu mam zamiar zabezpieczyć swoją rodzinę i wszystkich, na których mi zależy, żeby tamci w żaden sposób nie mogli się do nas dostać.
Martha spojrzała krótko na Johnny’ego, ale jej wzrok prawie natychmiast wróciło na poważne oblicze Benjamina.
- Dlatego właśnie… - kontynuował tamten – Chcę cię prosić o przysługę…
- Niech pan mówi! – odpowiedziała natychmiast kobieta – Mam wobec waszej rodziny dług, nie odmówię niczego.
Ben westchnął cicho i tak jak Martha przed chwilą, spojrzał na swojego najstarszego syna.
- Chcę ochronić ten dom na wszystkie znane mi sposoby …
- Jak chcesz to zrobić?
- Znam wiele pożytecznych zaklęć, ale najważniejsze w tej sytuacji będzie zaklęcie Fideliusa.
Martha pokiwała głową na znak, że doskonale rozumie.
- A kto będzie Strażnikiem? – zapytał Johnny, chociaż doskonale znał już odpowiedz.
- Ja! – odpowiedział ojciec cierpko, zgodnie z jego przewidywaniami. Johnny spojrzał ojcu w oczy, w których zapaliły się nagle dziwne ogniki, jakby jakaś dawna obsesja na powrót ogarniała siedzącego przed nim mężczyznę.
- To oczywiste, pan najlepiej się nadaje… - Martha pokiwała w zamyśleniu głową – Podczas, gdy pan będzie się zajmował tą sprawą, ja będę opiekować się dziećmi…
Benjamin popatrzył na nią wyczekująco. Kiedy dojrzała jego spojrzenie pokiwała gorliwie głową.
- Oczywiście, że się zgadzam! Dziwne, że pan w ogóle pyta.
Ben uśmiechnął się smutno.
- W domu zostaną wszyscy oprócz Johnny’ego, jego mogę bez oporów wysłać do szkoły. Głupio bym zrobił, zatrzymując go w domu. To by już była lekka przesada.
Johnny dyskretnie odetchnął z ulgą. Przez chwilę bał się, że ojciec nie pozwoli mu wrócić do Hogwartu. Ale i tym razem, tak jak wiele razy poprzednio, nie zawiódł się na zdrowym rozsądku Benjamina Corso.
- Też tak sądzę… - Martha uśmiechnęła się pokrzepiająco do Johnny’ego – Niech się chłopak uczy, to teraz najważniejsze…
- Tak… – Ben potarł w zamyśleniu czoło – Johnny musi skończyć szkołę, bo nie wiadomo, co go po niej czeka…
Johnny drgnął, nie spuszczając wzroku z ojca.
- Myślisz, że to się będzie ciągnąc jeszcze ponad dwa lata?
- Nie wykluczam żadnej możliwości… Tak naprawdę, nie znamy jeszcze całej sytuacji na tyle by określić ile czasu zajmie nam uporanie się z nią. Jak na razie, z dnia na dzień jest coraz gorzej..
Martha markotnie opuściła głowę. Gdzieś za ich plecami rozległ się donośmy śmiech Sophie i rozpaczliwe miałczenie ich domowego kota.
- A co będzie z Williamem? – zapytał Johnny, przerywając ciszę – Co będzie z resztą dzieciaków? W końcu przyjdzie ich pora na Hogwart.
- Czy William pójdzie do szkoły, przekonamy się za dwa lata… - odrzekł stanowczo Ben – Nie będę podejmował pochopnych decyzji. Kiedy zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja to pomyślimy.
- No tak… - Johnny przyznał mu rację – Jeśli w ciągu kilku miesięcy zrobiła się taka draka, to ciekaw jestem, co będzie za dwa lata…
Ben rzucił mu karcące spojrzenie.
- Taka postawa jest mało odpowiednia… - skrzywił się nieznacznie – A propos, mam do was jeszcze jedną prośbę. Nie mówcie dzieciakom, co tak naprawdę się dzieje. Mają oczywiście jakieś tam pojęcie o sytuacji, ale nie ma potrzeby nadmiernie ich straszyć. Wiedzą tyle, ile powinny wiedzieć. Ale pod żadnym pozorem nie zostawiajcie ich sam na sam, nie mogą w pojedynkę wychodzić, nie mogą bawić się na łąkach bez nadzoru. Martha, tobie powierzam to zadanie w szczególności.
Martha pokiwała głową, jej twarz wyrażała pełną powagę i skupienie.
- Johnny za kilkanaście dni pojedzie do szkoły. Czy wróci na święta, tego jeszcze nie wiem. Przekonamy się…
Johnny także pokiwał głową, by pokazać, że akceptuje sytuację.
Ben już nic więcej nie dodał i po chwili było jasne, że poważna rozmowa się skończyła. Johnny wstał od stołu, podziękował Marthcie, kiedy coś mu się przypomniało.
- Tato… - zaczął przejętym tonem. Serce zabiło mu szybciej – Czy mogę już napisać do moich przyjaciół, że wracam?
Benjamin patrzył na niego przez dłuższą chwilę, rozważał coś. W jego mądrych oczach zalśniło zrozumienie.
- Napisz… - odpowiedział w końcu – Napisz, ale uważaj, co piszesz. Nie podawaj żadnych zbędnych informacji.
Johnny uśmiechnął się do niego szeroko, po czym popędził na schody. Resztę wieczoru spędził w swoim pokoju, pochylony nad kawałkami pergaminu, skrobiąc coś na nich swoim orlim piórem.
Za oknami szalała burza.
Peter Pettigrew
Ociągał się jak mógł. Cały czas przystawał, okręcał się, rozglądał, jego nogi prawie bezwładnie wlekły się po chodniku. Ludzie często popychali go i potrącali. Spieszyli się do własnych spraw, a ten mały, jasnowłosy człowieczek przeszkadzał im, stojąc nieruchomo na środku przejścia dla pieszych.
- Peter, proszę cię… - Lidia spojrzała na syna błagalnie. Złapała go za rękaw niebieskiej koszuli, koszmarnie gryzącej się z pomarańczowymi spodniami – Im dłużej będziemy tam iść, tym dłużej zostaniemy…
- Nie rozumiem… - wybąkał chłopiec, kiedy skręcali w szeroką, londyńską ulicę, której nazwy Glizdogon nie mógł sobie przypomnieć – Ty też nie chcesz tam iść, po co więc w ogóle to ciągnąć?
Lidia zagryzła wargi i w roztargnieniu poprawiła spięte w kok włosy.
- Obiecaliśmy… - powiedziała chłodno– Nie możemy teraz się wycofać. To już taki nasz jakby zwyczaj. Daniel lubi się z tobą widywać…
- Oh, tak jasne! Po prostu kocha te nasze relaksacyjne popołudnia i luźne rozmowy o niczym! Wspaniały pomysł na zmarnowanie kilku godzin!
- A na co innego ci te godziny potrzebne? – ofuknęła go kobieta, majstrując jednocześnie przy klamrze wielkiej, wypchanej po brzegi torby, która wyglądała, jakby ukradziono ją z muzeum – Jest środek wakacji, jedyne co robisz to odpisujesz na listy i gapisz się w niebo. Z kim tak zaciekle korespondujesz? Bo chyba nie z dziewczyną?
Peter zaróżowił się i szybko odwrócił głowę.
- Dzięki mamo… Bardzo mnie wspierasz.
Kobieta zauważyła, że palnęła głupstwo i także się zmieszała.
- No… Nic nie wspominałeś, że masz dziewczynę…
- Bo nie mam… - burknął Peter, nie patrząc jej w oczy.
- Aha… To z kim korespondujesz? Z twoimi przyjaciółmi? Ale chyba nie cały czas? Wysyłasz tyle tych listów że aż sów brakuje.
- Nie koresponduję z nikim ważnym… - chłopiec wzruszył ramionami – Po prostu zawarłem trochę nowych znajomości.
Jego matka rozpromieniła się na tę wiadomość, nie zauważając zmierzającego w ich stronę ubranego w garnitur mężczyzny. Wpadli na siebie, każde odbiło się w inną stronę. Mężczyzna, a z pewnością był to mugol, spojrzał na Lidię z wściekłością.
- Niech pani lepiej uważa! –krzyknął. Jego brwi powędrowały do góry, kiedy zobaczył w co kobieta jest ubrana: krótkie, plażowe męskie spodenki, sweter narciarski z uciętymi rękawami, „starożytna” torba i trapery robiły duże wrażenie. Może nie koniecznie dobre, ale na pewno duże…
- Przepraszam pana…. – Lidia uśmiechnęła się do niego szeroko – nie zauważyłam pana, mugole mało rzucają się w oczy…
Zarówno mężczyzna jak i Peter spojrzeli na Lidię z zaskoczeniem. Peter do tej pory nie mógł się przyzwyczaić do swobody z jaką jego matka rozmawiała z nie-magicznymi ludźmi, mówiąc im wprost, co o nich myśli. Nigdy nie były to przykre słowa ani obelgi, ale oni jej miłe pytania w stylu: „Jak to jest być takim mugolem jak pani?” zazwyczaj brali za jakieś bardzo obraźliwe określenia. Peter zastanawiał się, czy gdyby Ministerstwo dowiedziało się, z jaką swobodą jego matka pertraktuje z tymi biednymi, ograniczonymi osobami, nadal pozwalaliby jej swobodnie spacerować ulicami Londynu. Pewnie większość z nich uznałaby ją za zagrożenie dla jednego z licznych Dekretów o Tajności.
Mężczyzna, na którego Lidia wpadła, należał do najbardziej popularnego typu ludzi, jacy zamieszkiwali południową Anglię. Na niezrozumiałe stwierdzenie zareagował wytrzeszczeniem oczu, kilkoma wyburczanymi słowami i już po chwili go nie było. Peter odprowadził go wzrokiem. Kiedy przechodził na światłach na dugą stronę ulicy, odwrócił się po raz ostatni i spojrzał na niego i jego matkę spojrzeniem pełnym niedowierzania.
- Ah, ci biedni mugole… - Lidia pokręciła głową, ze smutkiem obserwując oddalającego się człowieka. Tamten po kilku sekundach zniknął w tłumie, zmierzającym do wielkiego, nowo otwartego supermarketu.
Peter pociągnął matkę za rękaw.
- Choć, bo faktycznie się spóźnimy…
Poszli więc dalej, już nie wspominając o listach, sowach, czy o Danielu. Do jego domu dotarli kilka minut później. Przez te kilka minut, Peter zdążył jeszcze wymyślić kilka niemiłych przezwisk i chamskich odzywek, którymi, gdyby miał odwagę, rzuciłby ojcowi prosto w twarz. Ojcowi, który porzucił jego matkę, bo doszło do niego, że nie jest bogata i atrakcyjna, który porzucił swojego trzyletniego syna, na odchodnym rzucając kilka słów, jakim to jest magicznym beztalenciem.
Mimo to wszystko, Lidia nadal kochała Daniela i w każde święto, zmuszała Petera do tych bezsensownych i kompromitujących odwiedzin, które tylko jeszcze bardziej pogrążały go w rozpaczy.
- Peter, proszę cię… - Lidia spojrzała na syna błagalnie. Złapała go za rękaw niebieskiej koszuli, koszmarnie gryzącej się z pomarańczowymi spodniami – Im dłużej będziemy tam iść, tym dłużej zostaniemy…
- Nie rozumiem… - wybąkał chłopiec, kiedy skręcali w szeroką, londyńską ulicę, której nazwy Glizdogon nie mógł sobie przypomnieć – Ty też nie chcesz tam iść, po co więc w ogóle to ciągnąć?
Lidia zagryzła wargi i w roztargnieniu poprawiła spięte w kok włosy.
- Obiecaliśmy… - powiedziała chłodno– Nie możemy teraz się wycofać. To już taki nasz jakby zwyczaj. Daniel lubi się z tobą widywać…
- Oh, tak jasne! Po prostu kocha te nasze relaksacyjne popołudnia i luźne rozmowy o niczym! Wspaniały pomysł na zmarnowanie kilku godzin!
- A na co innego ci te godziny potrzebne? – ofuknęła go kobieta, majstrując jednocześnie przy klamrze wielkiej, wypchanej po brzegi torby, która wyglądała, jakby ukradziono ją z muzeum – Jest środek wakacji, jedyne co robisz to odpisujesz na listy i gapisz się w niebo. Z kim tak zaciekle korespondujesz? Bo chyba nie z dziewczyną?
Peter zaróżowił się i szybko odwrócił głowę.
- Dzięki mamo… Bardzo mnie wspierasz.
Kobieta zauważyła, że palnęła głupstwo i także się zmieszała.
- No… Nic nie wspominałeś, że masz dziewczynę…
- Bo nie mam… - burknął Peter, nie patrząc jej w oczy.
- Aha… To z kim korespondujesz? Z twoimi przyjaciółmi? Ale chyba nie cały czas? Wysyłasz tyle tych listów że aż sów brakuje.
- Nie koresponduję z nikim ważnym… - chłopiec wzruszył ramionami – Po prostu zawarłem trochę nowych znajomości.
Jego matka rozpromieniła się na tę wiadomość, nie zauważając zmierzającego w ich stronę ubranego w garnitur mężczyzny. Wpadli na siebie, każde odbiło się w inną stronę. Mężczyzna, a z pewnością był to mugol, spojrzał na Lidię z wściekłością.
- Niech pani lepiej uważa! –krzyknął. Jego brwi powędrowały do góry, kiedy zobaczył w co kobieta jest ubrana: krótkie, plażowe męskie spodenki, sweter narciarski z uciętymi rękawami, „starożytna” torba i trapery robiły duże wrażenie. Może nie koniecznie dobre, ale na pewno duże…
- Przepraszam pana…. – Lidia uśmiechnęła się do niego szeroko – nie zauważyłam pana, mugole mało rzucają się w oczy…
Zarówno mężczyzna jak i Peter spojrzeli na Lidię z zaskoczeniem. Peter do tej pory nie mógł się przyzwyczaić do swobody z jaką jego matka rozmawiała z nie-magicznymi ludźmi, mówiąc im wprost, co o nich myśli. Nigdy nie były to przykre słowa ani obelgi, ale oni jej miłe pytania w stylu: „Jak to jest być takim mugolem jak pani?” zazwyczaj brali za jakieś bardzo obraźliwe określenia. Peter zastanawiał się, czy gdyby Ministerstwo dowiedziało się, z jaką swobodą jego matka pertraktuje z tymi biednymi, ograniczonymi osobami, nadal pozwalaliby jej swobodnie spacerować ulicami Londynu. Pewnie większość z nich uznałaby ją za zagrożenie dla jednego z licznych Dekretów o Tajności.
Mężczyzna, na którego Lidia wpadła, należał do najbardziej popularnego typu ludzi, jacy zamieszkiwali południową Anglię. Na niezrozumiałe stwierdzenie zareagował wytrzeszczeniem oczu, kilkoma wyburczanymi słowami i już po chwili go nie było. Peter odprowadził go wzrokiem. Kiedy przechodził na światłach na dugą stronę ulicy, odwrócił się po raz ostatni i spojrzał na niego i jego matkę spojrzeniem pełnym niedowierzania.
- Ah, ci biedni mugole… - Lidia pokręciła głową, ze smutkiem obserwując oddalającego się człowieka. Tamten po kilku sekundach zniknął w tłumie, zmierzającym do wielkiego, nowo otwartego supermarketu.
Peter pociągnął matkę za rękaw.
- Choć, bo faktycznie się spóźnimy…
Poszli więc dalej, już nie wspominając o listach, sowach, czy o Danielu. Do jego domu dotarli kilka minut później. Przez te kilka minut, Peter zdążył jeszcze wymyślić kilka niemiłych przezwisk i chamskich odzywek, którymi, gdyby miał odwagę, rzuciłby ojcowi prosto w twarz. Ojcowi, który porzucił jego matkę, bo doszło do niego, że nie jest bogata i atrakcyjna, który porzucił swojego trzyletniego syna, na odchodnym rzucając kilka słów, jakim to jest magicznym beztalenciem.
Mimo to wszystko, Lidia nadal kochała Daniela i w każde święto, zmuszała Petera do tych bezsensownych i kompromitujących odwiedzin, które tylko jeszcze bardziej pogrążały go w rozpaczy.
James Potter
- Uwaga!
Syriusz rzucił się do tyłu, starając się uniknąć spadającego z najwyższej półki grubego tomiska.
Nie zdążył. Książkę rypnęła go prosto w głowę, a za nią podążyło kilka następnych, także go nie omijając.
- O cholera, stary przepraszam! – James starała się wygrzebać swojego najlepszego kumpla spod sterty starych ksiąg – Mówiłem ci, żebyś tam nie stawał.
Syriusz stęknął, masując sobie czubek głowy.
- No tak… Niby mówiłeś. Ale mało wyraźnie…
James parsknął śmiechem i pomógł mu wstać. Syriusz otrząsnął się w bardzo psi sposób i spojrzał na przyjaciela. – Jeszcze żyje…
- No ja myślę! – James uniósł brwi – Ty sobie wyobrażasz, jaki bym dostał ochrzan, jakbyś się zabił w mojej bibliotece. Te niewygodne pytania, dochodzenie… A twoja mamusia…
- Nie wspominaj o mojej mamusi! – Syriusz prawie się zaśmiał – Byłaby zachwycona, gdyby.. jak ona to ujęła? Ah, „hańba jej łona” skończyła swój marny żywot na własne życzenie. Nie musiałby już planować po nocach z moim ojcem w jaki sposób mnie otruć, nie budząc podejrzeń.
James spojrzał na przyjaciela ze współczuciem.
- Nie mogę sobie tego wyobrazić… Mieć takich rodziców...
- Lepiej sobie nie wyobrażaj! Masz szczęście, że twoi cię uwielbiają, bo bez ciepłych obiadków u mamusi nie poradziłbyś sobie nawet dnia dłużej!
James trzepnął Syriusza w głowę po czym krótkim spontanicznym ruchem zerwał się na nogi.
- To co, trzeba to sprzątnąć, bo jak nic skapną się, że szukaliśmy tej książki…
- No, chyba trzeba… - Syriusz westchnął zrezygnowany, także się podnosząc.
- Co za cholerny pech, że nie możemy używać magii! – James przeczesał w roztargnieniu swoje czarne włosy - Jeden ruch ręką, i to wszystko byłoby z powrotem na miejscu.
- No i nie musielibyśmy szukać tej książki! – dodał Syriusz, parząc krytycznie na ustawione pod ścianą regały – Jedno Accio i już!
- Zawsze uważałem, że dla nas powinni zrobić wyjątek i pozwolić na używanie magii poza szkołą – James zaczął zbierać książki z ziemi – Jesteśmy tak wyjątkowi, chyba nikt temu nie zaprzeczy!
- Niech by ktoś spróbował…! – zachichotał Syriusz, także zabierając się do porządków.
James podniósł ciężki tom z ziemi i z czystej ciekawości spojrzał na okładkę. Była zniszczona i na pewno bardzo stara, ale nadal można było na niej zobaczyć wykonany z niezwykła starannością rysunek. Przedstawiał drobną, długowłosą dziewczynę o filigranowej urodzie i skośnych oczach. Ubrana była w praktycznie przeźroczystą sukienkę, która powiewała za nią, unoszona wiatrem.
James stał nieruchomo, gapiąc się na obrazek. Nie wiedział dlaczego, ale nie mógł oderwać od dziewczyny wzroku. Ledwo docierało do niego, że Syriusz coś powiedział.
- Hej! – dopiero kiedy tamten ryknął mu to prosto do ucha, podskoczył i zamrugał szybko – Na co się tak gapisz? Książki nie widziałeś?
- Ekhm… - zmieszał się James i starał się ukryć książkę za plecami ale Syriusz był szybszy. Wyrwał mu ją z rąk i z wyrazem zaciekania na twarzy spojrzał na okładkę. Mina mu jednak zrzedła, kiedy zobaczył co na niej było.
- No i co w tym takiego pięknego? – w jego głosie słychać było kpinę – Nawet nie jest podobna do Lily… O Cathy już nie mówiąc.
James zaperzył się.
- A co to, już nikt inny oprócz Lily nie może mi się podobać?
Syriusz spojrzał na niego zaskoczony.
- To tylko obrazek, James…
James zawahał się, ważąc książkę w dłoni. Syriusz cały czas mu się przyglądał.
- A od kiedy to podoba ci się ktoś inny niż Lily, co?
- Od nigdy! – James zdecydowanym krokiem podszedł do półki i wepchnął książkę z wizerunkiem pięknej dziewczyny między dwie inne księgi – Ona jest jedyna. Ale to nie znaczy, że inne dziewczyny na mnie nie działają.
- No tak… - Syriusz spojrzał na niego spode łba – Nie znaczy…
- Odezwał się! – parsknął James ironicznie – Bo ty wcale nie zaliczyłeś kilkunastu dziewczyn w tym roku, mimo że, jak nam cały czas przypominałeś, tak naprawdę podobała ci się tylko Cathy. Już zacząłem myśleć, że kiedy ona w końcu z tobą będzie to po tygodniu się znudzisz i rzucisz ją jak pozostałe, jakby dla ciebie nic nie znaczyła.
