- Jesteś tego pewna? – Cathy nie miała zachwyconej miny, kiedy ona i Lily zbiegały po schodach do pokoju wspólnego, bezceremonialne przepychając się przez tłum rozgadanych drugoklasistek.
- Lepiej zrobić cokolwiek, niż siedzieć na łóżku.
Cathy musiała coś zrobić. Nie wytrzymałaby, gdyby musiała zostać tam na górze i zastanawiać się, co właściwie się stało. Nadal nie rozumiała, dlaczego ich wspaniała przyjaźń rozpadła się w zaledwie kilkanaście minut. Przecież zdawało im się, że razem przetrwają nawet największą burzę, a wystarczyło kilka ostrzejszych słów i misternie plecione uczucie rozsypało się w pył, rozpadło się jak domek z kart.
W kilka minut przebrały się, ochlapały twarze wodą, żeby zgonić resztki snu i pognały do pokoju wspólnego. Cathy najchętniej zostałaby na górze, ale Lily jej na to nie pozwoliła.
- Bezczynne siedzenie jest najgorsze. Jeśli nic nie robisz to wiesz z góry, że nic się nie zmieni.
Wpadły do dormitorium dokładnie w tej samej chwili, w której grupka piątoklasistów weszła do środka przez dziurę pod portretem, zasłaniając im widok. Cathy, stojąc na palcach, starała się dostrzec nad ich głowami charakterystyczną burzę czarnych loków, należącą do Suze lub miodowe kosmyki i brązowe piegi Mag.
Ale tak, jak się spodziewała, żadna z nich nie została w pokoju. Już chciała ruszyć w stronę dziury pod portretem, kiedy zobaczyła w drugim końcu pokoju znajomą, rozczochraną, czarną czuprynę. Bardzo rozczochraną, czarna czuprynę.
- Tam jest James! – spojrzała na Lily rozgorączkowanym wzrokiem – Może je widział…
- Tam jest też Syriusz! – dodała Lily, patrząc na nią znacząco.
Cathy odwróciła się błyskawicznie i jeszcze raz spojrzała na stolik. Rzeczywiście, obok Jamesa siedział Syriusz. Automatycznie przyjrzała mu się, chcąc sprawdzić, czy szkody, jakie wyrządziła dzisiaj w nocy, nadal są widoczne. Ku jej zdziwieniu, chłopak trzymał przy twarzy zwinięty ręcznik, który zakrywał mu usta i nos. Widziała tylko jego wielkie, czarne oczy, spoglądające na nią spod równie ciemnych brwi. Zauważył ją. Musiała coś powiedzieć, bo James także odwrócił się w jej stronę.
- Choć, idziemy! – Cathy rzuciła w stronę Lily i już chciała do nich podbiec, kiedy rudowłosa złapała ją za ramię.
- Jesteś pewna? – zapytała, świdrując ją wzrokiem. Cathy zagryzła wargi. Wzięła głęboki oddech i wypuściła powietrze przez nos, próbując się opanować.
- Tak… - powiedziała, starając się by w jej głosie nie było wahania – Jestem pewna.
Lily puściła jej ramię i podeszła razem z nią do stolika.
- Cześć – powiedziała Lily niepewnie, a Cathy zauważyła, że spojrzała na Jamesa trochę tak, jakby się go bała. Mimowolnie przypomniały jej się słowa Suze na temat prawdziwych uczuć Lily do Jamesa.
- Cześć.. – James spojrzał na rudowłosą jak na kosmitkę – Skąd ta zmiana?
Cathy dopiero teraz przypomniała sobie, że przecież od trzech miesięcy żadne z nich się do siebie nie odzywało.
- Teraz to nieważne! Maggie i Suze były tu przed chwilą – wypaliła Cathy, nie chcąc czekać już dłużej. Im szybciej znajda przyjaciółki, tym większa szansa, że coś jeszcze naprawią. O ile w ogóle coś da się jeszcze naprawić – Nie widzieliście ich przypadkiem?
- Tak, widzieliśmy… - James przyglądnął się Cathy uważnie, jakby chciał odczytać ukryte znaczenie jej słów – Wyleciały stąd obydwie, jakby je ktoś wystrzelił z procy…
- Chyba nie są w nastroju do rozmowy… – mruknął Syriusz spod ręcznika – Nie wiem czy wiecie, ale Maggie płakała. Spojrzała na mnie, kiedy przebiegała.
- Tak, wiemy, że płakała… - Cathy oblizała nerwowo wargi – I właśnie dlatego chcemy ją jak najszybciej znaleźć. Yyy… Syriusz?
Chłopak uniósł zaskoczone spojrzenie.
- Jeszcze nie naprawiłeś tego… nosa?