Przez twarz Syriusza przemknął dziwny cień. Nie było już na niej ani cienia rozbawienia.
- Gadasz, co ci ślina na język przyniesie… - odpowiedział chłodno, nie patrząc Jamesowi w oczy – Nie masz zielonego pojęcia, jak to wygląda…
- Ja po prostu uważam.. – przerwał mu James podniesionym głosem – Że nie traktujesz tych dziewczyn fiar. Kiedyś się na tobie odegrają, zobaczysz!
Syriusz usiadł gwałtownie na pufie i już nic nie powiedział. James przypatrywał się mu z zaciekaniem, czekając na jakąś ciętą ripostę. Ale się nie doczekał.
- Czyli co…? - zapytał zaczepnie – Mam rozumieć, że to prawda?
Syriusz zaśmiał się cicho, spoglądając na swoje ręce.
- Powiedziałem jej, że z tym kończę. Że odkochuje się w niej. I wiesz co… - podniósł głowę i spojrzał Jamesowi w oczy – Chyba mi się udało.
- Co? – zapytała w końcu James, patrząc na niego z zaskoczeniem – Nie mówiłeś, że…
- No to mówię! – przerwał mu Syriusz niecierpliwie – Obiecałem jej, że to koniec. Że będziemy przyjaciółmi. I wiesz co… - wyprostował się nagle, a na jego twarzy pojawił się cień dawnego, zadowolonego uśmiechu – Jest mi z tym całkiem dobrze!
- Żartujesz!?! – James wytrzeszczył na niego oczy – A tyle żeś jęczał, że ją kochasz i jakie to straszne, że ona ma cię w..
- Powinieneś się cieszyć, bo z tym koniec! – powiedział z dumą Syriusz – Teraz zajmę się tymi, które są bardziej dostępne. A Cathy zostanie moją najlepszą przyjaciółką.
James gapił się na niego nadal z tak samo niedowierzającym wyrazem twarzy jak na początku tej rozmowy. Mógł się spodziewać wszystkiego, ale nie tego. Syriusz od pierwszej chwili, kiedy Cathy wyszła z pociągu na peronie w Hogsmeade, odkąd przeszła kilka metrów od nich, nawet na nich nie spoglądając, nie przestawał o niej gadać. Kiedy się pokłócili, przez kilka miesięcy chodził wściekły jak osa. A teraz mówi mu tak po prostu, że z tym gorącym uczuciem, jakiego James u Syriusza nie widział jeszcze nigdy, już koniec.
- A tak, nawiasem mówiąc… - powiedział Syriusz, zezując na Jamesa zza oprawionego w czarną skórę tomu – To mógłbyś dać sobie spokój z Lily.
James odwrócił głowę w jego stronę tak szybko, że coś strzeliło mu w karku.
- Chyba oszalałeś!?! – rzucił wyzywającym tonem, masując sobie szyję – Nie ma szans…
- Posłuchaj, ja wiem, że to trudne. Naprawdę wiem… Ale mnie się udało, może tobie…
- Nie, nie! – James pokręcił gorliwie głową – Nie ma mowy! Poza tym, ja wcale tego nie chce…
- Moglibyście zostać przyjaciółmi –zapewnił go szybko Syriusz.
- A co mi z tej przyjaźni? – zaperzył się James, patrząc na niego nieprzyjaźnie – Jaka tego przyjemność, kiedy cały czas będę miał świadomość, że mogłoby być o wiele lepiej?
- Czasami.. – wycedził Syriusz przez zęby – Trzeba się zadowolić ty, co się ma…
-Taa, jasne… - zaśmiał się pogardliwie Potter – Tylko że ja nie należę do osób, które sobie odpuszczają. I o ile mi wiadomo, ty też nie…
Syriusz wzruszył ramionami i wepchnął dłonie do kieszeni. Pogodna atmosfera prysła jak bańka mydlana i mimo, że za oknem świeciło letnie słońce, James poczuł jak po pokoju powiało chłodem i smutkiem.
- Idę na górę.. – powiedział jego najlepszy przyjaciel – Albo nie, idę do kuchni… Głodny jestem. Wiesz, odpuśćmy sobie tą książkę, nie warto przetrząsać całej biblioteki dla jakiś głupich „Magicznych dowcipów”. Jesteśmy kreatywni i sami coś wymyślimy. Zresztą, na pewno twoi rodzice schowali ją gdzie indziej…
Syriusz wyszedł z pokoju. James, siedząc na stosie porzuconych przy biurku książek, wpatrywał się jego plecy, czując dziwny ucisk w piersi, nie mający nic w wspólnego z czarnobiałą bluzą, jaką Syriusz miał na sobie. Ale za to miał wiele wspólnego z tymi zielonymi oczami, patrzącymi na niego z wyrzutem spod rudych brwi.
Syriusz rzucił się do tyłu, starając się uniknąć spadającego z najwyższej półki grubego tomiska.
Nie zdążył. Książkę rypnęła go prosto w głowę, a za nią podążyło kilka następnych, także go nie omijając.
- O cholera, stary przepraszam! – James starała się wygrzebać swojego najlepszego kumpla spod sterty starych ksiąg – Mówiłem ci, żebyś tam nie stawał.
Syriusz stęknął, masując sobie czubek głowy.
- No tak… Niby mówiłeś. Ale mało wyraźnie…
James parsknął śmiechem i pomógł mu wstać. Syriusz otrząsnął się w bardzo psi sposób i spojrzał na przyjaciela. – Jeszcze żyje…
- No ja myślę! – James uniósł brwi – Ty sobie wyobrażasz, jaki bym dostał ochrzan, jakbyś się zabił w mojej bibliotece. Te niewygodne pytania, dochodzenie… A twoja mamusia…
- Nie wspominaj o mojej mamusi! – Syriusz prawie się zaśmiał – Byłaby zachwycona, gdyby.. jak ona to ujęła? Ah, „hańba jej łona” skończyła swój marny żywot na własne życzenie. Nie musiałby już planować po nocach z moim ojcem w jaki sposób mnie otruć, nie budząc podejrzeń.
James spojrzał na przyjaciela ze współczuciem.
- Nie mogę sobie tego wyobrazić… Mieć takich rodziców...
- Lepiej sobie nie wyobrażaj! Masz szczęście, że twoi cię uwielbiają, bo bez ciepłych obiadków u mamusi nie poradziłbyś sobie nawet dnia dłużej!
James trzepnął Syriusza w głowę po czym krótkim spontanicznym ruchem zerwał się na nogi.
- To co, trzeba to sprzątnąć, bo jak nic skapną się, że szukaliśmy tej książki…
- No, chyba trzeba… - Syriusz westchnął zrezygnowany, także się podnosząc.
- Co za cholerny pech, że nie możemy używać magii! – James przeczesał w roztargnieniu swoje czarne włosy - Jeden ruch ręką, i to wszystko byłoby z powrotem na miejscu.
- No i nie musielibyśmy szukać tej książki! – dodał Syriusz, parząc krytycznie na ustawione pod ścianą regały – Jedno Accio i już!
- Zawsze uważałem, że dla nas powinni zrobić wyjątek i pozwolić na używanie magii poza szkołą – James zaczął zbierać książki z ziemi – Jesteśmy tak wyjątkowi, chyba nikt temu nie zaprzeczy!
- Niech by ktoś spróbował…! – zachichotał Syriusz, także zabierając się do porządków.
James podniósł ciężki tom z ziemi i z czystej ciekawości spojrzał na okładkę. Była zniszczona i na pewno bardzo stara, ale nadal można było na niej zobaczyć wykonany z niezwykła starannością rysunek. Przedstawiał drobną, długowłosą dziewczynę o filigranowej urodzie i skośnych oczach. Ubrana była w praktycznie przeźroczystą sukienkę, która powiewała za nią, unoszona wiatrem.
James stał nieruchomo, gapiąc się na obrazek. Nie wiedział dlaczego, ale nie mógł oderwać od dziewczyny wzroku. Ledwo docierało do niego, że Syriusz coś powiedział.
- Hej! – dopiero kiedy tamten ryknął mu to prosto do ucha, podskoczył i zamrugał szybko – Na co się tak gapisz? Książki nie widziałeś?
- Ekhm… - zmieszał się James i starał się ukryć książkę za plecami ale Syriusz był szybszy. Wyrwał mu ją z rąk i z wyrazem zaciekania na twarzy spojrzał na okładkę. Mina mu jednak zrzedła, kiedy zobaczył co na niej było.
- No i co w tym takiego pięknego? – w jego głosie słychać było kpinę – Nawet nie jest podobna do Lily… O Cathy już nie mówiąc.
James zaperzył się.
- A co to, już nikt inny oprócz Lily nie może mi się podobać?
Syriusz spojrzał na niego zaskoczony.
- To tylko obrazek, James…
James zawahał się, ważąc książkę w dłoni. Syriusz cały czas mu się przyglądał.
- A od kiedy to podoba ci się ktoś inny niż Lily, co?
- Od nigdy! – James zdecydowanym krokiem podszedł do półki i wepchnął książkę z wizerunkiem pięknej dziewczyny między dwie inne księgi – Ona jest jedyna. Ale to nie znaczy, że inne dziewczyny na mnie nie działają.
- No tak… - Syriusz spojrzał na niego spode łba – Nie znaczy…
- Odezwał się! – parsknął James ironicznie – Bo ty wcale nie zaliczyłeś kilkunastu dziewczyn w tym roku, mimo że, jak nam cały czas przypominałeś, tak naprawdę podobała ci się tylko Cathy. Już zacząłem myśleć, że kiedy ona w końcu z tobą będzie to po tygodniu się znudzisz i rzucisz ją jak pozostałe, jakby dla ciebie nic nie znaczyła.
Przez twarz Syriusza przemknął dziwny cień. Nie było już na niej ani cienia rozbawienia.
- Gadasz, co ci ślina na język przyniesie… - odpowiedział chłodno, nie patrząc Jamesowi w oczy – Nie masz zielonego pojęcia, jak to wygląda…
- Ja po prostu uważam.. – przerwał mu James podniesionym głosem – Że nie traktujesz tych dziewczyn fiar. Kiedyś się na tobie odegrają, zobaczysz!
Syriusz usiadł gwałtownie na pufie i już nic nie powiedział. James przypatrywał się mu z zaciekaniem, czekając na jakąś ciętą ripostę. Ale się nie doczekał.
- Czyli co…? - zapytał zaczepnie – Mam rozumieć, że to prawda?
Syriusz zaśmiał się cicho, spoglądając na swoje ręce.
- Powiedziałem jej, że z tym kończę. Że odkochuje się w niej. I wiesz co… - podniósł głowę i spojrzał Jamesowi w oczy – Chyba mi się udało.
- Co? – zapytała w końcu James, patrząc na niego z zaskoczeniem – Nie mówiłeś, że…
- No to mówię! – przerwał mu Syriusz niecierpliwie – Obiecałem jej, że to koniec. Że będziemy przyjaciółmi. I wiesz co… - wyprostował się nagle, a na jego twarzy pojawił się cień dawnego, zadowolonego uśmiechu – Jest mi z tym całkiem dobrze!
- Żartujesz!?! – James wytrzeszczył na niego oczy – A tyle żeś jęczał, że ją kochasz i jakie to straszne, że ona ma cię w..
- Powinieneś się cieszyć, bo z tym koniec! – powiedział z dumą Syriusz – Teraz zajmę się tymi, które są bardziej dostępne. A Cathy zostanie moją najlepszą przyjaciółką.
James gapił się na niego nadal z tak samo niedowierzającym wyrazem twarzy jak na początku tej rozmowy. Mógł się spodziewać wszystkiego, ale nie tego. Syriusz od pierwszej chwili, kiedy Cathy wyszła z pociągu na peronie w Hogsmeade, odkąd przeszła kilka metrów od nich, nawet na nich nie spoglądając, nie przestawał o niej gadać. Kiedy się pokłócili, przez kilka miesięcy chodził wściekły jak osa. A teraz mówi mu tak po prostu, że z tym gorącym uczuciem, jakiego James u Syriusza nie widział jeszcze nigdy, już koniec.
- A tak, nawiasem mówiąc… - powiedział Syriusz, zezując na Jamesa zza oprawionego w czarną skórę tomu – To mógłbyś dać sobie spokój z Lily.
James odwrócił głowę w jego stronę tak szybko, że coś strzeliło mu w karku.
- Chyba oszalałeś!?! – rzucił wyzywającym tonem, masując sobie szyję – Nie ma szans…
- Posłuchaj, ja wiem, że to trudne. Naprawdę wiem… Ale mnie się udało, może tobie…
- Nie, nie! – James pokręcił gorliwie głową – Nie ma mowy! Poza tym, ja wcale tego nie chce…
- Moglibyście zostać przyjaciółmi –zapewnił go szybko Syriusz.
- A co mi z tej przyjaźni? – zaperzył się James, patrząc na niego nieprzyjaźnie – Jaka tego przyjemność, kiedy cały czas będę miał świadomość, że mogłoby być o wiele lepiej?
- Czasami.. – wycedził Syriusz przez zęby – Trzeba się zadowolić ty, co się ma…
-Taa, jasne… - zaśmiał się pogardliwie Potter – Tylko że ja nie należę do osób, które sobie odpuszczają. I o ile mi wiadomo, ty też nie…
Syriusz wzruszył ramionami i wepchnął dłonie do kieszeni. Pogodna atmosfera prysła jak bańka mydlana i mimo, że za oknem świeciło letnie słońce, James poczuł jak po pokoju powiało chłodem i smutkiem.
- Idę na górę.. – powiedział jego najlepszy przyjaciel – Albo nie, idę do kuchni… Głodny jestem. Wiesz, odpuśćmy sobie tą książkę, nie warto przetrząsać całej biblioteki dla jakiś głupich „Magicznych dowcipów”. Jesteśmy kreatywni i sami coś wymyślimy. Zresztą, na pewno twoi rodzice schowali ją gdzie indziej…
Syriusz wyszedł z pokoju. James, siedząc na stosie porzuconych przy biurku książek, wpatrywał się jego plecy, czując dziwny ucisk w piersi, nie mający nic w wspólnego z czarnobiałą bluzą, jaką Syriusz miał na sobie. Ale za to miał wiele wspólnego z tymi zielonymi oczami, patrzącymi na niego z wyrzutem spod rudych brwi.
Dorcas Meadowes
- Są! Lecą!!!
Dorcas wrzasnęła histerycznie, łapiąc się za włosy i w nieludzkim tempie zbiegła po schodach na dół. Na ostatnim stopniu straciła równowagę i z całej siły uderzyła się ramieniem w przeciwległą ścianę. Zupełnie się tym nie przejęła – teraz w jej myślach krążyły tylko przerażająca wizja rzędu wielkich, kosmatych O…
Wpadła do kuchni jak strzała i zderzyła się ze swoją młodszą siostrą,
- Ej, uważaj trochę!
Dziewczyn z nachmurzoną twarzą minęła Dorcas ale przy schodach przystanęła i z zazdrością obserwowała, jak tamta z paniką w oczach i otwartymi ustami wpatrywała się w zbliżającą się sowę.
- O mój boże… - dziewczyna zasłoniła dłońmi usta a jej wielkie, ciemnobrązowe oczy zdawały się być dwa razy większe niż normalnie – O mój boże, o mój…
Mała brązowa sowa z godnością wylądowała na parapecie. Jej lśniące pióra zabłysły w porannych promieniach słońca. Dorcas trzęsącymi się rękami odwiązała urzędowo wyglądający list od jej nóżki i z szaleńczo bijącym sercem rozdarła papier.
Nawet nie zauważyła, kiedy jej mama weszła do kuchni, trzymając w ramionach jej małego braciszka. Ledwo zarejestrowała jej zaskoczony krzyk.
- Dorcas? To listy z Hogwartu?
Dziewczyna nie odpowiedziała, gapiąc się dalej z niedowierzaniem w wypisane zielonym atramentem słowa.
WYNIKI Z EGZAMINU
POZIOM STANDARDOWYCH UMIEJĘTNOŚCI MAGICZNYCH
Oceny pozytywne:
• Wybitny (W)
• Powyżej oczekiwań (P)
• Zadowalający (Z)
Oceny negatywne:
• Nędzny (N)
• Okropny (O)
• Troll (T)
Astronomia P
Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami P
Zaklęcia W
Obrona Przed Czarną Magią Z
Zielarstwo W
Historia Magii N
Eliksiry P
Transmutacja W
Starożytne Runy W
Dorcas nie mogła w to uwierzyć. Oblała tylko Historię Magii a była pewna, że na Obronie Przed Czarną Magią poszło jej jeszcze gorzej. Tak bardzo się stresowała, że różdżka, ściśnięta w spoconej dłoni cały czas jej drżała.
A teraz, kiedy wpatrywała się w to zielone Z, czuła jak po je ciele rozlewa się cudowna, nieopisana wręcz ulga.
Jej mama, mała, przysadzista kobieta o czarnych lokach i czekoladowej skórze, której Dorcas zawdzięczała swoją ciemną karnację, ułożyła pieczołowicie zawiniątko z niemowlęciem w kołysce, która sama zaczęła się kołysać, podeszła do córki i zaglądnęła jej przez ramię, Z racji swojego niskiego wzrostu musiała stanąć na palcach.
- No no no!!! – zapiała kobieta a na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech – A tak narzekałaś, że nie poszło ci na Obronie!
Dorcas pociągnęła nosem i odgarnęła kosmyk czarnych, prostych włosów z czoła.
- Widzisz, jak to jest! Człowiek zawsze się martwi a potem okazuje się, że wszystko jest w porządku. Poza tym, przecież i tak nie będziesz kontynuowała tego przedmiotu…
Sonja podeszła nieśmiało do siostry i zaczęła zezować na trzymany przez nią pergamin. Nadal byłą naburmuszona. Jej matka zaśmiała się i pogładziła młodszą dziewczynę po włosach.
-Teraz kolej na ciebie, Sonja! – powiedziała z nieukrytą dumą – Mam córkę na sumach a drugą już na owutemach! Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem z was dumna, moje drogie.
- Domyślam się… - powiedziała ponuro Sonja i wywróciła oczami. Dorcas w tym czasie udało się jakoś dojść do stołu. Oklapła na drewniane krzesło, nadal nie odrywając oczu od kartki.
- Okej, możesz już przestać! – powiedziała poirytowanym głosem Sonja, siadając obok siostry – To w niczym nie pomaga. I tak wszyscy wiedzą, że z ciebie jeden, wielki kujon…
- Zamknij się! – warknęła Dorcas. Miała dziwnie zachrypnięty głos i lekko kręciło jej się w głowie. No ale czego miała się spodziewać – to jeden z najważniejszych egzaminów w jej życiu. Całe wakacje spędziła na rozmyślaniach, co będzie jeśli nie zda Zielarstwa albo Astronomii i nie dopuszczą ją do klasy owutemowej. Kochała te przedmioty, tak samo ja Starożytne Runy. A transmutacja? Dostała wybitny! Tego się nie spodziewała, choć trzeba było przyznać, że spędziła nad notatkami z tego przedmiotu bardzo wiele czasu.
Nie chcąc nadal wysłuchiwać kpin siostry schowała pergamin do kieszeni i pobiegła do siebie do pokoju, nie zważając na krzyki matki, która proponowała urządzenie małej, kameralnej imprezy na jej cześć. Nie chciała teraz żadnych gości, żadnych chwalących ją licznych maminych przyjaciółek. Chciała teraz tylko jednego: Napisać do Marleny, opowiedzieć jej o egzaminach i spytać, jakie ona dostała wyniki.
O tak, o to się najbardziej martwiła. Że w tym roku nie będą uczęszczać już razem na lekcje, bo każda z nich miała inne zainteresowania i inne plany na przyszłość. Dorcas chciała być Badaczem, zajmującym się działem roślinności, myślała też kiedyś nad Uzdrowicielem. To dlatego tak dużo w tamtym roku poświęciła czasu Eliksirom, za którymi też nie przepadała, ale wiedziała, że bez gruntowej wiedzy z tego przedmiotu jej marzenia legną w gruzach.
A Marlena, wolny duch i wiecznie roztrzepana piegowata blondynka nigdy nie wzięłaby na siebie aż tak dużej odpowiedzialności jak leczenie ludzi lub badanie nieznanych właściwości roślin. Ona wolała opiekować się różnymi dziwacznymi zwierzętami albo zachwycała się mugolskimi sposobami radzenia sobie bez magii. Nie cierpiała tak skomplikowanych rzeczy jak Transmutacja lub Obrona Przed Czarną Magią, a z Astronomii po prostu sobie kpiła, cały czas powtarzając: „A na co mi to?” albo „Co mi to da, że będę wiedzieć, ile księżyców ma Jowisz? Nic!”
Cóż, przeciwieństwa się przyciągają.
Już od wejścia rozglądnęła się za swoją sową. Iskierka spała na szczycie klatki, z głową wciśniętą pod jasne skrzydło.
- Is! – zawołała pogodnie, podchodząc do ptaka. Wielkie, zielone oko mrugnęło do niej pogonie.
- Masz ochotę na podróż?
Sowa znów mrugnęła, jakby chciała jej przytaknąć.
Dorcas nie traciła już czasu. Z dna szuflady wygrzebała kawałek pergaminu, pióro i kałamarz po czym, klękając przy przykrytym jasnożółtą narzutą łóżku, zaczęła pisać:
Cześć kochana!
Dostałam list ze szkoły! Wszystko poszło dobrze, z Astronomii mam P, z zielarstwa i runów W… Aaa, no i nie zdałam historii, ale kto by się tym przejmował. Z Eliksirów mam P!!! Rozumiesz??? Mogę jeszcze spełnić marzenia! Cholera, jestem z siebie dumna. Obrona poszła mi też całkiem nieźle, mam aż Z, a przecież opowiadałam ci, że dosłownie mdlałam na tym egzaminie. Nie chcę już więcej czegoś takiego przeżyć.
Pewnie ty też siedzisz i piszesz do mnie list z pytaniem o egzaminy więc nie będę się powtarzać i cię o to prosić. Już nie mogę się doczekać, kiedy się zobaczymy na Pokątnej. Tęsknie za szkołą. A, no i dzięki za zdjęcia z Afryki. Musi być tam super… Ten mag z fioletową brodą był genialny, na pewno się z nimi nie nudziłaś!
Przesyłam buziaki! Dla ciebie i dla całej twojej rodziny!
Twoja Dorcas
Zwinęła list w trąbkę, zapieczętowała go i przywiązała Iskierce do nóżki po czym zaniosła ją do uchylnego okna.
- Leć, maleńka! – powiedziała i pocałowała sowę w czubek głowy. Zagruchała w odpowiedzi, rozłożyła skrzydła i odepchnęła się od ramienia Dorcas. Znajomy nacisk zelżał a sowa już oddalała się od ich rodzinnego domu.
Dorcas wsparła się na łokciach o parapet i przez następne kilkanaście minut trwała tak, nieruchoma i spokojna. Do końca wakacji zostały dwa tygodnie, ona wiedziała już, co czeka ją w nowym roku szkolnym, z niecierpliwością wyczekiwała wypadu na Pokątną. Wciągnęła łapczywie świeże, poranne powietrze i poczuła jak wypełnia jej płuca, dodając jej jeszcze więcej energii.
Tak, wszystko było idealne. No, prawie wszystko…
Odwróciła się plecami do okna i machinalnie sięgnęła w stronę nocnej szafki, na której leżał mały notesik. Zaczęła szybko przerzucać strony, kiedy nagle coś małego wypadło ze środka i zleciało na podłogę.
Z bijącym sercem podniosła zdjęcie i spojrzała na nie. Syriusz Black, tak jak zawsze siedział sobie obok wielkiego buku, niedaleko niego stał James Potter i szczerzył się do przyjaciela. Syriusz nie patrzył jednak na niego, tylko prosto na obiektyw. Jego piękne, czarne oczy wywiercały otwór w jej sercu, nawet teraz, kiedy Dorcas patrzyła tylko na głupią fotografię.
Pocałowała czule zdjęcie, wygładziła je dłonią i schowała pieczołowicie pod poduszkę. Lepiej dla Sonji, żeby tu nie grzebała! Bo gdyby to znalazła…
Dorcas potrząsnęła głową, starając się pozbyć tej nieprzyjemnej wizji i wypełniona nadziejami na nowy rok szkolny, wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła były jasne promienie słońca, wędrujące po drewnianej podłodze i wirujące drobinki kurzu, uniesione w wdzięcznym tańcu nad puchatym dywanem.
Dorcas wrzasnęła histerycznie, łapiąc się za włosy i w nieludzkim tempie zbiegła po schodach na dół. Na ostatnim stopniu straciła równowagę i z całej siły uderzyła się ramieniem w przeciwległą ścianę. Zupełnie się tym nie przejęła – teraz w jej myślach krążyły tylko przerażająca wizja rzędu wielkich, kosmatych O…
Wpadła do kuchni jak strzała i zderzyła się ze swoją młodszą siostrą,
- Ej, uważaj trochę!
Dziewczyn z nachmurzoną twarzą minęła Dorcas ale przy schodach przystanęła i z zazdrością obserwowała, jak tamta z paniką w oczach i otwartymi ustami wpatrywała się w zbliżającą się sowę.
- O mój boże… - dziewczyna zasłoniła dłońmi usta a jej wielkie, ciemnobrązowe oczy zdawały się być dwa razy większe niż normalnie – O mój boże, o mój…
Mała brązowa sowa z godnością wylądowała na parapecie. Jej lśniące pióra zabłysły w porannych promieniach słońca. Dorcas trzęsącymi się rękami odwiązała urzędowo wyglądający list od jej nóżki i z szaleńczo bijącym sercem rozdarła papier.
Nawet nie zauważyła, kiedy jej mama weszła do kuchni, trzymając w ramionach jej małego braciszka. Ledwo zarejestrowała jej zaskoczony krzyk.
- Dorcas? To listy z Hogwartu?
Dziewczyna nie odpowiedziała, gapiąc się dalej z niedowierzaniem w wypisane zielonym atramentem słowa.
WYNIKI Z EGZAMINU
POZIOM STANDARDOWYCH UMIEJĘTNOŚCI MAGICZNYCH
Oceny pozytywne:
• Wybitny (W)
• Powyżej oczekiwań (P)
• Zadowalający (Z)
Oceny negatywne:
• Nędzny (N)
• Okropny (O)
• Troll (T)
Astronomia P
Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami P
Zaklęcia W
Obrona Przed Czarną Magią Z
Zielarstwo W
Historia Magii N
Eliksiry P
Transmutacja W
Starożytne Runy W
Dorcas nie mogła w to uwierzyć. Oblała tylko Historię Magii a była pewna, że na Obronie Przed Czarną Magią poszło jej jeszcze gorzej. Tak bardzo się stresowała, że różdżka, ściśnięta w spoconej dłoni cały czas jej drżała.
A teraz, kiedy wpatrywała się w to zielone Z, czuła jak po je ciele rozlewa się cudowna, nieopisana wręcz ulga.
Jej mama, mała, przysadzista kobieta o czarnych lokach i czekoladowej skórze, której Dorcas zawdzięczała swoją ciemną karnację, ułożyła pieczołowicie zawiniątko z niemowlęciem w kołysce, która sama zaczęła się kołysać, podeszła do córki i zaglądnęła jej przez ramię, Z racji swojego niskiego wzrostu musiała stanąć na palcach.
- No no no!!! – zapiała kobieta a na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech – A tak narzekałaś, że nie poszło ci na Obronie!
Dorcas pociągnęła nosem i odgarnęła kosmyk czarnych, prostych włosów z czoła.
- Widzisz, jak to jest! Człowiek zawsze się martwi a potem okazuje się, że wszystko jest w porządku. Poza tym, przecież i tak nie będziesz kontynuowała tego przedmiotu…
Sonja podeszła nieśmiało do siostry i zaczęła zezować na trzymany przez nią pergamin. Nadal byłą naburmuszona. Jej matka zaśmiała się i pogładziła młodszą dziewczynę po włosach.
-Teraz kolej na ciebie, Sonja! – powiedziała z nieukrytą dumą – Mam córkę na sumach a drugą już na owutemach! Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem z was dumna, moje drogie.
- Domyślam się… - powiedziała ponuro Sonja i wywróciła oczami. Dorcas w tym czasie udało się jakoś dojść do stołu. Oklapła na drewniane krzesło, nadal nie odrywając oczu od kartki.
- Okej, możesz już przestać! – powiedziała poirytowanym głosem Sonja, siadając obok siostry – To w niczym nie pomaga. I tak wszyscy wiedzą, że z ciebie jeden, wielki kujon…
- Zamknij się! – warknęła Dorcas. Miała dziwnie zachrypnięty głos i lekko kręciło jej się w głowie. No ale czego miała się spodziewać – to jeden z najważniejszych egzaminów w jej życiu. Całe wakacje spędziła na rozmyślaniach, co będzie jeśli nie zda Zielarstwa albo Astronomii i nie dopuszczą ją do klasy owutemowej. Kochała te przedmioty, tak samo ja Starożytne Runy. A transmutacja? Dostała wybitny! Tego się nie spodziewała, choć trzeba było przyznać, że spędziła nad notatkami z tego przedmiotu bardzo wiele czasu.
Nie chcąc nadal wysłuchiwać kpin siostry schowała pergamin do kieszeni i pobiegła do siebie do pokoju, nie zważając na krzyki matki, która proponowała urządzenie małej, kameralnej imprezy na jej cześć. Nie chciała teraz żadnych gości, żadnych chwalących ją licznych maminych przyjaciółek. Chciała teraz tylko jednego: Napisać do Marleny, opowiedzieć jej o egzaminach i spytać, jakie ona dostała wyniki.
O tak, o to się najbardziej martwiła. Że w tym roku nie będą uczęszczać już razem na lekcje, bo każda z nich miała inne zainteresowania i inne plany na przyszłość. Dorcas chciała być Badaczem, zajmującym się działem roślinności, myślała też kiedyś nad Uzdrowicielem. To dlatego tak dużo w tamtym roku poświęciła czasu Eliksirom, za którymi też nie przepadała, ale wiedziała, że bez gruntowej wiedzy z tego przedmiotu jej marzenia legną w gruzach.
A Marlena, wolny duch i wiecznie roztrzepana piegowata blondynka nigdy nie wzięłaby na siebie aż tak dużej odpowiedzialności jak leczenie ludzi lub badanie nieznanych właściwości roślin. Ona wolała opiekować się różnymi dziwacznymi zwierzętami albo zachwycała się mugolskimi sposobami radzenia sobie bez magii. Nie cierpiała tak skomplikowanych rzeczy jak Transmutacja lub Obrona Przed Czarną Magią, a z Astronomii po prostu sobie kpiła, cały czas powtarzając: „A na co mi to?” albo „Co mi to da, że będę wiedzieć, ile księżyców ma Jowisz? Nic!”
Cóż, przeciwieństwa się przyciągają.
Już od wejścia rozglądnęła się za swoją sową. Iskierka spała na szczycie klatki, z głową wciśniętą pod jasne skrzydło.
- Is! – zawołała pogodnie, podchodząc do ptaka. Wielkie, zielone oko mrugnęło do niej pogonie.
- Masz ochotę na podróż?
Sowa znów mrugnęła, jakby chciała jej przytaknąć.
Dorcas nie traciła już czasu. Z dna szuflady wygrzebała kawałek pergaminu, pióro i kałamarz po czym, klękając przy przykrytym jasnożółtą narzutą łóżku, zaczęła pisać:
Cześć kochana!
Dostałam list ze szkoły! Wszystko poszło dobrze, z Astronomii mam P, z zielarstwa i runów W… Aaa, no i nie zdałam historii, ale kto by się tym przejmował. Z Eliksirów mam P!!! Rozumiesz??? Mogę jeszcze spełnić marzenia! Cholera, jestem z siebie dumna. Obrona poszła mi też całkiem nieźle, mam aż Z, a przecież opowiadałam ci, że dosłownie mdlałam na tym egzaminie. Nie chcę już więcej czegoś takiego przeżyć.
Pewnie ty też siedzisz i piszesz do mnie list z pytaniem o egzaminy więc nie będę się powtarzać i cię o to prosić. Już nie mogę się doczekać, kiedy się zobaczymy na Pokątnej. Tęsknie za szkołą. A, no i dzięki za zdjęcia z Afryki. Musi być tam super… Ten mag z fioletową brodą był genialny, na pewno się z nimi nie nudziłaś!
Przesyłam buziaki! Dla ciebie i dla całej twojej rodziny!
Twoja Dorcas
Zwinęła list w trąbkę, zapieczętowała go i przywiązała Iskierce do nóżki po czym zaniosła ją do uchylnego okna.
- Leć, maleńka! – powiedziała i pocałowała sowę w czubek głowy. Zagruchała w odpowiedzi, rozłożyła skrzydła i odepchnęła się od ramienia Dorcas. Znajomy nacisk zelżał a sowa już oddalała się od ich rodzinnego domu.
Dorcas wsparła się na łokciach o parapet i przez następne kilkanaście minut trwała tak, nieruchoma i spokojna. Do końca wakacji zostały dwa tygodnie, ona wiedziała już, co czeka ją w nowym roku szkolnym, z niecierpliwością wyczekiwała wypadu na Pokątną. Wciągnęła łapczywie świeże, poranne powietrze i poczuła jak wypełnia jej płuca, dodając jej jeszcze więcej energii.
Tak, wszystko było idealne. No, prawie wszystko…
Odwróciła się plecami do okna i machinalnie sięgnęła w stronę nocnej szafki, na której leżał mały notesik. Zaczęła szybko przerzucać strony, kiedy nagle coś małego wypadło ze środka i zleciało na podłogę.
Z bijącym sercem podniosła zdjęcie i spojrzała na nie. Syriusz Black, tak jak zawsze siedział sobie obok wielkiego buku, niedaleko niego stał James Potter i szczerzył się do przyjaciela. Syriusz nie patrzył jednak na niego, tylko prosto na obiektyw. Jego piękne, czarne oczy wywiercały otwór w jej sercu, nawet teraz, kiedy Dorcas patrzyła tylko na głupią fotografię.
Pocałowała czule zdjęcie, wygładziła je dłonią i schowała pieczołowicie pod poduszkę. Lepiej dla Sonji, żeby tu nie grzebała! Bo gdyby to znalazła…
Dorcas potrząsnęła głową, starając się pozbyć tej nieprzyjemnej wizji i wypełniona nadziejami na nowy rok szkolny, wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła były jasne promienie słońca, wędrujące po drewnianej podłodze i wirujące drobinki kurzu, uniesione w wdzięcznym tańcu nad puchatym dywanem.
Marlena McKinnon
Marlena przeczesała palcami swoje jasne, przystrzyżone jak u chłopca włosy, starając się nadać im w miarę przyzwoity wygląd. Spanie na twardych, niewygodnych poduszkach, które znajdowały się na wszystkich łóżkach w pokojach gościnnych w Dziurawym Kotle wcale nie pomogło jej w ujarzmieniu fryzury. Przeklinała się w duchu, że nie zawinęła włosów ręcznikiem i to, że jeszcze nie jest w Hogwarcie, gdzie mogłaby sobie pomóc zaklęciem. Teraz jednak nie pozostało jej nic innego jak wyjść na Pokątną w tym niewątpliwie żałosnym stanie.
Spojrzała na swoje opalone oblicze, na szczupłą, pociągłą twarz i na wystające kości policzkowe, które wywoływały wrażenie, jakby dziewczyna ciągle się uśmiechała. Jej jasne oczy zaczęły lśnić pogodnie, mimo że dopiero przed chwilą zwlekła się z łóżka i nadal była nie do końca rozbudzona.
Wprawnym ruchem nałożyła sobie pasty na szczoteczkę i zaczęła z zapałem szorować zęby, myślami będąc już daleko od tego obskurnego pokoiku. Zastanawiała się, kto z Hogwartu tak jak ona i Dorcas wybrał sobie dzisiejszy dzień na zakupy. Miała nadzieje, że wpadnie na kogoś z kim będzie mogła sobie pogawędzić, bo przez całe wakacje nie miała z nikim kontaktu, pomijając Dorcas, do której pisała praktycznie codziennie. Oczywiście lubiła spędzać wakacje ze swoją rodziną, ale pod koniec zawsze zaczynała tęsknić za Wielką Salą, za pokojem wspólnym Gryfonów i za jej dormitorium.
- Mary! – ktoś załomotał w drzwi, a Marlena rozpoznała po głosie swoją najlepsza przyjaciółkę – Rusz tyłek, twoja matka już czeka na dole a Sonja dostaje apopleksji, bo umówiła się z tym swoim chłopakiem pod Esami… - z niezbyt zadowolonego tonu Dorcas poznała, że dziewczyna nadal ma żal do swojej młodszej siostry, za to że miała odwagę znaleźć sobie chłopaka wcześniej niż ona.
- Już lecę… - Marlena rozglądnęła się po pokoju, szukając swojej torby. Znalazła ją wepchniętą pod łóżko. Zarzuciła ją sobie na ramię, ostatni raz przeglądnęła się w lustrze, wygładzając zmarszczki na swojej letniej sukience po czym ruszyła w końcu do drzwi.
Otworzyła je z rozmachem a stojąca za nimi Dorcas musiała szybko odskoczyć, żeby nie dostać twardą dechą prosto w twarz.
- Co tak agresywnie? – zapytała, unosząc swoje idealnie wyrównane brwi.
- Agresywnie? – Mary zaśmiała się pogodnie – Nie, po prostu spontanicznie…
Dorcas prychnęła gniewnie, ale już po chwili na jej twarzy pojawił się ten sam wyraz radosnego podniecenia, jaki gościł na twarzy Marleny.
- Jasny gwint, nie mogę się doczekać! – Dorcas zacisnęła dłonie w podnieceniu.
- Czego nie możesz się doczekać? – zapytała Mary z rozbawieniem na widok rozpromienionej twarzy przyjaciółki.
- Mało jesteś domyślna… – Dorcas spojrzała na nią z politowaniem, kiedy zbiegały razem po drewnianych schodach na niższe piętro gospody – A myślisz, że na co czekałam przez całe wakacje? Na rajd po sklepach w poszukiwaniu książek? Chyba kpisz…
- Oh nie tylko nie zaczynaj znowu z…
- Z niczym nie zaczynam – nachmurzyła się Dorcas – Po prostu się za nim stęskniłam.
- No tak, to bardzo normalne stęsknić się za facetem, który nawet nie wie, że istniejesz…
Dorcas warknęła groźnie, mrużąc swoje piwne oczy i już chciała się odszczekać, ale właśnie zza rogiem, który mijały pojawiły się ich rodziny. Przy nich obydwie wolały trzymać języki za zębami.
Przez ponad dwie godziny chodzili po sklepach na Pokątnej, szukając wszystkich potrzebnych rzeczy. W Esach i Floresach wpadły na swoje dwie przyjaciółki z klasy, jasnowłosą Emmelinę Vance i Taylor McGinn, w Eylopa spotkały Severusa Snape kupującego coś wraz ze swoją matką, na widok którego obydwie zachichotały złośliwie a w Aptece natknęły się na Irinę Handy, straszą o rok dziewczynę i jak się dowiedziały z krótkiej wymiany zdań, tegorocznego prefekta naczelnego. Kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami, natychmiast powtórzy szeptem plotki, które usłyszały od Emmeliny i jej przyjaciółki, na temat rzekomego związku Iriny z mugolskim chłopcem, Markiem Finniganem, którego poznała podczas tych wakacji.
- Ciekawe, jaki jest… - zastanawiała się na głos Dorcas, zezując na znikającą w drzwiach Irinę z nad swojej torby z oczami żuka – Jak myślisz, powiedziała mu, że jest czarodziejką, czy zaczeka do ślubu?
Mary zachichotała, odliczając 20 sykli z wysypanych na rękę monet.
- Myślę, że poczeka… A jak już się z nim ożeni to wtedy… Łaaa!!!
Dorcas wybuchła śmiechem, upuszczając na posadzkę torbę z oczami żuka, które rozsypały się wokół ich stóp, błyskając i wirując.
Około drugiej udało im się wreszcie wyrwać spod opieki rodziców. Sonja już dawno znikła gdzieś ze swoim chłopakiem a młodszy brat Marleny spotkał swoich kumpli, którzy wymieniali się kartami z czekoladowych żab i już z nimi został. Wszyscy dorośli umówili się ze swoimi pociechami o piątej w Dziurawym Kotle i sami zniknęli w pozłacanych drzwiach Banku Gringotta a Mary i Dorcas zdecydowanym krokiem ruszyły w głąb ulicy.
- Mam ochotę na lody, a ty?
Dorcas uśmiechnęła się do Mary szeroko – zrozumiały się bez słów. Obydwie ruszyły zdecydowanym krokiem w stronę słynnej lodziarni Floriana Fortescue.
- Jak myślisz, dlaczego tu zawsze są takie tłumy? – zapytała Mary, kiedy już siedziały przy okrągłych stolikach, zajadając swoje ulubione lody i delektując się ciepłymi promieniami słońca, w których jednak czuć było już atmosferę kończącego się lata – Można by się spodziewać, że ludzie przestaną tutaj tak często przychodzić. Po tych wszystkich atakach…
- Jeszcze nikogo nie zaatakowano na Pokątnej… – zaczęła Dorcas, także z zastanowieniem przypatrując się przechodniom – Ten zasraniec nie ma jeszcze odwagi na taki ruch… To oznaczało by całkowite ujawnienie się a na razie sieje panikę wśród ludzi, działając z ukrycia.