Syriusz opuścił ręcznik, co spowodowało natychmiastową reakcję. Lily wrzasnęła a Cathy wymknęło się zduszone „O k***a”
W świetle dnia twarz Syriusza wyglądała jeszcze gorzej, niż w nocy. Wtedy Cathy źle oceniła szkody, jakie wyrządziła. Nos Syriusza był napuchnięty i dosłownie siny, wargi miał poharatane i suche jak pieprz. Dodatkowo, po kilku sekundach na i tak brudną od zaschniętej krwi twarz chłopaka popłynęła nowa strużka, całkiem świeża, jakby nos nie chciał przestać krwawić. Cathy nie mogła w to uwierzyć. Przecież Syriusz dawno już powinien naprawić to złamanie, takie zaklęcie nie należało do najtrudniejszych.
Widząc ich przerażone miny Syriusz natychmiast zasłonił nos ręcznikiem i spojrzał na Cathy żałośnie.
- Dlaczego tego nie wyleczyłeś? – zapytała dziewczyna zduszonym głosem.
Syriusz nie odpowiedział, zamiast niego odezwał się James.
- Cóż… - spojrzał na Cathy niepewnie, jakby bał się że i jemu za chwilę przyłoży – Jesteś pewna, że nie użyłaś przy okazji jakiegoś… zaklęcia? Bo widzisz, ta rana od kilku godzin nie chce przestać krwawić, a zwykłe zaklęcia nie działają.
- Co? – Cathy wytrzeszczyła na Jamesa oczy – No coś ty, aż taką świnią nie jestem…Czemu nie poszedłeś do skrzydła szpitalnego?
Syriusz rzucił jej dziwne spojrzenie, jakby chciał jej powiedzieć, że zwariowała.
- Tylko mi nie mów, że przez swoją dumę jeszcze tam nie poszedłeś? – prychnęła dziewczyna, czując że ogarnia ją złość na Syriusza. Ta złość jednak powodowana była troską o niego.
- I co niby mam powiedzieć pani Witty? – zaburczał chłopak, patrząc na nią spode brwi – Przecież wiesz, że ona zawsze pyta, co się stało? I ciekaw jestem, co sobie pomyśli, jak mnie zobaczy w swoim gabinecie następnego dnia po tym, jak już raz zreperowała mi ten cholerny nos.
- I co? – Lily zaśmiała się histerycznie – Masz zamiar tak chodzić z tym nosem do końca życia, bo duma nie pozwala ci pójść do skrzydła szpitalnego.
Cathy spojrzała na Lily i nagle coś jej się przypomniało.
- Już wiem, dlaczego nie działały zaklęcia! – Cathy wyciągnęła prawą dłoń i podsunęła ją Jamesowi pod twarz – Czy to mogło mieć na to jakiś wpływ?
James uniósł brwi, wpatrując się z zaskoczeniem w pierścień z fioletowym okiem.
- Jest magiczny? – zapytał, unosząc wzrok.
- Nie wiem… - dziewczyna spojrzała pytająco na Lily.
- Sprzedawczyni powiedziała, że przynosi szczęście i chroni… Tyle wiem.
- No to faktycznie się zgadza. – parsknął Syriusz – Ochronił ją. Niedługo nawet nie będę mógł na nią patrzeć, bo powieki zaczynają mi puchnąć. To się chyba rozchodzi po całej twarzy…
- Dość tego – warknęła Cathy – Idziemy do skrzydła szpitalnego!
- Pogięło się – zasyczał Syriusz i cofnął się, kiedy wyciągnęła rękę w jego kierunku.
- Nie pogięło! – rzuciła mu mordercze spojrzenie – Przestań się zgrywać i wstawaj!
- Syriusz, ona ma racje, idźcie! – powiedział James, patrząc to na Cathy, to na niego – Musisz coś z tym zrobić.
- Lily, możesz poszukać dziewczyn beze mnie? – Cathy spojrzała na rudą błagalnie.
- Jasne – pokiwała ochoczo głową – Zajmij się nim. Porozmawiam z Suze i Mag sama, może to nawet lepiej.
- Okej… - Cathy pokiwała głową. Lily uśmiechnęła się ostatni raz, spojrzała na chłopców znacząco i wybiegła z pokoju.
- Syriusz, proszę cię… - Cathy spojrzała z powrotem na chłopaka – Daj spokój i chodź.
Starała się mówić łagodnie i zachęcająco, co nie było w jej zwyczaju, przynajmniej jeśli chodziło o zwracanie się do Syriusza. I chyba jej się udało, bo chłopak spojrzał na nią z niedowierzaniem, a po chwili…
- Okej… - burknął i podniósł się ciężko z krzesła – Chodź ze mną.