Marlena spojrzała na przyjaciółkę uważnie. Na gładkim czole Dorcas pojawiła się głęboka zmarszczka oznaczająca, że dziewczyna całkowicie zanurzyła się we własnych myślach. Mary przez chwilę obserwowała przyjaciółkę, myśląc sobie jak wielką jest szczęściarą, mając ją u boku. Nagle zmarszczka na czole Dorcas wygładziła się a na jej twarzy zagościło jednocześnie podniecenie i zaniepokojenie.
- Są… - wyszeptała tak cicho, że Mary ledwo ją usłyszała. Wzrok miała wlepiony w drugi kąt uliczki.
Mary odwróciła się i natychmiast dostrzegła nagły powód zmiany nastroju Dorcas.
W ich stronę z rękami w kieszeni i z nonszalancką miną na twarzy zmierzał nie kto inny jak Syriusz Black. U jego boku kroczył roześmiany James Potter. Gestykulował żywo i cały czas coś opowiadał a kiedy skończył Syriusz wybuchł śmiechem. Zresztą nie tylko on. Pozostali towarzysze Syriusza i Jamesa, czyli jak można się tego było spodziewać Remus Lupin i Peter Pettigriew także się śmiali. Między Peterem a Jamesem szła jeszcze rudowłosa dziewczyna o delikatnej urodzie, przywodzącej na myśl jakiś bardzo wrażliwy kwiat. Ona tylko się uśmiechnęła a w tym uśmiechu kryło się coś poza zwykłym rozbawieniem, a widać to było szczególnie w momencie gdy zerknęła na czarnowłosego Jamesa. Ten wybrał sobie akurat ten moment, by swoim zwyczajem przeczesać włosy palcami, czyniąc na głowie jeszcze większy bałagan niż uprzednio. Mary przypomniało się jej własne poranne układanie fryzury i parsknęła śmiechem do swojego pucharka z lodami.
- A gdzie nasza dziwka…? – zapytała cicho Dorcas, mrużąc oczy cały czas skupione na zbliżającej się grupie – Czyżby ciotka nie wypuściła jej wcześniej z Francji…?
- Chyba powinnaś się z tego cieszyć, co? – zapytała z przekąsem Mary – Masz wolne pole do popisu.
Dorcas zerknęła na nią jak na wariatkę, ale kiedy się odwróciła miała nietęgą minę. Mary tylko westchnęła i także spojrzała na zbijających się przyjaciół.
- … No i on mi wtedy mówi, że nie ma szans, że nigdy nie uda mi się go pokonać – James miał tak donośny głos, że kilku przechodniów odwróciło się w jego stronę, unosząc brwi – A ja mu mówię: Nie no stary, na pewno masz rację. Chyba się skapnął, że sobie z niego kpię bo się cały zaczerwienił. Normalnie świecił się jak latarnia… No i mnie zaatakował a potem wiecie co było dalej.
- Jak moglibyśmy nie wiedzieć – powiedziała z przekąsem Lily Evans, odsuwając sobie krzesło przy stoliku oddalonym o kilku metrów od miejsca, w którym siedziały Mary i Dorcas – Wszyscy chyba słyszeli tą historię. I mówiąc szczerze, nie widzę w niej nic fantastycznego.
James spojrzał na rudowłosą błagalnym wzrokiem.
- Liluś, słońce… - powiedział czule, pochylając się w jej stronę – No weź, jeszcze się rok nie zaczął a ty mi już chcesz dopiec?
- Gdyby tego nie robiła nie byłaby sobą… - powiedział z rozbawieniem Syriusz. Jego niski, aksamitny głos potoczył się przez cały ogród lodziarni, sprawiając, ze Dorcas Meadowes zwinęła się na swoim krześle w jeszcze mniejszy kłębek – Cała Lily, bez swoich słodkich, anty-jamesowskich docinek nie byłaby już tą Lily, którą znamy…
- Bardzo śmieszne, stary… - powiedział z przekąsem James, kiedy pozostali członkowie grupy zaśmiewali się z żartu Syriusza – Miło, że mnie wspierasz, naprawdę…
Syriusz wyszczerzył do niego przepraszająco zęby.
- James, dajesz się nabrać… - powiedział Lupin z szerokim uśmiechem – Przecież wszyscy wiedzą, że ona cię bardzo lubi…
- Tak? – Lily uniosła brwi – A skąd ty bierzesz takie newsy, Remusku?
- Coś sobie państwo życzą? – zapytała uprzejmie kelnerka, która podeszła do ich stolika.
Wszyscy złożyli zamówienia a kiedy kelnerka odeszła rozmowa potoczyła się innym torem.
- Jestem strasznie zadowolona z wyników! – powiedziała Lily z dumą w głosie, kiedy Peter zapytał ją o sumy – Zresztą pisałam wam…
- Mnie nie pisałaś – wtrącił się Syriusz, patrząc na nią z ukosa – W ogóle mało od ciebie miałem wiadomości tego lata…
- Oh, nie przesadzaj –żachnęła się rudowłosa – Zresztą, byłam pewna, że Cathy ci wszystko przekaże...
Mary kątem oka dostrzegła, że Dorcas drgnęła, kiedy padło imię Austen.
- No jasne, coś tam mi przekazała, ale weź pod uwagę, że sowa z Francji leci o wiele dłużej, niż sowa z tego samego kraju…
- Szkoda, że jej tu dzisiaj nie ma… - dodał Lupin, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w blat.
- No jasne… - powiedział entuzjastycznie Syriusz – Ale jej ciotka histeryczka…
- Tak wiemy, nie puściła jej…
- Wszystko załatwiła sama, no wiecie, wszystkie książki i inne potrzebne rzeczy… Dziwna kobieta…
- Widziałam ją na peronie…Wygląda strasznie… - wzdrygnęła się Lily – Jakby cały czas była zła. Taką ma minę, ooo…
Wykrzywiła się w okropnej pantomimie a wszyscy wybuchli śmiechem. Najgłośniej śmiał się Syriusz.
- A jak się mieszka u Potterów, hę? – Peter skierował wzrok na Blacka – Słyszałem, że macie niezłą zabawę!
Mary i Dorcas spojrzały na siebie ze zdumieniem. Syriusz mieszka z Jamesem.?
- Uciekł!?! – wyszeptała Dorcas – To znaczy, że musi mieć naprawdę przekichane…
- Powiem jedno… - Syriusz uniósł do góry łyżeczkę od lodów, które właśnie im przyniesiono – Ten dom to istne cudo!
- Eee, no nie przesadzaj…. – powiedział James sromnie ale cały aż się rozpromienił – Dom jak dom…
- Słuchaj, jakbyś pomieszkał sobie trochę z moja rodzinką, nie nazywał byś tego domem, tylko rajem na ziemi!
Wszyscy uśmiechnęli się szeroko do Jamesa a ten odwzajemnił gest.
- A Liluś, co z twoją sis? Udało ci się nawiązać jakiś kontakt z „panną z kosmosu”?
Lily wykrzywiła się z niezadowoleniem.
- Powiedzmy… Ale potem wszystko spaprałam. Ona mi jeszcze tego nie przebaczyła… Poczekam rok, może w następne wakacje…
Wszyscy czterej chłopcy spojrzeli na nią ze współczuciem a James wykonał dziwny ruch, jakby chciał położyć dłoń na jej ramieniu, ale w ostatnim momencie się powstrzymał.
W tym momencie Mary zauważyła, że Lupin się jej przygląda. Musiał to robić od dłuższego czasu bo na jego twarzy zobaczyła podejrzliwość – a więc zauważył, że podsłuchiwały. Zarumieniła się i odwróciła szybko głowę. Kopnęła dyskretnie Dorcas pod stołem, dając jej do zrozumienia, że zostały nakryte. Dorcas niczego nie zauważyła, bo cały czas gapiła się nieprzytomnie w tył głowy Syriusza.
- Cześć dziewczyn… - zawołał James. Dorcas wzdrygnęła się a Mary odwróciła się w stronę stolika, przy którym siedzieli Huncwoci i Lily i zobaczyła, że James macha im ręką. Obydwie uśmiechnęły się do niego niepewnie i odmachały a kiedy chłopak z powrotem odwrócił się do przyjaciół, Mary dostrzegła, że Remus wciąż się jej przypatrywał.
- Chodźmy stąd… - szepnęła do Dorcas, czując się coraz bardziej głupio. Jej przyjaciółka też była cała czerwona i kiedy wstawała od stolika potknęła się o nogę krzesła.
- Cholera… - mruknęła drżącym głosem po czym nie sprawdzając czy Mary za nią idzie, ruszyła szybko w stronę ulicy. Mary podążała za nią, trzymając w ręce swoją torbę i torbę Dorcas, której tamta zapomniała wziąć spod stołu.
- Jak myślisz, czemu on powiedział nam „cześć”? – zapytała rozgorączkowanym tonem Dorcas kiedy już znalazły się daleko od lodziarni – Przecież nas nie zna, może najwyżej z widzenia…
- Ten Lupin nas obserwował, zrozumiał, że podsłuchujemy – powiedziała ponuro Mary, kiedy przepychały się przez tłum ubranych na zielono czarownic – Myślę, że powiedział o tym Jamesowi a ten chciał dać nam do zrozumienia, że o wszystkim wiedzą...
- Miło z jego strony…- powiedziała Dorcas niezbyt przytomnym tonem, a Mary spojrzała na nią jak na wariatkę.
Spojrzała na swoje opalone oblicze, na szczupłą, pociągłą twarz i na wystające kości policzkowe, które wywoływały wrażenie, jakby dziewczyna ciągle się uśmiechała. Jej jasne oczy zaczęły lśnić pogodnie, mimo że dopiero przed chwilą zwlekła się z łóżka i nadal była nie do końca rozbudzona.
Wprawnym ruchem nałożyła sobie pasty na szczoteczkę i zaczęła z zapałem szorować zęby, myślami będąc już daleko od tego obskurnego pokoiku. Zastanawiała się, kto z Hogwartu tak jak ona i Dorcas wybrał sobie dzisiejszy dzień na zakupy. Miała nadzieje, że wpadnie na kogoś z kim będzie mogła sobie pogawędzić, bo przez całe wakacje nie miała z nikim kontaktu, pomijając Dorcas, do której pisała praktycznie codziennie. Oczywiście lubiła spędzać wakacje ze swoją rodziną, ale pod koniec zawsze zaczynała tęsknić za Wielką Salą, za pokojem wspólnym Gryfonów i za jej dormitorium.
- Mary! – ktoś załomotał w drzwi, a Marlena rozpoznała po głosie swoją najlepsza przyjaciółkę – Rusz tyłek, twoja matka już czeka na dole a Sonja dostaje apopleksji, bo umówiła się z tym swoim chłopakiem pod Esami… - z niezbyt zadowolonego tonu Dorcas poznała, że dziewczyna nadal ma żal do swojej młodszej siostry, za to że miała odwagę znaleźć sobie chłopaka wcześniej niż ona.
- Już lecę… - Marlena rozglądnęła się po pokoju, szukając swojej torby. Znalazła ją wepchniętą pod łóżko. Zarzuciła ją sobie na ramię, ostatni raz przeglądnęła się w lustrze, wygładzając zmarszczki na swojej letniej sukience po czym ruszyła w końcu do drzwi.
Otworzyła je z rozmachem a stojąca za nimi Dorcas musiała szybko odskoczyć, żeby nie dostać twardą dechą prosto w twarz.
- Co tak agresywnie? – zapytała, unosząc swoje idealnie wyrównane brwi.
- Agresywnie? – Mary zaśmiała się pogodnie – Nie, po prostu spontanicznie…
Dorcas prychnęła gniewnie, ale już po chwili na jej twarzy pojawił się ten sam wyraz radosnego podniecenia, jaki gościł na twarzy Marleny.
- Jasny gwint, nie mogę się doczekać! – Dorcas zacisnęła dłonie w podnieceniu.
- Czego nie możesz się doczekać? – zapytała Mary z rozbawieniem na widok rozpromienionej twarzy przyjaciółki.
- Mało jesteś domyślna… – Dorcas spojrzała na nią z politowaniem, kiedy zbiegały razem po drewnianych schodach na niższe piętro gospody – A myślisz, że na co czekałam przez całe wakacje? Na rajd po sklepach w poszukiwaniu książek? Chyba kpisz…
- Oh nie tylko nie zaczynaj znowu z…
- Z niczym nie zaczynam – nachmurzyła się Dorcas – Po prostu się za nim stęskniłam.
- No tak, to bardzo normalne stęsknić się za facetem, który nawet nie wie, że istniejesz…
Dorcas warknęła groźnie, mrużąc swoje piwne oczy i już chciała się odszczekać, ale właśnie zza rogiem, który mijały pojawiły się ich rodziny. Przy nich obydwie wolały trzymać języki za zębami.
Przez ponad dwie godziny chodzili po sklepach na Pokątnej, szukając wszystkich potrzebnych rzeczy. W Esach i Floresach wpadły na swoje dwie przyjaciółki z klasy, jasnowłosą Emmelinę Vance i Taylor McGinn, w Eylopa spotkały Severusa Snape kupującego coś wraz ze swoją matką, na widok którego obydwie zachichotały złośliwie a w Aptece natknęły się na Irinę Handy, straszą o rok dziewczynę i jak się dowiedziały z krótkiej wymiany zdań, tegorocznego prefekta naczelnego. Kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami, natychmiast powtórzy szeptem plotki, które usłyszały od Emmeliny i jej przyjaciółki, na temat rzekomego związku Iriny z mugolskim chłopcem, Markiem Finniganem, którego poznała podczas tych wakacji.
- Ciekawe, jaki jest… - zastanawiała się na głos Dorcas, zezując na znikającą w drzwiach Irinę z nad swojej torby z oczami żuka – Jak myślisz, powiedziała mu, że jest czarodziejką, czy zaczeka do ślubu?
Mary zachichotała, odliczając 20 sykli z wysypanych na rękę monet.
- Myślę, że poczeka… A jak już się z nim ożeni to wtedy… Łaaa!!!
Dorcas wybuchła śmiechem, upuszczając na posadzkę torbę z oczami żuka, które rozsypały się wokół ich stóp, błyskając i wirując.
Około drugiej udało im się wreszcie wyrwać spod opieki rodziców. Sonja już dawno znikła gdzieś ze swoim chłopakiem a młodszy brat Marleny spotkał swoich kumpli, którzy wymieniali się kartami z czekoladowych żab i już z nimi został. Wszyscy dorośli umówili się ze swoimi pociechami o piątej w Dziurawym Kotle i sami zniknęli w pozłacanych drzwiach Banku Gringotta a Mary i Dorcas zdecydowanym krokiem ruszyły w głąb ulicy.
- Mam ochotę na lody, a ty?
Dorcas uśmiechnęła się do Mary szeroko – zrozumiały się bez słów. Obydwie ruszyły zdecydowanym krokiem w stronę słynnej lodziarni Floriana Fortescue.
- Jak myślisz, dlaczego tu zawsze są takie tłumy? – zapytała Mary, kiedy już siedziały przy okrągłych stolikach, zajadając swoje ulubione lody i delektując się ciepłymi promieniami słońca, w których jednak czuć było już atmosferę kończącego się lata – Można by się spodziewać, że ludzie przestaną tutaj tak często przychodzić. Po tych wszystkich atakach…
- Jeszcze nikogo nie zaatakowano na Pokątnej… – zaczęła Dorcas, także z zastanowieniem przypatrując się przechodniom – Ten zasraniec nie ma jeszcze odwagi na taki ruch… To oznaczało by całkowite ujawnienie się a na razie sieje panikę wśród ludzi, działając z ukrycia.
Marlena spojrzała na przyjaciółkę uważnie. Na gładkim czole Dorcas pojawiła się głęboka zmarszczka oznaczająca, że dziewczyna całkowicie zanurzyła się we własnych myślach. Mary przez chwilę obserwowała przyjaciółkę, myśląc sobie jak wielką jest szczęściarą, mając ją u boku. Nagle zmarszczka na czole Dorcas wygładziła się a na jej twarzy zagościło jednocześnie podniecenie i zaniepokojenie.
- Są… - wyszeptała tak cicho, że Mary ledwo ją usłyszała. Wzrok miała wlepiony w drugi kąt uliczki.
Mary odwróciła się i natychmiast dostrzegła nagły powód zmiany nastroju Dorcas.
W ich stronę z rękami w kieszeni i z nonszalancką miną na twarzy zmierzał nie kto inny jak Syriusz Black. U jego boku kroczył roześmiany James Potter. Gestykulował żywo i cały czas coś opowiadał a kiedy skończył Syriusz wybuchł śmiechem. Zresztą nie tylko on. Pozostali towarzysze Syriusza i Jamesa, czyli jak można się tego było spodziewać Remus Lupin i Peter Pettigriew także się śmiali. Między Peterem a Jamesem szła jeszcze rudowłosa dziewczyna o delikatnej urodzie, przywodzącej na myśl jakiś bardzo wrażliwy kwiat. Ona tylko się uśmiechnęła a w tym uśmiechu kryło się coś poza zwykłym rozbawieniem, a widać to było szczególnie w momencie gdy zerknęła na czarnowłosego Jamesa. Ten wybrał sobie akurat ten moment, by swoim zwyczajem przeczesać włosy palcami, czyniąc na głowie jeszcze większy bałagan niż uprzednio. Mary przypomniało się jej własne poranne układanie fryzury i parsknęła śmiechem do swojego pucharka z lodami.
- A gdzie nasza dziwka…? – zapytała cicho Dorcas, mrużąc oczy cały czas skupione na zbliżającej się grupie – Czyżby ciotka nie wypuściła jej wcześniej z Francji…?
- Chyba powinnaś się z tego cieszyć, co? – zapytała z przekąsem Mary – Masz wolne pole do popisu.
Dorcas zerknęła na nią jak na wariatkę, ale kiedy się odwróciła miała nietęgą minę. Mary tylko westchnęła i także spojrzała na zbijających się przyjaciół.
- … No i on mi wtedy mówi, że nie ma szans, że nigdy nie uda mi się go pokonać – James miał tak donośny głos, że kilku przechodniów odwróciło się w jego stronę, unosząc brwi – A ja mu mówię: Nie no stary, na pewno masz rację. Chyba się skapnął, że sobie z niego kpię bo się cały zaczerwienił. Normalnie świecił się jak latarnia… No i mnie zaatakował a potem wiecie co było dalej.
- Jak moglibyśmy nie wiedzieć – powiedziała z przekąsem Lily Evans, odsuwając sobie krzesło przy stoliku oddalonym o kilku metrów od miejsca, w którym siedziały Mary i Dorcas – Wszyscy chyba słyszeli tą historię. I mówiąc szczerze, nie widzę w niej nic fantastycznego.
James spojrzał na rudowłosą błagalnym wzrokiem.
- Liluś, słońce… - powiedział czule, pochylając się w jej stronę – No weź, jeszcze się rok nie zaczął a ty mi już chcesz dopiec?
- Gdyby tego nie robiła nie byłaby sobą… - powiedział z rozbawieniem Syriusz. Jego niski, aksamitny głos potoczył się przez cały ogród lodziarni, sprawiając, ze Dorcas Meadowes zwinęła się na swoim krześle w jeszcze mniejszy kłębek – Cała Lily, bez swoich słodkich, anty-jamesowskich docinek nie byłaby już tą Lily, którą znamy…
- Bardzo śmieszne, stary… - powiedział z przekąsem James, kiedy pozostali członkowie grupy zaśmiewali się z żartu Syriusza – Miło, że mnie wspierasz, naprawdę…
Syriusz wyszczerzył do niego przepraszająco zęby.
- James, dajesz się nabrać… - powiedział Lupin z szerokim uśmiechem – Przecież wszyscy wiedzą, że ona cię bardzo lubi…
- Tak? – Lily uniosła brwi – A skąd ty bierzesz takie newsy, Remusku?
- Coś sobie państwo życzą? – zapytała uprzejmie kelnerka, która podeszła do ich stolika.
Wszyscy złożyli zamówienia a kiedy kelnerka odeszła rozmowa potoczyła się innym torem.
- Jestem strasznie zadowolona z wyników! – powiedziała Lily z dumą w głosie, kiedy Peter zapytał ją o sumy – Zresztą pisałam wam…
- Mnie nie pisałaś – wtrącił się Syriusz, patrząc na nią z ukosa – W ogóle mało od ciebie miałem wiadomości tego lata…
- Oh, nie przesadzaj –żachnęła się rudowłosa – Zresztą, byłam pewna, że Cathy ci wszystko przekaże...
Mary kątem oka dostrzegła, że Dorcas drgnęła, kiedy padło imię Austen.
- No jasne, coś tam mi przekazała, ale weź pod uwagę, że sowa z Francji leci o wiele dłużej, niż sowa z tego samego kraju…
- Szkoda, że jej tu dzisiaj nie ma… - dodał Lupin, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w blat.
- No jasne… - powiedział entuzjastycznie Syriusz – Ale jej ciotka histeryczka…
- Tak wiemy, nie puściła jej…
- Wszystko załatwiła sama, no wiecie, wszystkie książki i inne potrzebne rzeczy… Dziwna kobieta…
- Widziałam ją na peronie…Wygląda strasznie… - wzdrygnęła się Lily – Jakby cały czas była zła. Taką ma minę, ooo…
Wykrzywiła się w okropnej pantomimie a wszyscy wybuchli śmiechem. Najgłośniej śmiał się Syriusz.
- A jak się mieszka u Potterów, hę? – Peter skierował wzrok na Blacka – Słyszałem, że macie niezłą zabawę!
Mary i Dorcas spojrzały na siebie ze zdumieniem. Syriusz mieszka z Jamesem.?
- Uciekł!?! – wyszeptała Dorcas – To znaczy, że musi mieć naprawdę przekichane…
- Powiem jedno… - Syriusz uniósł do góry łyżeczkę od lodów, które właśnie im przyniesiono – Ten dom to istne cudo!
- Eee, no nie przesadzaj…. – powiedział James sromnie ale cały aż się rozpromienił – Dom jak dom…
- Słuchaj, jakbyś pomieszkał sobie trochę z moja rodzinką, nie nazywał byś tego domem, tylko rajem na ziemi!
Wszyscy uśmiechnęli się szeroko do Jamesa a ten odwzajemnił gest.
- A Liluś, co z twoją sis? Udało ci się nawiązać jakiś kontakt z „panną z kosmosu”?
Lily wykrzywiła się z niezadowoleniem.
- Powiedzmy… Ale potem wszystko spaprałam. Ona mi jeszcze tego nie przebaczyła… Poczekam rok, może w następne wakacje…
Wszyscy czterej chłopcy spojrzeli na nią ze współczuciem a James wykonał dziwny ruch, jakby chciał położyć dłoń na jej ramieniu, ale w ostatnim momencie się powstrzymał.
W tym momencie Mary zauważyła, że Lupin się jej przygląda. Musiał to robić od dłuższego czasu bo na jego twarzy zobaczyła podejrzliwość – a więc zauważył, że podsłuchiwały. Zarumieniła się i odwróciła szybko głowę. Kopnęła dyskretnie Dorcas pod stołem, dając jej do zrozumienia, że zostały nakryte. Dorcas niczego nie zauważyła, bo cały czas gapiła się nieprzytomnie w tył głowy Syriusza.
- Cześć dziewczyn… - zawołał James. Dorcas wzdrygnęła się a Mary odwróciła się w stronę stolika, przy którym siedzieli Huncwoci i Lily i zobaczyła, że James macha im ręką. Obydwie uśmiechnęły się do niego niepewnie i odmachały a kiedy chłopak z powrotem odwrócił się do przyjaciół, Mary dostrzegła, że Remus wciąż się jej przypatrywał.
- Chodźmy stąd… - szepnęła do Dorcas, czując się coraz bardziej głupio. Jej przyjaciółka też była cała czerwona i kiedy wstawała od stolika potknęła się o nogę krzesła.
- Cholera… - mruknęła drżącym głosem po czym nie sprawdzając czy Mary za nią idzie, ruszyła szybko w stronę ulicy. Mary podążała za nią, trzymając w ręce swoją torbę i torbę Dorcas, której tamta zapomniała wziąć spod stołu.
- Jak myślisz, czemu on powiedział nam „cześć”? – zapytała rozgorączkowanym tonem Dorcas kiedy już znalazły się daleko od lodziarni – Przecież nas nie zna, może najwyżej z widzenia…
- Ten Lupin nas obserwował, zrozumiał, że podsłuchujemy – powiedziała ponuro Mary, kiedy przepychały się przez tłum ubranych na zielono czarownic – Myślę, że powiedział o tym Jamesowi a ten chciał dać nam do zrozumienia, że o wszystkim wiedzą...
- Miło z jego strony…- powiedziała Dorcas niezbyt przytomnym tonem, a Mary spojrzała na nią jak na wariatkę.
Remus Lupin
Ronnie wciągnęła w jego stronę dłoń, w której spoczywała drewniana szkatułka, wypełniona po brzegi małymi lśniącymi kamyczkami. Remus z uśmiechem przyjął od niej podarunek. Zobaczył, jak jej wielkie, ciemnoniebieskie oczy zalśniły z zachwytu. Zaklaska w dłonie jak małe dziecko, zadowolone z prezentu i z powrotem zajęła się międleniem poszewki od kołdry.
Remus westchnął cicho i położył szkatułkę na nocnej szafce, stojącej obok szpitalnego łóżka. On i jego młodsza siostra znajdowali się na oddziale zamkniętym dla stałych pacjentów w szpitalu Świętego Munga. Rodzice zostawili go tutaj na godzinkę, żeby popilnował młodszej siostry, kiedy oni przejdą się na zakupy, ale Remus podejrzewał, że chodziło raczej o umożliwienie mu pobycia z siostrą sam na sam, chociaż przez chwilę.
Remusowi wcale to nie przeszkadzało. Rzadko miał okazję pobyć z nią, kiedy nikt nie kręcił się w pobliżu. Oczywiście na oddziale cały czas byli uzdrowiciele, pilnujący wszystkich pacjentów, ale żaden z nich nie przeszkadzał Lupinowi, jeśli nie musiał.
Przy Ronnie Remus mógł być sobą. Nie musiał udawać odważnego, nie musiał być przebojowy i wesoły, mógł być markotny i przygaszony, jeśli chciał, mógł opowiedzieć siostrze o wszystkich gnębiących go problemach i wiedział, że nikomu nie powie. Uzdrowiciele mówili, że dziewczyna i tak nie rozumiała ani jednego słowa z tego, co mówił, ale on nie potrafił się pozbyć wrażenia, że siostra rozumie go o wiele lepiej niż ktokolwiek z jego przyjaciół. Za każdym razem, gdy spowiadał się jej ze swoich najgłębszych tajemnic widział w jej szklistych, zazwyczaj nieprzytomnych oczach błysk zainteresowania i zrozumienia.
- Kiedyś całkiem wymęczysz tą pościel… - zaśmiał się cicho i delikatnie wyciągnął materiał z jej zaciśniętych palców. Spojrzała na niego ze złością, jakby odebrano jej ulubioną zabawkę, ale gdy tylko niebieskie oczy znalazły szare, na twarzy Ronnie rozkwitł szeroki uśmiech. Po raz kolejny tego dnia patrzyła na niego, jakby dopiero teraz go zobaczyła, jakby w tej właśnie chwili pojawił się przy jej łóżku, a nie siedział przy nim od prawie godziny.
- Ta, to ja… - powiedział trochę zmęczonym głosem, ale uśmiechała się nadal – Nie musisz się mnie bać.
Oderwała od niego spojrzenie i potoczyła nim po wysoko sklepionym pokoju. Ściany tu były drewniane, łóżka okryte różnokolorową pościelą, dzięki czemu pokój wyglądał o wiele bardziej przyjaźnie niż większość sal szpitalnych. Nic dziwnego, przebywający tutaj czarodzieje prawie nie opuszczali tego miejsca. Personel postarał się, żeby choć trochę poczuli się jak w domu, nawet jeśli większość z nich nie była w stanie rozróżnić szpitala od własnego miejsca zamieszkania.
- Jak myślisz, Ronnie… - zagaił do niej Remus, zastanawiając się po raz kolejny ile z jego słów tak naprawdę do niej docierało – Czy rodzice kupią ci jakiś fajowy prezent, tak jak ostatnio. Pamiętasz tę książkę… „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć?”… Była świetna, czytaliśmy ja razem. Szczególnie podobały ci się hipogryfy i sfinksy. Rysunki w tej książce były piękne, nie powiem… facet, który je rysował musiał mieć naprawdę talent, nie uważasz?
Wcale się nie przejął, że mu nie odpowiedziała. Nigdy tego nie robiła. Tak naprawdę, Remus nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszał jej głos. Tylko kiedy krzyczała…
- A opowiadałem ci, co nowego w Hogwarcie…?
Uśmiechnęła się do niego szeroko, pokazując małe, białe ząbki. Jej okrągła, niewinna twarzyczka mogłaby należeć do elfa – oczy wielkie i okrągłe, równie wielkie jak oczy Cathy, jasna, jednolita skóra i czerwone usteczka. Czarne jak noc włosy, opadające na policzki, lśniące w świetle stojących przy stoliku świec.
- No to ci opowiem… - zaczął, nie odrywając wzroku od jasnoniebieskich tęczówek – W Hogwarcie w tym roku zdarzyło się wiele rzeczy, naprawdę! Trzeba zacząć od tego, że pojawiła się nowa dziewczyna, Cathy Austen. Od razu się z nią zakumplowaliśmy. A szczególnie Syriusz… Tak to go chyba jeszcze nigdy nie trafiło. Dostawał szału, bo Cathy zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Pamiętasz jak ci o nim opowiadałem, o nim i o jego podbojach…?
Ronnie zaśmiała się, jakby rzeczywiście pamiętała ich rozmowy sprzed kilku lat.
- W połowie roku mocno się pokłóciliśmy z dziewczynami. Nie powiem, wina była po naszej stronie, James nieźle przegiął. Ale jakoś nam się udało wrócić na prostą i pod koniec roku znowu się zeszliśmy… No, nie wszyscy. Mag i Suze pokłóciły się z Lily i Cathy. Nie gadają ze sobą. Biedaczki, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze będą w stanie ze sobą normalnie rozmawiać…
Ronnie przekręciła głowę w bok i spojrzała na brata z zainteresowaniem.
- Pytasz, czy już się dowiedziały… Nie, jeszcze niczego nie odkryły. Sam się temu dziwię, James, Syriusz i Peter wpadli na to o wiele szybciej. Ale one mają swoje problemy, nie jestem z nimi aż tak blisko jak z chłopakami. Nadal spędzamy ze sobą za mało czasu by mogły… zauważyć pewne nieprawidłowości.
Remus oblizał wargi, które zaschły mu już od mówienia ale nie miał zamiaru przerywać. Chciał ciągnąć dalej ten monolog, chciał, by ktoś wreszcie usłyszał tą historię z jego punktu widzenia, nawet jeśli wszystkie jego słowa tak naprawdę trafiały w próżnię.
- Dziewczyny nie wiedzą…Ale ten Snape, chyba w ramach zemsty, zaczyna węszyć. Co ja mówię, dawno zaczął węszyć. Jeśli się nie pohamuje, to się może dla niego źle skończyć… Dla mnie zresztą też…
Ronnie objęła ramionami puchową poduszkę i wyglądnęła zza niej swoimi kocimi oczami.
- Mam nadzieje, że wszystko się ułoży… Zostały tylko dwa lata… Tylko dwa lata i nie będzie już Hogwartu…
Spuścił spojrzenie na swoje kolana, czując, ze oczy go pieką.
- Smutno mi będzie ich żegnać. Są moimi najlepszymi kumplami. Bez nich byłbym sam… Bez Jamesa, Syriusza, bez Petera, Cathy, Lily… Są dla mnie jak skarb…
Remus wpatrywał się teraz w małe, szczelnie zamknięte okienko, przez którego grube szyby z trudem przedostawały się promienie zachodzącego słońca… Ostatnie tchnienie wakacji…
- Tak… - wyszeptał, tym razem jednak bardziej do samego siebie niż do Ronnie, która na powrót zajęła się poszewką – Jak skarb…
Przed jego oczyma zatańczyło wspomnienie wiklinowego stolika w zalanym słońcem ogrodzie kawiarni, wesołe, żywe jak ogniki oczy Marleny McKinnon i jej rumiane policzki… Policzki, które zarumieniły się pod jego spojrzeniem.
Remus westchnął cicho i położył szkatułkę na nocnej szafce, stojącej obok szpitalnego łóżka. On i jego młodsza siostra znajdowali się na oddziale zamkniętym dla stałych pacjentów w szpitalu Świętego Munga. Rodzice zostawili go tutaj na godzinkę, żeby popilnował młodszej siostry, kiedy oni przejdą się na zakupy, ale Remus podejrzewał, że chodziło raczej o umożliwienie mu pobycia z siostrą sam na sam, chociaż przez chwilę.
Remusowi wcale to nie przeszkadzało. Rzadko miał okazję pobyć z nią, kiedy nikt nie kręcił się w pobliżu. Oczywiście na oddziale cały czas byli uzdrowiciele, pilnujący wszystkich pacjentów, ale żaden z nich nie przeszkadzał Lupinowi, jeśli nie musiał.
Przy Ronnie Remus mógł być sobą. Nie musiał udawać odważnego, nie musiał być przebojowy i wesoły, mógł być markotny i przygaszony, jeśli chciał, mógł opowiedzieć siostrze o wszystkich gnębiących go problemach i wiedział, że nikomu nie powie. Uzdrowiciele mówili, że dziewczyna i tak nie rozumiała ani jednego słowa z tego, co mówił, ale on nie potrafił się pozbyć wrażenia, że siostra rozumie go o wiele lepiej niż ktokolwiek z jego przyjaciół. Za każdym razem, gdy spowiadał się jej ze swoich najgłębszych tajemnic widział w jej szklistych, zazwyczaj nieprzytomnych oczach błysk zainteresowania i zrozumienia.
- Kiedyś całkiem wymęczysz tą pościel… - zaśmiał się cicho i delikatnie wyciągnął materiał z jej zaciśniętych palców. Spojrzała na niego ze złością, jakby odebrano jej ulubioną zabawkę, ale gdy tylko niebieskie oczy znalazły szare, na twarzy Ronnie rozkwitł szeroki uśmiech. Po raz kolejny tego dnia patrzyła na niego, jakby dopiero teraz go zobaczyła, jakby w tej właśnie chwili pojawił się przy jej łóżku, a nie siedział przy nim od prawie godziny.
- Ta, to ja… - powiedział trochę zmęczonym głosem, ale uśmiechała się nadal – Nie musisz się mnie bać.
Oderwała od niego spojrzenie i potoczyła nim po wysoko sklepionym pokoju. Ściany tu były drewniane, łóżka okryte różnokolorową pościelą, dzięki czemu pokój wyglądał o wiele bardziej przyjaźnie niż większość sal szpitalnych. Nic dziwnego, przebywający tutaj czarodzieje prawie nie opuszczali tego miejsca. Personel postarał się, żeby choć trochę poczuli się jak w domu, nawet jeśli większość z nich nie była w stanie rozróżnić szpitala od własnego miejsca zamieszkania.
- Jak myślisz, Ronnie… - zagaił do niej Remus, zastanawiając się po raz kolejny ile z jego słów tak naprawdę do niej docierało – Czy rodzice kupią ci jakiś fajowy prezent, tak jak ostatnio. Pamiętasz tę książkę… „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć?”… Była świetna, czytaliśmy ja razem. Szczególnie podobały ci się hipogryfy i sfinksy. Rysunki w tej książce były piękne, nie powiem… facet, który je rysował musiał mieć naprawdę talent, nie uważasz?
Wcale się nie przejął, że mu nie odpowiedziała. Nigdy tego nie robiła. Tak naprawdę, Remus nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszał jej głos. Tylko kiedy krzyczała…
- A opowiadałem ci, co nowego w Hogwarcie…?
Uśmiechnęła się do niego szeroko, pokazując małe, białe ząbki. Jej okrągła, niewinna twarzyczka mogłaby należeć do elfa – oczy wielkie i okrągłe, równie wielkie jak oczy Cathy, jasna, jednolita skóra i czerwone usteczka. Czarne jak noc włosy, opadające na policzki, lśniące w świetle stojących przy stoliku świec.
- No to ci opowiem… - zaczął, nie odrywając wzroku od jasnoniebieskich tęczówek – W Hogwarcie w tym roku zdarzyło się wiele rzeczy, naprawdę! Trzeba zacząć od tego, że pojawiła się nowa dziewczyna, Cathy Austen. Od razu się z nią zakumplowaliśmy. A szczególnie Syriusz… Tak to go chyba jeszcze nigdy nie trafiło. Dostawał szału, bo Cathy zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Pamiętasz jak ci o nim opowiadałem, o nim i o jego podbojach…?
Ronnie zaśmiała się, jakby rzeczywiście pamiętała ich rozmowy sprzed kilku lat.
- W połowie roku mocno się pokłóciliśmy z dziewczynami. Nie powiem, wina była po naszej stronie, James nieźle przegiął. Ale jakoś nam się udało wrócić na prostą i pod koniec roku znowu się zeszliśmy… No, nie wszyscy. Mag i Suze pokłóciły się z Lily i Cathy. Nie gadają ze sobą. Biedaczki, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze będą w stanie ze sobą normalnie rozmawiać…
Ronnie przekręciła głowę w bok i spojrzała na brata z zainteresowaniem.
- Pytasz, czy już się dowiedziały… Nie, jeszcze niczego nie odkryły. Sam się temu dziwię, James, Syriusz i Peter wpadli na to o wiele szybciej. Ale one mają swoje problemy, nie jestem z nimi aż tak blisko jak z chłopakami. Nadal spędzamy ze sobą za mało czasu by mogły… zauważyć pewne nieprawidłowości.
Remus oblizał wargi, które zaschły mu już od mówienia ale nie miał zamiaru przerywać. Chciał ciągnąć dalej ten monolog, chciał, by ktoś wreszcie usłyszał tą historię z jego punktu widzenia, nawet jeśli wszystkie jego słowa tak naprawdę trafiały w próżnię.
- Dziewczyny nie wiedzą…Ale ten Snape, chyba w ramach zemsty, zaczyna węszyć. Co ja mówię, dawno zaczął węszyć. Jeśli się nie pohamuje, to się może dla niego źle skończyć… Dla mnie zresztą też…
Ronnie objęła ramionami puchową poduszkę i wyglądnęła zza niej swoimi kocimi oczami.
- Mam nadzieje, że wszystko się ułoży… Zostały tylko dwa lata… Tylko dwa lata i nie będzie już Hogwartu…
Spuścił spojrzenie na swoje kolana, czując, ze oczy go pieką.
- Smutno mi będzie ich żegnać. Są moimi najlepszymi kumplami. Bez nich byłbym sam… Bez Jamesa, Syriusza, bez Petera, Cathy, Lily… Są dla mnie jak skarb…
Remus wpatrywał się teraz w małe, szczelnie zamknięte okienko, przez którego grube szyby z trudem przedostawały się promienie zachodzącego słońca… Ostatnie tchnienie wakacji…
- Tak… - wyszeptał, tym razem jednak bardziej do samego siebie niż do Ronnie, która na powrót zajęła się poszewką – Jak skarb…
Przed jego oczyma zatańczyło wspomnienie wiklinowego stolika w zalanym słońcem ogrodzie kawiarni, wesołe, żywe jak ogniki oczy Marleny McKinnon i jej rumiane policzki… Policzki, które zarumieniły się pod jego spojrzeniem.
Lilianne Evans
- Petunio, proszę cię! Dlaczego mi to robisz, powiedz?
Ciemnowłosa głowa Petunii wychynęła za oparcia jej obrotowego krzesła. Na jej cienkich ustach widniał bardzo nieładny uśmiech.
- A dlaczego miałabym tego nie robić? – zapytała złośliwym tonem, mrużąc swoje małe oczy – Co takiego jest w tym pamiętniku, że nie mogę choćby zerknąć?
Lily zasyczała jak wąż i zrobiła kilka kroków w stronę swojej siostry, na co ta zareagowała cofnięciem się pod ścianę. Schowała pamiętnik Lily za plecy i popatrzyła na nią wyzywająco.
- Wiesz, że nie chce ci zrobić krzywdy – powiedziała cicho rudowłosa, starając się opanować drżenie rąk. Była tak wściekła, jak jeszcze nigdy – Ale jeśli nie oddasz mi tego pamiętnika w tym momencie, to będę zmuszona użyć różdżki!
Petunia zaśmiała się szyderczo.
- Nie żartuj sobie ze mnie, dobrze wiem, że nie wolno ci używać czarów poza tą szkołą pomyleńców.
Lily zadrżały wargi i z przerażaniem stwierdziła, że do oczu napłynęły jej łzy.
- Dlaczego taka jesteś? – zapytała zniekształconym przez płacz tonem – Dlaczego jesteś taka niedobra?
Petunia patrzyła na nią z niedowierzaniem, jakby nie spodziewała się, że jej siostra się rozklei. Lily już nic więcej nie powiedziała, odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju, jakby zapomniała o pamiętniku, wciąż spoczywającym w zaciśniętej dłoni Petunii.
Ruda wybiegła na jasno oświetlony korytarz, przemknęła obok kilku otwartych drzwi i wpadła przez ostatnie do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko, wcisnęła twarz w poduszkę i zaciskając konwulsyjnie dłonie na pościeli, całkowicie się rozkleiła.
Dlaczego ona musi być taka? Przecież ja nic nie poradzę na to, że nie dostała się do Hogwartu. Nigdy tego nie chciałam, gdybym mogła podzieliłabym się z nią swoją magiczną mocą. Gdybym tylko mogła…
- Lily…?
Podniosła się gwałtownie i wsparła na łokciach. Petunia stała w drzwiach jej sypialni, opierając się niepewnie o framugę. W zaciśniętych na piersi ramionach trzymała pamiętnik Lily - wszędzie rozpoznałaby tą jasnoniebieską okładkę, pokrytą magicznymi naklejkami i podpisami jej przyjaciół.
- Oddasz mi go? – zapytała Lily po chwili niezręcznej ciszy.
Petunia zawahała się i rozejrzała po pokoju z pewnym respektem. Jej wzrok przesunął się po spakowanym do połowy kufrze i po lezącej na nocnej szafce różdżce.
- Masz… - powiedziała drętwym tonem i rzuciła niebieską książeczkę na łóżko. Lily natychmiast przyciągnęła ją do siebie i czule przytuliła do piersi. Petunia obserwowała to z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Lily usiadła na łóżku i otarła sobie twarz rękawem bluzki. Spojrzała niepewnie na siostrę, wciąż stojącą w drzwiach i wyglądającą, jakby miała zamiar coś powiedzieć.
- Lily, ja… - zaczęła niepewnie tamta, splatając nerwowo palce – No, nie wiem właściwie co chce powiedzieć…
- Już dobrze, nie mów… - odrzekła cicho Lily, nie patrząc na nią tylko na pamiętnik. Gładziła dłonią jego szorstką okładkę, z szczególną czułością dotykając miejsca z podpisem Jamesa Pottera.
- Zrozum, jest mi ciężko… - powiedziała Petunia zniecierpliwionym tonem. Lily uniosła głowę i zobaczyła, że w oczach jej siostry pali się dziwny żar.
- Myślisz, że mi jest łatwo? – Lily pokręciła smutno głową – Jest mi tak samo trudno, jak tobie. Nawet nie wiesz ile czasu spędziłam na rozmyślaniach o tym, że mogłybyśmy być w Hogwarcie razem, może nawet w tym samym domu.
- Przestań! – przerwała jej szorstko Petunia a Lily mogłaby przysiądź, że słyszała zgrzytanie zębów – Nie wymawiaj przy mnie tych nazw. Poza tym, ja wcale nie chcę tam iść…
Lily uniosła brwi.
- Przestań udawać. Dobrze wiem, że jesteś na mnie wściekła tylko dlatego, że ja tam jestem a ty…
- Możesz przestać? – Petunia zacisnęła dłonie w pięści – Właśnie przyszłam się z tobą pogodzić a ty nadal mi dokuczasz. Chcesz, żebyśmy dalej ze sobą nie rozmawiały…?
- Nie… - Lily zamrugała szybko – Oczywiście, że nie chcę…
- No więc właśnie…
- Może usiądziesz? – zapytała Lily po chwili ciszy. Była równie zaskoczona swoimi słowami co Petunia, która patrzyła na nią z niedowierzaniem.
- No, siadaj…
Petunia podeszła do swojej siostry i usiadła niepewnie na samym krańcu wzorowo pościelonego łóżka.
- No to… - zaczęła Lily niepewnie, pocierając dłonią ramię. Nie miała zielonego pojęcia o czym rozmawiać z siostrą, z którą od kilku lat była w stałym konflikcie.
- Hmm… Co tam u tego chłopaka od Snape’ów? – wypaliła nagle Petunia, najwyraźniej zadowolona, że przyszło jej do głowy jakieś sensowne pytanie – Dalej się z nim trzymasz, czy może znalazłaś sobie nowych kumpli?
Lily odwróciła głowę i zagryzła wargi. Od incydentu nad jeziorem starała się jak najmniej myśleć o swoim dawnym przyjacielu, Severusie. Pamiętała dobrze tamte słowa, które padły w czasie jej utarczki z Jamesem, ta „szlama” wciąż dźwięczała jej w uszach. Pamiętała jak w tamten dzień Mary McDonald weszła do ich dormitorium, kiedy wszystkie cztery, ona, Cathy, Maggie i Suze siedziały na jednym łóżku, malowały paznokcie i zgodnie wyżywały się na wszystkich facetach, którzy zaleźli im za skórę. Do tej pory widziała dokładnie zaskoczone spojrzenia jej przyjaciółek, kiedy Mary powiedziała, że Snape czeka na nią pod portretem Grubej Damy i ma zamiar siedzieć tam całą noc, jeśli Lily się tam nie zjawi i z nim nie porozmawia. Poszła więc na dół, powiedziała Snape’owi to co miała zamiar mu powiedzieć i wróciła na górę, do swoich przyjaciółek. Jakoś udało jej się zbyć ich pytania, powiedziała że McGonagall kazała Snape’owi ją przerosić. Nigdy nie zdradziła im, że przez całe pięć lat przyjaźniła się z Severusem – oczywiście, Maggie i Suze na początku o tym wiedziały, ale kiedy zaczęły głośno krytykować tą przyjaźń zapewniła je, że całkowicie zerwała kontakt ze ślizgonem. Potem utrzymywała ten związek w ścisłej tajemnicy. Aż do tego dnia, w którym postanowiła, że to się musi skończyć – ich związek umarł śmiercią naturalną, można się było tego spodziewać od momentu, kiedy Lily zaczęła coraz więcej czasu spędzać z Jamesem i Syriuszem, których Snape szczerze nienawidził, i to z wzajemnością.
Teraz, kiedy Petunia wspomniała jego imię w sercu Lily znów pojawiła się dawna gorycz i rozżalenie a przed jej oczami zatańczyło wspomnienie czarnych oczu.
- Już się nie przyjaźnimy… - powiedziała w końcu, po bardzo długiej pauzie – To była naturalna kolej rzeczy.
- No tak, znalazłaś sobie lepszych kumpli – powiedziała Petunia głosem przesyconym złośliwą satysfakcją – Tego całego Pottera i…
- Skąd wiesz o Potterze? – Lily wciągnęła głośno powietrze, wytrzeszczając na nią oczy.
- Jego nazwisko jest na pamiętniku… - powiedziała Petunia lekko przestraszonym tonem, widząc jej gwałtowną reakcję.
- Oh… - Lily odetchnęła i spuściła wzrok, lekko zawstydzona.
- A co z nim? – zapytała Petunia podejrzliwie, a na jej ustach błąkał się rozbawiony uśmieszek. Najwyraźniej zaczęła łączyć ze sobą fakty – To twój chłopak?
Lily spojrzała na nią z wściekłością.
- Nie, to nie jest mój chłopak!!!
- To w takim razie on ci się podoba – stwierdziła Petunia tonem znawczyni – Ale ty wstydzisz się mu to wyznać, bo boisz się…
- Możesz się przymknąć?! – warknęła Lily trochę głośniej, niż zamierzała. Petunia spojrzała na nią z zaskoczeniem.
- Okej… Już nic nie mówię, panno Obrażalska…
- Nie… nazywaj… Mnie… tak! – wycedziła Lily, a jej ręce automatycznie zacisnęły się na pamiętniku.
Petunia obrzuciła ją chłodnym spojrzeniem po czym nagle wstała i podeszła do wyjścia. W drzwiach zatrzymała się i spojrzała jeszcze raz na wściekłą Lily.
- Chciałam tylko pożartować… - powiedziała zjadliwym tonem – Ale coś mi się zdaje, że ani ty ani ja nie dorosłyśmy do tej rozmowy.
I wyszła z pokoju, pozostawiając Lily w jeszcze gorszym nastroju, niż wtedy kiedy dostrzegła, że jej ukochany pamiętnik zniknął z najgłębszego kąta szkolnego kufra.
Ciemnowłosa głowa Petunii wychynęła za oparcia jej obrotowego krzesła. Na jej cienkich ustach widniał bardzo nieładny uśmiech.
- A dlaczego miałabym tego nie robić? – zapytała złośliwym tonem, mrużąc swoje małe oczy – Co takiego jest w tym pamiętniku, że nie mogę choćby zerknąć?
Lily zasyczała jak wąż i zrobiła kilka kroków w stronę swojej siostry, na co ta zareagowała cofnięciem się pod ścianę. Schowała pamiętnik Lily za plecy i popatrzyła na nią wyzywająco.
- Wiesz, że nie chce ci zrobić krzywdy – powiedziała cicho rudowłosa, starając się opanować drżenie rąk. Była tak wściekła, jak jeszcze nigdy – Ale jeśli nie oddasz mi tego pamiętnika w tym momencie, to będę zmuszona użyć różdżki!
Petunia zaśmiała się szyderczo.
- Nie żartuj sobie ze mnie, dobrze wiem, że nie wolno ci używać czarów poza tą szkołą pomyleńców.
Lily zadrżały wargi i z przerażaniem stwierdziła, że do oczu napłynęły jej łzy.
- Dlaczego taka jesteś? – zapytała zniekształconym przez płacz tonem – Dlaczego jesteś taka niedobra?
Petunia patrzyła na nią z niedowierzaniem, jakby nie spodziewała się, że jej siostra się rozklei. Lily już nic więcej nie powiedziała, odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju, jakby zapomniała o pamiętniku, wciąż spoczywającym w zaciśniętej dłoni Petunii.
Ruda wybiegła na jasno oświetlony korytarz, przemknęła obok kilku otwartych drzwi i wpadła przez ostatnie do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko, wcisnęła twarz w poduszkę i zaciskając konwulsyjnie dłonie na pościeli, całkowicie się rozkleiła.
Dlaczego ona musi być taka? Przecież ja nic nie poradzę na to, że nie dostała się do Hogwartu. Nigdy tego nie chciałam, gdybym mogła podzieliłabym się z nią swoją magiczną mocą. Gdybym tylko mogła…
- Lily…?
Podniosła się gwałtownie i wsparła na łokciach. Petunia stała w drzwiach jej sypialni, opierając się niepewnie o framugę. W zaciśniętych na piersi ramionach trzymała pamiętnik Lily - wszędzie rozpoznałaby tą jasnoniebieską okładkę, pokrytą magicznymi naklejkami i podpisami jej przyjaciół.
- Oddasz mi go? – zapytała Lily po chwili niezręcznej ciszy.
Petunia zawahała się i rozejrzała po pokoju z pewnym respektem. Jej wzrok przesunął się po spakowanym do połowy kufrze i po lezącej na nocnej szafce różdżce.
- Masz… - powiedziała drętwym tonem i rzuciła niebieską książeczkę na łóżko. Lily natychmiast przyciągnęła ją do siebie i czule przytuliła do piersi. Petunia obserwowała to z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Lily usiadła na łóżku i otarła sobie twarz rękawem bluzki. Spojrzała niepewnie na siostrę, wciąż stojącą w drzwiach i wyglądającą, jakby miała zamiar coś powiedzieć.
- Lily, ja… - zaczęła niepewnie tamta, splatając nerwowo palce – No, nie wiem właściwie co chce powiedzieć…
- Już dobrze, nie mów… - odrzekła cicho Lily, nie patrząc na nią tylko na pamiętnik. Gładziła dłonią jego szorstką okładkę, z szczególną czułością dotykając miejsca z podpisem Jamesa Pottera.
- Zrozum, jest mi ciężko… - powiedziała Petunia zniecierpliwionym tonem. Lily uniosła głowę i zobaczyła, że w oczach jej siostry pali się dziwny żar.
- Myślisz, że mi jest łatwo? – Lily pokręciła smutno głową – Jest mi tak samo trudno, jak tobie. Nawet nie wiesz ile czasu spędziłam na rozmyślaniach o tym, że mogłybyśmy być w Hogwarcie razem, może nawet w tym samym domu.
- Przestań! – przerwała jej szorstko Petunia a Lily mogłaby przysiądź, że słyszała zgrzytanie zębów – Nie wymawiaj przy mnie tych nazw. Poza tym, ja wcale nie chcę tam iść…
Lily uniosła brwi.
- Przestań udawać. Dobrze wiem, że jesteś na mnie wściekła tylko dlatego, że ja tam jestem a ty…
- Możesz przestać? – Petunia zacisnęła dłonie w pięści – Właśnie przyszłam się z tobą pogodzić a ty nadal mi dokuczasz. Chcesz, żebyśmy dalej ze sobą nie rozmawiały…?
- Nie… - Lily zamrugała szybko – Oczywiście, że nie chcę…
- No więc właśnie…
- Może usiądziesz? – zapytała Lily po chwili ciszy. Była równie zaskoczona swoimi słowami co Petunia, która patrzyła na nią z niedowierzaniem.
- No, siadaj…
Petunia podeszła do swojej siostry i usiadła niepewnie na samym krańcu wzorowo pościelonego łóżka.
- No to… - zaczęła Lily niepewnie, pocierając dłonią ramię. Nie miała zielonego pojęcia o czym rozmawiać z siostrą, z którą od kilku lat była w stałym konflikcie.
- Hmm… Co tam u tego chłopaka od Snape’ów? – wypaliła nagle Petunia, najwyraźniej zadowolona, że przyszło jej do głowy jakieś sensowne pytanie – Dalej się z nim trzymasz, czy może znalazłaś sobie nowych kumpli?
Lily odwróciła głowę i zagryzła wargi. Od incydentu nad jeziorem starała się jak najmniej myśleć o swoim dawnym przyjacielu, Severusie. Pamiętała dobrze tamte słowa, które padły w czasie jej utarczki z Jamesem, ta „szlama” wciąż dźwięczała jej w uszach. Pamiętała jak w tamten dzień Mary McDonald weszła do ich dormitorium, kiedy wszystkie cztery, ona, Cathy, Maggie i Suze siedziały na jednym łóżku, malowały paznokcie i zgodnie wyżywały się na wszystkich facetach, którzy zaleźli im za skórę. Do tej pory widziała dokładnie zaskoczone spojrzenia jej przyjaciółek, kiedy Mary powiedziała, że Snape czeka na nią pod portretem Grubej Damy i ma zamiar siedzieć tam całą noc, jeśli Lily się tam nie zjawi i z nim nie porozmawia. Poszła więc na dół, powiedziała Snape’owi to co miała zamiar mu powiedzieć i wróciła na górę, do swoich przyjaciółek. Jakoś udało jej się zbyć ich pytania, powiedziała że McGonagall kazała Snape’owi ją przerosić. Nigdy nie zdradziła im, że przez całe pięć lat przyjaźniła się z Severusem – oczywiście, Maggie i Suze na początku o tym wiedziały, ale kiedy zaczęły głośno krytykować tą przyjaźń zapewniła je, że całkowicie zerwała kontakt ze ślizgonem. Potem utrzymywała ten związek w ścisłej tajemnicy. Aż do tego dnia, w którym postanowiła, że to się musi skończyć – ich związek umarł śmiercią naturalną, można się było tego spodziewać od momentu, kiedy Lily zaczęła coraz więcej czasu spędzać z Jamesem i Syriuszem, których Snape szczerze nienawidził, i to z wzajemnością.
Teraz, kiedy Petunia wspomniała jego imię w sercu Lily znów pojawiła się dawna gorycz i rozżalenie a przed jej oczami zatańczyło wspomnienie czarnych oczu.
- Już się nie przyjaźnimy… - powiedziała w końcu, po bardzo długiej pauzie – To była naturalna kolej rzeczy.
- No tak, znalazłaś sobie lepszych kumpli – powiedziała Petunia głosem przesyconym złośliwą satysfakcją – Tego całego Pottera i…
- Skąd wiesz o Potterze? – Lily wciągnęła głośno powietrze, wytrzeszczając na nią oczy.
- Jego nazwisko jest na pamiętniku… - powiedziała Petunia lekko przestraszonym tonem, widząc jej gwałtowną reakcję.
- Oh… - Lily odetchnęła i spuściła wzrok, lekko zawstydzona.
- A co z nim? – zapytała Petunia podejrzliwie, a na jej ustach błąkał się rozbawiony uśmieszek. Najwyraźniej zaczęła łączyć ze sobą fakty – To twój chłopak?
Lily spojrzała na nią z wściekłością.
- Nie, to nie jest mój chłopak!!!
- To w takim razie on ci się podoba – stwierdziła Petunia tonem znawczyni – Ale ty wstydzisz się mu to wyznać, bo boisz się…
- Możesz się przymknąć?! – warknęła Lily trochę głośniej, niż zamierzała. Petunia spojrzała na nią z zaskoczeniem.
- Okej… Już nic nie mówię, panno Obrażalska…
- Nie… nazywaj… Mnie… tak! – wycedziła Lily, a jej ręce automatycznie zacisnęły się na pamiętniku.
Petunia obrzuciła ją chłodnym spojrzeniem po czym nagle wstała i podeszła do wyjścia. W drzwiach zatrzymała się i spojrzała jeszcze raz na wściekłą Lily.
- Chciałam tylko pożartować… - powiedziała zjadliwym tonem – Ale coś mi się zdaje, że ani ty ani ja nie dorosłyśmy do tej rozmowy.
I wyszła z pokoju, pozostawiając Lily w jeszcze gorszym nastroju, niż wtedy kiedy dostrzegła, że jej ukochany pamiętnik zniknął z najgłębszego kąta szkolnego kufra.
Catherine Austen
- Wujku… Ciocia Lucy od pół godziny woła cię na kolację. Nie możesz wiecznie siedzieć w tym pokoju… Czy w ciągu dzisiejszego dnia korzystałeś w ogóle z łazienki?
Zamek w dziwach zachrobotał, nienaoliwione zawiasy głośno zaskrzypiały i zza drzwi wynurzyła się jasnowłosa głowa i poznaczona licznymi zmarszczkami twarz wujka Gooda.
- No wiec, jak będzie? Zaszczycisz nas swoją obecnością? - Cathy założyła ręce na piersi i spojrzała na niego karcąco.
Wujek Good zrobił zawstydzoną minę i spojrzał na siostrzenice przepraszająco.
- Słońce, wiesz przecież, że mam dużo pracy… - wpatrywał się w Cathy intensywnie, jakby chciał jej przekazać coś samym spojrzeniem. Dziewczyna spojrzała wymownie w sufit.
- Jak oderwiesz się od tego pudełka…
- Ciii!!! Nie tak głośno!
-… Od tego pudełka na jedną godzinkę to świat się nie zawali.
- Moja droga… - mężczyzna zdjął okulary z nosa i zaczął niecierpliwie przecierać szkła rękawem swetra – Nie rozumiesz, że każda minuta jest teraz ważna. Przecież profesor McGonagall poinformowała cię o zagrożeniu, zresztą, teraz wiedzą o nim wszyscy…
- Nie przypominam sobie, żeby McGonagall mówiła mi, że nie wolno ci nic jeść podczas pracy nad tą… rzeczą. Wprost przeciwnie, powinieneś…
- Jeśli tak bardzo ci zależy, żebym coś przekąsił, to możesz podrzucić kolację tu, na górę, dobrze? Postaw ją pod drzwiami, ja już się nią zajmę w odpowiednim czasie.
Cathy spojrzała na niego z zawiedzioną miną.
- Niestety, nic nie mogę na to poradzić… - powiedział mężczyzna cicho, nie patrząc jej w oczy – Muszę pracować, jeśli tylko mam siłę, nie wolno mi marnować czasu. Kiedyś to zrozumiesz…
- Mam taką nadzieje… - odrzekła dziewczyna, po czym wzruszyła ramionami – No, skoro tak mówisz…
Wujek Good uśmiechnął się do niej po raz ostatni po czym zniknął za drzwiami. Gdy tylko się za nim zamknęły, Cathy usłyszała ponowne szczęknięcie zamka.
Rzuciła drzwiom ostatnie, pełne zawodu spojrzenie po czym ruszyła w stronę schodów, prowadzących na niższe piętro. Zbiegła po nich szybko. Gruby, ciemnozielony dywan tłumił jej kroki.
Na niższym piętrze starego, wykonanego praktycznie tylko z drewna domu nie było nikogo. Szeroki, nisko sklepiony korytarz ciągnął się przed Cathy na odległość kilkunastu metrów, kończąc się zamkniętymi drzwiami.
Mieszkała za nimi jej ciotka i nigdy nie pozwalała wchodzić nikomu do środka, nawet swoim własnym dzieciom.
Oprócz drzwi do tajemniczego pokoju Lucy, na korytarzu było jeszcze kilka innych, w tym te prowadzące do prywatnego zakątka Cathy oraz do pokojów jej kuzynów: Ann i Jeana.
Cathy nie zatrzymała się przy żadnych z nich. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz, nie zerkając na wiszące na ścianach drogocenne obrazy ani na staroświeckie półki i wykonany z czarnego drewna wieszak na płaszcze.
Dotarła do następnych schodów ale zamiast skorzystać z nich w normalny sposób usiadła wdzięcznie na poręczy i zjechała ze świstem na dół. Jasnoniebieska, letnia sukienka powiewała za nią z furkotem.
- Cathy! – skrzekliwy, nieprzyjemny dla ucha głos ciotki Lucy dotarł do niej dokładnie w momencie, gdy jej stopy dotknęły podłogi parteru.
- Już idę… - odkrzyknęła znudzonym tonem, ale zamiast ruszyć w stronę kuchni podeszła do wielkiego okna, przez które do środka domu wpadały jasnożółte promienie słońca, sprawiając, że wirujące w powietrzu drobinki kurzu lśniły i mieniły się srebrem.
Prze okno widać było małą, francuską uliczkę, wyłożoną szarymi kamieniami. Cathy przypatrywała się przechodzącym pod oknem ludziom, mimowolnie zastanawiając się, czy któryś z nich, tak jak ona, jest czarodziejem. Prawdopodobieństwo było dość duże – czarodziei w tym miasteczku było naprawdę wielu, a ciotka Lucy znała prawie wszystkie ich rodziny (oczywiście te, które szczyciły się czystością krwi).
- Catherine!
Cathy wywróciła oczami i z niechęcią oderwała się od zabawy, jaką było obserwowanie złotych refleksów, biegających po jej skórze. Ciepło słońca przenikało nawet przez szyby, pieszcząc jej twarz, która od wielu dni nie widziała makijażu i pozostawiając świetliste odblaski na jej czarnych rzęsach.
Lato… Gdyby nie to, że całe wakacje musiała spędzać ze swoimi krewnymi na południu Francji, pozbawiona możliwości spacerowania korytarzami Hogwartu i przyjacielskich pogawędek przy kominku w pokoju wspólnym to ta cudowna pora roku byłaby jej ulubioną.
Weszła do kuchni w tym samym momencie co jej kuzynka, jasnowłosa, niziutka dziewczyna, niepokojąco podobna z twarzy do Laurence Aniston. Jednak w tym przypadku pozory myliły – Ann była chyba najbardziej nieśmiałą i nieszkodliwą osobą, jaką Cathy kiedykolwiek spotkała.
- Cześć – powiedziała do niej blondynka z nieprzytomnym spojrzeniem, jakby nadal przebywała w swoim własnym świecie. Cathy uśmiechnęła się do niej.
- Siadajcie! – powiedziała sucho ciotka Lucy znad kuchennej lady – Gdzie twój brat, moja droga?
- Nie wiem… - odrzekła Ann niepewnie, rozglądając się po staroświecko urządzonej kuchni.
- Pewnie na zewnątrz.. – Cathy z trudem odsunęła krzesło od wielkiego, ciosanego z jasnego drewna stołu. Tutaj wszystkie meble były stare i koszmarnie ciężkie.
- Jak zwykle się spóźnia na kolację, nie wiem dlaczego jest taki niepunktualny. Wywodzi się z takiej dobrej rodziny!
- Tak, rodzinę ma świetną… - powiedziała z przekąsem Cathy, wykrzywiając się do Ann za plecami ciotki - Tylko nie wiem, co to ma wspólnego z patrzeniem na zegarek.
Ann parsknęła do swojego kubka a Lucy spojrzała na nią krytycznie.
- Bardzo wiele, Catherine! Wraz z dobrą krwią powinien odziedziczyć wiele innych równie ważnych cech…
Ale Cathy jej nie słuchała, bo właśnie zauważyła wystający spod dzbanka z sokiem fragment artykułu z „Proroka Codziennego”. Do góry nogami przeczytała słowa „ … niewyjaśnionych zniknięć, strasznych okaleczeń”.
Drgnęła niespokojnie i rozglądnęła się po kuchni. Ciotka Lucy cały czas coś mówiła, machając różdżką w stronę rondli, które po kolei wskakiwały do wypełnionego pianą zlewu a Ann zapatrzyła się w okno z nieprzytomną miną i lekko rozchylonymi ustami. Wyciągnęła rękę i delikatnie wysunęła gazetę spod dzbanka.
Od razu poznała, że tego numeru jeszcze nie czytała. Zerknęła szybko na datę: 31 sierpień 1976. A więc to dzisiejsze wydanie. Cathy zaprenumerowała „Proroka” od razu po przyjeździe do Francji – chciała być na bieżąco z rozwojem wydarzeń, o których mówiła jej McGonagall i niestety, już po kilku tygodniach musiała przyznać nauczycielce rację – sprawa była bardzo poważna. Ale dzisiaj rano sowa z przesyłką nie przyleciała a kiedy Cathy pytała się wszystkich, czy może nie odebrali jej gazety odpowiadali, że z pewnością nie. Cathy lekko to zdziwiło ale nie protestowała, starając się ignorować pojawiające się w jej głowie wizje różnych strasznych wydarzeniach, które mogłyby spowodować, że przestano drukować „Proroka”…
Teraz jednak wiedziała, co stało się z jej gazetą. Nie tracąc czasu na wspominanie ciotce o znalezisku zaczęła czytać.
FAKTY UJAWIONE!!! OSTATNI DZIEŃ WAKACJI DNIEM ŻAŁOBY NARODOWEJ
Ostatnie kilka tygodni były trudnym okresem, nie tylko dla rządu, ale dla całego społeczeństwa! Kilkadziesiąt okrutnych, nieuzasadnionych niczym morderstw, oraz notoryczne pojawianie się „Mrocznego” znaku skutecznie zepsuło nastroje w naszym kraju, wprowadzając panikę, jakiej nie widziano od kilkuset lat!
Jednak te kilka tygodni to nic, w porównaniu z faktami, jakie wyszły na jaw w ciągu ostatniego z nich.
„Straszne rzeczy się dzieją, proszę państwa” powiedziała wczoraj wieczorem na Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów, zwołanej w trybie przyspieszonym pani Minister Magii „Nie możemy już dłużej ukrywać faktów, to w niczym nie pomaga, a może nawet i pogarsza całą sprawę”
Od jakiegoś czasu jesteśmy świadomi, że niedawne pogłoski o morderstwach i o tajemniczej grupie czarodziejów, to nic w porównaniu z terrorem, jaki naprawdę się zaczął.
Liczne, teraz liczone już w setkach morderstwa, najczęściej popełniane są na mugolach, czarodziejach mieszanej krwi, mugolakach (czarodziejach urodzonych w rodzinach mugoli) i charłakach. Niezliczone ilości porwań, niewyjaśnionych zniknięć, strasznych okaleczeń, utrat pamięci zalały nasz kraj, jak straszna fala powodzi, która przykryła nas wszystkich powłoką strachu, wobec której Ministerstwo wciąż jest bezradne.
„Oni nic nie robią!” powiedziała naszym reporterkom anonimowa mieszkanka Londynu „Mój syn nie wrócił kilka dni temu z pracy, nie mam od niego żadnej wiadomości! Jak to możliwe, że nikt nie jest w stanie schwytać tych ludzi???”
Wczoraj, w godzinach porannych doszło jednak do największej tragedii. Zaatakowana została grupa pięćdziesięciu czarodziejów, w tym ponad 20 dzieci poniżej 12 roku życia. Jak powiadomił nas jeden z nielicznych ocalałych, mieli oni zamiar razem wyruszyć na północ kraju, gdzie według sondaży, jest bezpieczniej.
„Zostaliśmy dosłownie zmasakrowani. Ci wszyscy ludzie, których znałem od dziecka… Nie żyją”
Według danych, jakie udało nam się zdobyć w grupie znajdowało się zaledwie pięciu czarodziejów czystej krwi. Pozostali byli czarodziejami krwi mieszanej lub mugolakami…
Nikt nie znajduje pocieszenia w tych strasznych dniach. Każdy z nas drży o życie bliskich, boi się wyjść za róg domu, wiedząc, że tam może czekać go śmierć. Ministerstwo stara się robić co w jego mocy i mimo, że wyniki tych działań na razie są znikome, zaczęły się pojawiać jakieś postępy.
Wczoraj rano, zaraz po masowym ataku na grupę czarodziejów, Albus Dumbledore, szanowany i potężny czarodziej, znany zapewne każdemu z naszych czytelników ogłosił, że zna imię przywódcy owego „gangu” oraz nazwiska kilku jego członków.
„ Owym, niestety, muszę to powiedzieć, bardzo potężnym czarodziejem, jest niejaki Tom Riddle. Niegdysiejszy uczeń Hogwartu, bardzo zdolny i pracowity, dziś zmienił się w żądnego władzy tyrana i okrutnika, który pragnie oczyścić świat z mugolaków i charłaków oraz przejąć władzę nad czarodziejami czystej krwi…” powiedział Dumbledore i choć trudno nam uwierzyć w te słowa, to warto pamiętać, że instynkt Dumbledore’a jeszcze nigdy nas nie zawiódł. Kilka chwil po rozmowie dodał on jeszcze, że Riddle przyjął nowe imię.
„Voldemort… Lord Voldemort. Chce, by to właśnie imię kojarzyło się z najmroczniejszymi czasami w dziejach czarodziejów.”
Znamy także nazwę, jaką ochrzcili siebie samych podwładni Toma Riddle’a. Według relacji Dumbledore każdą siebie nazywać Śmierciożercami.
Myślę, że ta straszna nazwa idealnie oddaje charakter tej grupy…
- Siema! – ryknął ktoś tuż nad uchem Cathy, sprawiając, że dziewczyna podskoczyła na swoim zdobionym krześle i o mało się z niego nie zsunęła – Jestem głodny jak wilk, co na kolację?
Jean wsunął różdżkę do tylnej kieszeni dżinsów, uśmiechnął się zaczepnie do Cathy i nawet nie trudząc się by umyć ręce lub zdjąć swoją czarną, skórzaną kurtkę, opadł na najbliższe krzesło. Był chudy, wysoki i piegowaty, blond włosy w tym samym odcieniu, co włosy jego siostry, zawiązał w kucyk z tyłu głowy. Wąskie usta wygięły się w uśmiechu, kiedy dostrzegł bulgoczący na patelni gulasz.
- Mógłbyś się tak nie wydzierać bez ostrzeżenia! – wydusiła z siebie Cathy, kładąc rękę na piersi. Serce nadal biło jej nienaturalnie szybko. Artykuł zupełnie ją pochłonął i nagłe pojawienie się Jeana nieźle ją wystraszyło.
- Gdzie byłeś? – ciotka Lucy znalazła się nagle tuż przy swoim najstarszym dziecku, wytrzeszczając na niego groźnie oczy. Jean zrobił do niej przepraszającą minę.
- Przepraszam, Gabrielle nie chciała mnie puścić… - jego zadowolony uśmiech mógł mówić wszystko, tylko nie to, że jest mu przykro – Wiesz jaka ona jest…
Przy ostatnim zdaniu puścił oko do Cathy, która spojrzała na niego chłodno. Jean zawsze traktował ją bardziej jako obiekt seksualny niż jako kuzynkę, co bardzo ja denerwowało – w rodzinach czarodziejów związki z własnymi kuzynami zdarzały się dosyć często, ale w Cathy takie sytuacje wciąż wzbudzały obrzydzenie. Rodzina to w końcu rodzina, Cathy nigdy nie zbliżyłaby się do żadnego z jej członków, choć byłby nie wiadomo jak cudowny.
- Powiedziałam ci… - wycedziła ciotka Lucy przez zaciśnięte zęby – Że jeśli jeszcze raz się spóźnisz, zamknę cię w pokoju do końca wakacji.
- A proszę bardzo, zamknij, w końcu zostało tylko kilkanaście godzin.
Ciotka Lucy łypnęła na syna złowrogo, warknęła tylko „Umyj ręce” i wróciła z powrotem do przerwanej czynności przy ladzie.
- Co z twoim wujem, Cathy? – zapytała szorstko, obserwując kontem oka jak jej syn wychodzi z kuchni z uśmiechem pełnym samozadowolenia na twarzy – Czy łaskawie się tu zjawi?
- Nie.. – powiedziała lekceważąco Cathy po czym odwróciła się na krześle w stronę ciotki, trzymając w podniesionej ręce „Proroka Codziennego” – A poza tym ja też mam do ciebie pytanie.
Kobieta spojrzała na nią, marszcząc jasne brwi.
- Czemu nie powiedziałaś mi, że odebrałaś gazetę?
- Ach, właśnie… - Cathy zdawało się, że dostrzegła delikatny rumieniec na zawsze idealnie bladej cerze ciotki – Chciałam z tobą o tym porozmawiać jak przyjedzie Goodwin. Ale jeśli go nie będzie…
Machnęła różdżką i tuzin misek i talerzy, wypełnionych ciepłą, parującą strawą popłynęło w powietrz i opadło na blat stołu. Ciotka Lucy usunęła im się z drogi a potem, obserwowana przez córkę i siostrzenicę usiadła na wolnym krześle.
- Czytałaś poprzednie numery… - zaczęła skrzekliwie, splatając palce i zaciskając je tak, że na jej szczupłych rękach pojawiły się mocno widoczne żyły – Wiesz, jak wygląda obecnie sytuacja. Dlatego zdecydowałam, że w trosce o twoje bezpieczeństwo…A takiej troski na pewno życzyłaby sobie twoja matka…
- A mój ojciec to co, już by sobie nie życzył? – zapytała napastliwie Cathy, nie odrywając spojrzenia od jasnoniebieskich oczu siedzącej przed nią kobiety. Ciotka Lucy tylko ściągnęła wargi, w bardzo podobny sposób do profesor McGonagall i ciągnęła dalej.
- … Zdecydowałam, że nierozsądnie by było wysyłać cię w sam środek tego wiru…
- To znaczy…? - włączyła się niespodziewanie Ann, przysłuchująca się rozmowie z drugiego końca stołu.
- To znaczy… - mówiła dalej ciotka, ale sekundę potem zagłuszył ją głos Cathy.
- Nie chcesz mnie puścić do Hogwartu?!? – ryknęła dziewczyna i chciała wstać, ale tylko uderzyła się kolanami o stół, bo mimo jej gwałtownego ruchu ciężkie krzesło nie przesunęło się nawet o cal – Chyba zwariowałaś!?!
- Uważaj do kogo mówisz! – Ciotka Lucy także podniosła głos.
- Wiem, do kogo mówię! – warknęła Cathy, cały czas walcząc z krzesłem – Ale ta osoba nie ma żadnego prawa zabraniać mi wracać do szkoły!
- Tak się akurat składa, że mam pełne prawa rodzicielskie, moja droga! Mam pokazać papiery?
- W nosie mam twoje papiery! – Cathy wreszcie udało się wstać. Teraz patrzyła na ciotkę Lucy z góry, całe jej ciało było niebezpiecznie napięte a dłonie zacisnęła w pięści. Czuła, jak paznokcie boleśnie wbijają jej się w skórę – Wrócę tak, choćby nie wiem co! Nic mnie nie powstrzyma.
- Nie masz prawa…
- Lucy!
Wszystkie trzy kobiety odwróciły się w stronę drzwi z których dobiegał głos. Zobaczyły stojącego w nich wuja Goodwina w swoich nierozłącznych szatach czarodzieja, które nosił nawet teraz, kiedy temperatura przekraczała 30 stopni oraz stojącego za jego plecami Jeana.
-Oh cudownie! – fuknęła ciotka Lucy, także wstając – Wreszcie łaskawie zszedłeś na dół, więc może mnie poprzesz i…
- Cathy musi wrócić do Hogwartu… - powiedział Goodwin, patrząc swojej żonie prosto w oczy. Jego stanowczy ton zupełnie nie pasował do tego drobnej postury człowieczka z siwiejącymi włosami i okularami na nosie.
- Co? – wydyszał Lucy, wytrzeszczając na niego oczy z niedowierzaniem – Czy ty nie wiesz, co TAM się dzieje? Nie czytałeś??? – pochyliła się gwałtownie w stronę Cathy i wyrwała jej „Proroka” z dłoni.
- Hej! – krzyknęła oburzona Cathy ale ciotka nawet na nią nie spojrzała.
-Tak, czytałem to wszystko a nawet więcej i uwierz mi, Hogwart to teraz najlepsze miejsce, w którym Cathy mogłaby się znaleźć.
- O czym ty bredzisz? – Lucy patrzyła się na niego, jakby postradał zmysły.
- Tam jest Dumbledore! – powiedział mężczyzna niecierpliwie i spojrzał na swoją żonę w takim sam sposób, jaki ona na niego – Powinnaś o tym pomyśleć, zanim podjęłaś tą pochopną decyzję. Gdybym mógł, wysłałbym temu facetowi także i nasze dzieci.
- A co mnie tam obchodzi jakiś Dumbledore? – zapytała opryskliwe ciotka Lucy, wymachując rękami – Myślisz, że ten cały czarnoksiężnik… Jak mu tak…
- Voldemort… - szepnęła Cathy zza jej pleców.
- No właśnie! – kontynuowała kobieta – Myślisz, że jak ona będzie chciał zaatakować szkołę, to jakiś tam słynny czarodziej go powstrzyma?
- Tak właśnie myślę!!! – tubalny ton Goodwina potoczył się po kuchni z taką siłą, o jaką Cathy nigdy by go nie podejrzewała – Jesteś ignorantką, Lucillo! Nie wiesz nic o tym czarodzieju i gwarantuje ci, że gdybyś czasami uważniej śledziła to, co dzieje się w twoim rodzinnym kraju, może bardziej doceniałabyś takich ludzi jak Dumbledore.
Ciotka wyglądała tak, jakby ktoś dał jej w twarz. Przez chwilę patrzyła się w swojego męża niedowierzającym wzrokiem a potem rzuciła się ku wyjściu z kuchni tak nagle, że wszyscy podskoczyli.
- Eee… - z twarzy Jeana zniknęło już zadowolenie. Teraz wyglądał raczej na przestraszonego.
- Siadaj, jedz… - powiedział cicho wuj Goodwin, pocierając czoło dłonią. Wyglądał na zmęczonego i niewyspanego. Cathy dopiero teraz zauważyła, że na jego twarzy pojawiło się kilka nowych zmarszczek a pod oczami widniały dwa wielkie wory, jakby mężczyzna nie spał od kilku dni – Ty też, Cathy najedz się a potem sprawdź czy wszystko zapakowałaś…
- Nie jestem głodna – powiedziała szybko Cathy, przełykając ślinę – Pójdę na górę, faktycznie sprawdzę czy mam wszystko…
- Dobrze – mężczyzna pokiwał głową po czym usiadł przy stole między swoją córką, która cały czas miała zszokowaną minę i synem, który niepewnie sięgał po półmisek z gulaszem – Zostawimy ci coś, jak będziesz chciała zjeść to zejdź na dół… Ja też tu będę, chyba przyda mi się mała przerwa…
Cathy kiwnęła głową, wzięła do ręki egzemplarz „Proroka”, który ciotka Lucy rzuciła na stół zanim wybiegła i sztywnym krokiem ruszyła w stronę drzwi.
Nikt nic nie powiedział ani jej nie zawołał. Zatrzymała się dopiero przy oknie, prowadzącym na ulicę, przy którym wcześniej stała. Pochylenie światła zdążyło się już zmienić, poza tym stało się bardziej pomarańczowe niż żółte. Cathy podeszła do okna i oparła głowę o chłodną szybę. Wpatrywała się w zachodzące słońce, starając się odegnać od siebie myśl, że kiedy wróci do pokoju zastanie tam swoją sowę. A wraz z nią list od jednego z jej przyjaciół, w którym napisane będzie, że rodzice za bardzo się boją, by puścić go z powrotem do Hogwartu i że najprawdopodobniej już nigdy więcej się nie zobaczą.
Zamek w dziwach zachrobotał, nienaoliwione zawiasy głośno zaskrzypiały i zza drzwi wynurzyła się jasnowłosa głowa i poznaczona licznymi zmarszczkami twarz wujka Gooda.
- No wiec, jak będzie? Zaszczycisz nas swoją obecnością? - Cathy założyła ręce na piersi i spojrzała na niego karcąco.
Wujek Good zrobił zawstydzoną minę i spojrzał na siostrzenice przepraszająco.
- Słońce, wiesz przecież, że mam dużo pracy… - wpatrywał się w Cathy intensywnie, jakby chciał jej przekazać coś samym spojrzeniem. Dziewczyna spojrzała wymownie w sufit.
- Jak oderwiesz się od tego pudełka…
- Ciii!!! Nie tak głośno!
-… Od tego pudełka na jedną godzinkę to świat się nie zawali.
- Moja droga… - mężczyzna zdjął okulary z nosa i zaczął niecierpliwie przecierać szkła rękawem swetra – Nie rozumiesz, że każda minuta jest teraz ważna. Przecież profesor McGonagall poinformowała cię o zagrożeniu, zresztą, teraz wiedzą o nim wszyscy…
- Nie przypominam sobie, żeby McGonagall mówiła mi, że nie wolno ci nic jeść podczas pracy nad tą… rzeczą. Wprost przeciwnie, powinieneś…
- Jeśli tak bardzo ci zależy, żebym coś przekąsił, to możesz podrzucić kolację tu, na górę, dobrze? Postaw ją pod drzwiami, ja już się nią zajmę w odpowiednim czasie.
Cathy spojrzała na niego z zawiedzioną miną.
- Niestety, nic nie mogę na to poradzić… - powiedział mężczyzna cicho, nie patrząc jej w oczy – Muszę pracować, jeśli tylko mam siłę, nie wolno mi marnować czasu. Kiedyś to zrozumiesz…
- Mam taką nadzieje… - odrzekła dziewczyna, po czym wzruszyła ramionami – No, skoro tak mówisz…
Wujek Good uśmiechnął się do niej po raz ostatni po czym zniknął za drzwiami. Gdy tylko się za nim zamknęły, Cathy usłyszała ponowne szczęknięcie zamka.
Rzuciła drzwiom ostatnie, pełne zawodu spojrzenie po czym ruszyła w stronę schodów, prowadzących na niższe piętro. Zbiegła po nich szybko. Gruby, ciemnozielony dywan tłumił jej kroki.
Na niższym piętrze starego, wykonanego praktycznie tylko z drewna domu nie było nikogo. Szeroki, nisko sklepiony korytarz ciągnął się przed Cathy na odległość kilkunastu metrów, kończąc się zamkniętymi drzwiami.
Mieszkała za nimi jej ciotka i nigdy nie pozwalała wchodzić nikomu do środka, nawet swoim własnym dzieciom.
Oprócz drzwi do tajemniczego pokoju Lucy, na korytarzu było jeszcze kilka innych, w tym te prowadzące do prywatnego zakątka Cathy oraz do pokojów jej kuzynów: Ann i Jeana.
Cathy nie zatrzymała się przy żadnych z nich. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz, nie zerkając na wiszące na ścianach drogocenne obrazy ani na staroświeckie półki i wykonany z czarnego drewna wieszak na płaszcze.
Dotarła do następnych schodów ale zamiast skorzystać z nich w normalny sposób usiadła wdzięcznie na poręczy i zjechała ze świstem na dół. Jasnoniebieska, letnia sukienka powiewała za nią z furkotem.
- Cathy! – skrzekliwy, nieprzyjemny dla ucha głos ciotki Lucy dotarł do niej dokładnie w momencie, gdy jej stopy dotknęły podłogi parteru.
- Już idę… - odkrzyknęła znudzonym tonem, ale zamiast ruszyć w stronę kuchni podeszła do wielkiego okna, przez które do środka domu wpadały jasnożółte promienie słońca, sprawiając, że wirujące w powietrzu drobinki kurzu lśniły i mieniły się srebrem.
Prze okno widać było małą, francuską uliczkę, wyłożoną szarymi kamieniami. Cathy przypatrywała się przechodzącym pod oknem ludziom, mimowolnie zastanawiając się, czy któryś z nich, tak jak ona, jest czarodziejem. Prawdopodobieństwo było dość duże – czarodziei w tym miasteczku było naprawdę wielu, a ciotka Lucy znała prawie wszystkie ich rodziny (oczywiście te, które szczyciły się czystością krwi).
- Catherine!
Cathy wywróciła oczami i z niechęcią oderwała się od zabawy, jaką było obserwowanie złotych refleksów, biegających po jej skórze. Ciepło słońca przenikało nawet przez szyby, pieszcząc jej twarz, która od wielu dni nie widziała makijażu i pozostawiając świetliste odblaski na jej czarnych rzęsach.
Lato… Gdyby nie to, że całe wakacje musiała spędzać ze swoimi krewnymi na południu Francji, pozbawiona możliwości spacerowania korytarzami Hogwartu i przyjacielskich pogawędek przy kominku w pokoju wspólnym to ta cudowna pora roku byłaby jej ulubioną.
Weszła do kuchni w tym samym momencie co jej kuzynka, jasnowłosa, niziutka dziewczyna, niepokojąco podobna z twarzy do Laurence Aniston. Jednak w tym przypadku pozory myliły – Ann była chyba najbardziej nieśmiałą i nieszkodliwą osobą, jaką Cathy kiedykolwiek spotkała.
- Cześć – powiedziała do niej blondynka z nieprzytomnym spojrzeniem, jakby nadal przebywała w swoim własnym świecie. Cathy uśmiechnęła się do niej.
- Siadajcie! – powiedziała sucho ciotka Lucy znad kuchennej lady – Gdzie twój brat, moja droga?
- Nie wiem… - odrzekła Ann niepewnie, rozglądając się po staroświecko urządzonej kuchni.
- Pewnie na zewnątrz.. – Cathy z trudem odsunęła krzesło od wielkiego, ciosanego z jasnego drewna stołu. Tutaj wszystkie meble były stare i koszmarnie ciężkie.
- Jak zwykle się spóźnia na kolację, nie wiem dlaczego jest taki niepunktualny. Wywodzi się z takiej dobrej rodziny!
- Tak, rodzinę ma świetną… - powiedziała z przekąsem Cathy, wykrzywiając się do Ann za plecami ciotki - Tylko nie wiem, co to ma wspólnego z patrzeniem na zegarek.
Ann parsknęła do swojego kubka a Lucy spojrzała na nią krytycznie.
- Bardzo wiele, Catherine! Wraz z dobrą krwią powinien odziedziczyć wiele innych równie ważnych cech…
Ale Cathy jej nie słuchała, bo właśnie zauważyła wystający spod dzbanka z sokiem fragment artykułu z „Proroka Codziennego”. Do góry nogami przeczytała słowa „ … niewyjaśnionych zniknięć, strasznych okaleczeń”.
Drgnęła niespokojnie i rozglądnęła się po kuchni. Ciotka Lucy cały czas coś mówiła, machając różdżką w stronę rondli, które po kolei wskakiwały do wypełnionego pianą zlewu a Ann zapatrzyła się w okno z nieprzytomną miną i lekko rozchylonymi ustami. Wyciągnęła rękę i delikatnie wysunęła gazetę spod dzbanka.
Od razu poznała, że tego numeru jeszcze nie czytała. Zerknęła szybko na datę: 31 sierpień 1976. A więc to dzisiejsze wydanie. Cathy zaprenumerowała „Proroka” od razu po przyjeździe do Francji – chciała być na bieżąco z rozwojem wydarzeń, o których mówiła jej McGonagall i niestety, już po kilku tygodniach musiała przyznać nauczycielce rację – sprawa była bardzo poważna. Ale dzisiaj rano sowa z przesyłką nie przyleciała a kiedy Cathy pytała się wszystkich, czy może nie odebrali jej gazety odpowiadali, że z pewnością nie. Cathy lekko to zdziwiło ale nie protestowała, starając się ignorować pojawiające się w jej głowie wizje różnych strasznych wydarzeniach, które mogłyby spowodować, że przestano drukować „Proroka”…
Teraz jednak wiedziała, co stało się z jej gazetą. Nie tracąc czasu na wspominanie ciotce o znalezisku zaczęła czytać.
FAKTY UJAWIONE!!! OSTATNI DZIEŃ WAKACJI DNIEM ŻAŁOBY NARODOWEJ
Ostatnie kilka tygodni były trudnym okresem, nie tylko dla rządu, ale dla całego społeczeństwa! Kilkadziesiąt okrutnych, nieuzasadnionych niczym morderstw, oraz notoryczne pojawianie się „Mrocznego” znaku skutecznie zepsuło nastroje w naszym kraju, wprowadzając panikę, jakiej nie widziano od kilkuset lat!
Jednak te kilka tygodni to nic, w porównaniu z faktami, jakie wyszły na jaw w ciągu ostatniego z nich.
„Straszne rzeczy się dzieją, proszę państwa” powiedziała wczoraj wieczorem na Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów, zwołanej w trybie przyspieszonym pani Minister Magii „Nie możemy już dłużej ukrywać faktów, to w niczym nie pomaga, a może nawet i pogarsza całą sprawę”
Od jakiegoś czasu jesteśmy świadomi, że niedawne pogłoski o morderstwach i o tajemniczej grupie czarodziejów, to nic w porównaniu z terrorem, jaki naprawdę się zaczął.
Liczne, teraz liczone już w setkach morderstwa, najczęściej popełniane są na mugolach, czarodziejach mieszanej krwi, mugolakach (czarodziejach urodzonych w rodzinach mugoli) i charłakach. Niezliczone ilości porwań, niewyjaśnionych zniknięć, strasznych okaleczeń, utrat pamięci zalały nasz kraj, jak straszna fala powodzi, która przykryła nas wszystkich powłoką strachu, wobec której Ministerstwo wciąż jest bezradne.
„Oni nic nie robią!” powiedziała naszym reporterkom anonimowa mieszkanka Londynu „Mój syn nie wrócił kilka dni temu z pracy, nie mam od niego żadnej wiadomości! Jak to możliwe, że nikt nie jest w stanie schwytać tych ludzi???”
Wczoraj, w godzinach porannych doszło jednak do największej tragedii. Zaatakowana została grupa pięćdziesięciu czarodziejów, w tym ponad 20 dzieci poniżej 12 roku życia. Jak powiadomił nas jeden z nielicznych ocalałych, mieli oni zamiar razem wyruszyć na północ kraju, gdzie według sondaży, jest bezpieczniej.
„Zostaliśmy dosłownie zmasakrowani. Ci wszyscy ludzie, których znałem od dziecka… Nie żyją”
Według danych, jakie udało nam się zdobyć w grupie znajdowało się zaledwie pięciu czarodziejów czystej krwi. Pozostali byli czarodziejami krwi mieszanej lub mugolakami…
Nikt nie znajduje pocieszenia w tych strasznych dniach. Każdy z nas drży o życie bliskich, boi się wyjść za róg domu, wiedząc, że tam może czekać go śmierć. Ministerstwo stara się robić co w jego mocy i mimo, że wyniki tych działań na razie są znikome, zaczęły się pojawiać jakieś postępy.
Wczoraj rano, zaraz po masowym ataku na grupę czarodziejów, Albus Dumbledore, szanowany i potężny czarodziej, znany zapewne każdemu z naszych czytelników ogłosił, że zna imię przywódcy owego „gangu” oraz nazwiska kilku jego członków.
„ Owym, niestety, muszę to powiedzieć, bardzo potężnym czarodziejem, jest niejaki Tom Riddle. Niegdysiejszy uczeń Hogwartu, bardzo zdolny i pracowity, dziś zmienił się w żądnego władzy tyrana i okrutnika, który pragnie oczyścić świat z mugolaków i charłaków oraz przejąć władzę nad czarodziejami czystej krwi…” powiedział Dumbledore i choć trudno nam uwierzyć w te słowa, to warto pamiętać, że instynkt Dumbledore’a jeszcze nigdy nas nie zawiódł. Kilka chwil po rozmowie dodał on jeszcze, że Riddle przyjął nowe imię.
„Voldemort… Lord Voldemort. Chce, by to właśnie imię kojarzyło się z najmroczniejszymi czasami w dziejach czarodziejów.”
Znamy także nazwę, jaką ochrzcili siebie samych podwładni Toma Riddle’a. Według relacji Dumbledore każdą siebie nazywać Śmierciożercami.
Myślę, że ta straszna nazwa idealnie oddaje charakter tej grupy…
- Siema! – ryknął ktoś tuż nad uchem Cathy, sprawiając, że dziewczyna podskoczyła na swoim zdobionym krześle i o mało się z niego nie zsunęła – Jestem głodny jak wilk, co na kolację?
Jean wsunął różdżkę do tylnej kieszeni dżinsów, uśmiechnął się zaczepnie do Cathy i nawet nie trudząc się by umyć ręce lub zdjąć swoją czarną, skórzaną kurtkę, opadł na najbliższe krzesło. Był chudy, wysoki i piegowaty, blond włosy w tym samym odcieniu, co włosy jego siostry, zawiązał w kucyk z tyłu głowy. Wąskie usta wygięły się w uśmiechu, kiedy dostrzegł bulgoczący na patelni gulasz.
- Mógłbyś się tak nie wydzierać bez ostrzeżenia! – wydusiła z siebie Cathy, kładąc rękę na piersi. Serce nadal biło jej nienaturalnie szybko. Artykuł zupełnie ją pochłonął i nagłe pojawienie się Jeana nieźle ją wystraszyło.
- Gdzie byłeś? – ciotka Lucy znalazła się nagle tuż przy swoim najstarszym dziecku, wytrzeszczając na niego groźnie oczy. Jean zrobił do niej przepraszającą minę.
- Przepraszam, Gabrielle nie chciała mnie puścić… - jego zadowolony uśmiech mógł mówić wszystko, tylko nie to, że jest mu przykro – Wiesz jaka ona jest…
Przy ostatnim zdaniu puścił oko do Cathy, która spojrzała na niego chłodno. Jean zawsze traktował ją bardziej jako obiekt seksualny niż jako kuzynkę, co bardzo ja denerwowało – w rodzinach czarodziejów związki z własnymi kuzynami zdarzały się dosyć często, ale w Cathy takie sytuacje wciąż wzbudzały obrzydzenie. Rodzina to w końcu rodzina, Cathy nigdy nie zbliżyłaby się do żadnego z jej członków, choć byłby nie wiadomo jak cudowny.
- Powiedziałam ci… - wycedziła ciotka Lucy przez zaciśnięte zęby – Że jeśli jeszcze raz się spóźnisz, zamknę cię w pokoju do końca wakacji.
- A proszę bardzo, zamknij, w końcu zostało tylko kilkanaście godzin.
Ciotka Lucy łypnęła na syna złowrogo, warknęła tylko „Umyj ręce” i wróciła z powrotem do przerwanej czynności przy ladzie.
- Co z twoim wujem, Cathy? – zapytała szorstko, obserwując kontem oka jak jej syn wychodzi z kuchni z uśmiechem pełnym samozadowolenia na twarzy – Czy łaskawie się tu zjawi?
- Nie.. – powiedziała lekceważąco Cathy po czym odwróciła się na krześle w stronę ciotki, trzymając w podniesionej ręce „Proroka Codziennego” – A poza tym ja też mam do ciebie pytanie.
Kobieta spojrzała na nią, marszcząc jasne brwi.
- Czemu nie powiedziałaś mi, że odebrałaś gazetę?
- Ach, właśnie… - Cathy zdawało się, że dostrzegła delikatny rumieniec na zawsze idealnie bladej cerze ciotki – Chciałam z tobą o tym porozmawiać jak przyjedzie Goodwin. Ale jeśli go nie będzie…
Machnęła różdżką i tuzin misek i talerzy, wypełnionych ciepłą, parującą strawą popłynęło w powietrz i opadło na blat stołu. Ciotka Lucy usunęła im się z drogi a potem, obserwowana przez córkę i siostrzenicę usiadła na wolnym krześle.
- Czytałaś poprzednie numery… - zaczęła skrzekliwie, splatając palce i zaciskając je tak, że na jej szczupłych rękach pojawiły się mocno widoczne żyły – Wiesz, jak wygląda obecnie sytuacja. Dlatego zdecydowałam, że w trosce o twoje bezpieczeństwo…A takiej troski na pewno życzyłaby sobie twoja matka…
- A mój ojciec to co, już by sobie nie życzył? – zapytała napastliwie Cathy, nie odrywając spojrzenia od jasnoniebieskich oczu siedzącej przed nią kobiety. Ciotka Lucy tylko ściągnęła wargi, w bardzo podobny sposób do profesor McGonagall i ciągnęła dalej.
- … Zdecydowałam, że nierozsądnie by było wysyłać cię w sam środek tego wiru…
- To znaczy…? - włączyła się niespodziewanie Ann, przysłuchująca się rozmowie z drugiego końca stołu.
- To znaczy… - mówiła dalej ciotka, ale sekundę potem zagłuszył ją głos Cathy.
- Nie chcesz mnie puścić do Hogwartu?!? – ryknęła dziewczyna i chciała wstać, ale tylko uderzyła się kolanami o stół, bo mimo jej gwałtownego ruchu ciężkie krzesło nie przesunęło się nawet o cal – Chyba zwariowałaś!?!
- Uważaj do kogo mówisz! – Ciotka Lucy także podniosła głos.
- Wiem, do kogo mówię! – warknęła Cathy, cały czas walcząc z krzesłem – Ale ta osoba nie ma żadnego prawa zabraniać mi wracać do szkoły!
- Tak się akurat składa, że mam pełne prawa rodzicielskie, moja droga! Mam pokazać papiery?
- W nosie mam twoje papiery! – Cathy wreszcie udało się wstać. Teraz patrzyła na ciotkę Lucy z góry, całe jej ciało było niebezpiecznie napięte a dłonie zacisnęła w pięści. Czuła, jak paznokcie boleśnie wbijają jej się w skórę – Wrócę tak, choćby nie wiem co! Nic mnie nie powstrzyma.
- Nie masz prawa…
- Lucy!
Wszystkie trzy kobiety odwróciły się w stronę drzwi z których dobiegał głos. Zobaczyły stojącego w nich wuja Goodwina w swoich nierozłącznych szatach czarodzieja, które nosił nawet teraz, kiedy temperatura przekraczała 30 stopni oraz stojącego za jego plecami Jeana.
-Oh cudownie! – fuknęła ciotka Lucy, także wstając – Wreszcie łaskawie zszedłeś na dół, więc może mnie poprzesz i…
- Cathy musi wrócić do Hogwartu… - powiedział Goodwin, patrząc swojej żonie prosto w oczy. Jego stanowczy ton zupełnie nie pasował do tego drobnej postury człowieczka z siwiejącymi włosami i okularami na nosie.
- Co? – wydyszał Lucy, wytrzeszczając na niego oczy z niedowierzaniem – Czy ty nie wiesz, co TAM się dzieje? Nie czytałeś??? – pochyliła się gwałtownie w stronę Cathy i wyrwała jej „Proroka” z dłoni.
- Hej! – krzyknęła oburzona Cathy ale ciotka nawet na nią nie spojrzała.
-Tak, czytałem to wszystko a nawet więcej i uwierz mi, Hogwart to teraz najlepsze miejsce, w którym Cathy mogłaby się znaleźć.
- O czym ty bredzisz? – Lucy patrzyła się na niego, jakby postradał zmysły.
- Tam jest Dumbledore! – powiedział mężczyzna niecierpliwie i spojrzał na swoją żonę w takim sam sposób, jaki ona na niego – Powinnaś o tym pomyśleć, zanim podjęłaś tą pochopną decyzję. Gdybym mógł, wysłałbym temu facetowi także i nasze dzieci.
- A co mnie tam obchodzi jakiś Dumbledore? – zapytała opryskliwe ciotka Lucy, wymachując rękami – Myślisz, że ten cały czarnoksiężnik… Jak mu tak…
- Voldemort… - szepnęła Cathy zza jej pleców.
- No właśnie! – kontynuowała kobieta – Myślisz, że jak ona będzie chciał zaatakować szkołę, to jakiś tam słynny czarodziej go powstrzyma?
- Tak właśnie myślę!!! – tubalny ton Goodwina potoczył się po kuchni z taką siłą, o jaką Cathy nigdy by go nie podejrzewała – Jesteś ignorantką, Lucillo! Nie wiesz nic o tym czarodzieju i gwarantuje ci, że gdybyś czasami uważniej śledziła to, co dzieje się w twoim rodzinnym kraju, może bardziej doceniałabyś takich ludzi jak Dumbledore.
Ciotka wyglądała tak, jakby ktoś dał jej w twarz. Przez chwilę patrzyła się w swojego męża niedowierzającym wzrokiem a potem rzuciła się ku wyjściu z kuchni tak nagle, że wszyscy podskoczyli.
- Eee… - z twarzy Jeana zniknęło już zadowolenie. Teraz wyglądał raczej na przestraszonego.
- Siadaj, jedz… - powiedział cicho wuj Goodwin, pocierając czoło dłonią. Wyglądał na zmęczonego i niewyspanego. Cathy dopiero teraz zauważyła, że na jego twarzy pojawiło się kilka nowych zmarszczek a pod oczami widniały dwa wielkie wory, jakby mężczyzna nie spał od kilku dni – Ty też, Cathy najedz się a potem sprawdź czy wszystko zapakowałaś…
- Nie jestem głodna – powiedziała szybko Cathy, przełykając ślinę – Pójdę na górę, faktycznie sprawdzę czy mam wszystko…
- Dobrze – mężczyzna pokiwał głową po czym usiadł przy stole między swoją córką, która cały czas miała zszokowaną minę i synem, który niepewnie sięgał po półmisek z gulaszem – Zostawimy ci coś, jak będziesz chciała zjeść to zejdź na dół… Ja też tu będę, chyba przyda mi się mała przerwa…
Cathy kiwnęła głową, wzięła do ręki egzemplarz „Proroka”, który ciotka Lucy rzuciła na stół zanim wybiegła i sztywnym krokiem ruszyła w stronę drzwi.
Nikt nic nie powiedział ani jej nie zawołał. Zatrzymała się dopiero przy oknie, prowadzącym na ulicę, przy którym wcześniej stała. Pochylenie światła zdążyło się już zmienić, poza tym stało się bardziej pomarańczowe niż żółte. Cathy podeszła do okna i oparła głowę o chłodną szybę. Wpatrywała się w zachodzące słońce, starając się odegnać od siebie myśl, że kiedy wróci do pokoju zastanie tam swoją sowę. A wraz z nią list od jednego z jej przyjaciół, w którym napisane będzie, że rodzice za bardzo się boją, by puścić go z powrotem do Hogwartu i że najprawdopodobniej już nigdy więcej się nie zobaczą.