- Dobra! – James podskoczył jak pasikonik i ruszył za przyjacielem.
- Nie! – Syriusz zablokował mu drogę – Mówiłem do niej – wskazał głową na Cathy – Ty zostań… Proszę.
James nie miał zadowolonej miny ale widocznie dostrzegł coś w oczach przyjaciela, co kazało mu odpuścić. Cathy mogła sobie tylko wyobrażać, jaki to tajemny szyfr istnieje między nimi.
Syriusz ruszył w stronę dziury za portretem Grubej Damy a ona podążyła za nim, trzymając bezpieczną odległość jednego metra. Wbrew podejrzeniom Suze wcale nie miała ochoty na niego nakrzyczeć, może dlatego, że czuła się winna, widząc Syriusza w takim stanie.
Światło dnia zdecydowanie zmieniło jej sposób patrzenia na tą sprawę. Mimowolnie zaczynała myśleć, że może rzeczywiście przegięła - pozwoliła Syriuszowi się pocałować, potem łapczywie te pocałunki oddawała, wiec chłopak nie miał podstaw, by pomyśleć, że nie może pozwolić sobie na nic więcej. Cathy nie lubiła przyznawać się do błędów ale teraz, idąc z Syriuszem ramię w ramię jakoś nie mogła się na niego wściekać.
Czuła jego wzrok na swojej twarzy. Odwróciła głowę i odwzajemniła spojrzenie.
- Co? – zapytała zaczepnym tonem i… uśmiechnęła się.
Ręka Syriusza opadła, odsłaniając jego zmasakrowane oblicze. Cathy syknęła.
- Zasłoń to, proszę!
Chłopak posłusznie przycisnął ręcznik do zakrwawionego nosa, ale zanim to zrobił Cathy dostrzegła delikatny uśmiech na jego popękanych wargach.
- Miałeś rację – odgarnęła kotarę, zasłaniającą jedno z tajemnych przejść na skróty, nie spuszczając wzroku z jego twarzy – Zaklęcie z tego pierścienia roznosi się po całej twarzy. Prawe oko już ci całkiem spuchło.
Usłyszała stłumione przez ręcznik parsknięcie a czarne oczy Syriusza zaśmiały się do niej. Efektu nie zepsuła nawet wielka, nabrzmiała śliwa i spuchnięta powieka jednego z nich.
- Lily ma talent do dobierania prezentów – powiedział rozbawionym głosem – Jakby wiedziała, że kiedyś będziesz potrzebowała komuś dobrze przyłożyć. Zastanawiam się, czy naprawdę masz taki dobry prawy sierpowy, czy ta siła to także zasługa pierścienia…
Cathy zaśmiała się. Właśnie zatrzymali się przed drzwiami do Skrzydła Szpitalnego. Syriusz chrząknął a Cathy, rzuciwszy mu krótkie spojrzenie, zastukała do drzwi.
Otwarły się przed nimi same. Weszli do środka. Pani Witty pojawiła się nie wiadomo skąd, ze swoim zwykłym, pokrzepiającym uśmiechem.
- Jakiś problem, złotka?
- I to poważny… - Cathy uniosła brwi, próbując nadać sytuacji dramatyzmu. Syriusz parsknął śmiechem, który zwrócił uwagę pani Witty na niego.
- Czyżby to pan Black? – powiedziała zdumionym głosem – Kilkanaście godzin temu uleczyłam ci ten twój biedny nos a ty już wracasz z następnej bójki?
- Obawiam się, że tym razem to coś poważniejszego – Cathy zawahała się, zastanawiając się jak ująć całą tą sytuację, by nie ośmieszyć ani Syriusza ani jej.
- Opuść ten ręcznik, dziecko… - powiedziała starsza kobieta, przechodząc na fachowy ton. Syriusz posłusznie odsłonił twarz. Pani Witty otworzyła szeroko oczy, nie mogąc ukryć zaskoczenia.
- Kto cię tak urządził, jeśli można wiedzieć? – zapytała, podchodząc bliżej chłopaka i przyglądając się cieknącej z jego nosa krwi. Syriusz z wahaniem otworzył usta, ale Cathy była szybsza.
- Ja… - powiedziała niepewnie, pocierając dłońmi o siebie – Wczoraj wieczorem zrobiła się taka nieprzyjemna sytuacja… Widzi pani, pokłóciłam się z nim i nie zdążyłam się opanować… I mu przywaliłam…
- Uderzyłaś go?
- No… Tak… - Cathy uśmiechnęła się do niej przepraszająco.
- Niech pan siada, panie Black – kobieta popchnęła Syriusza na najbliższe łóżko, sama szybkim krokiem skierowała się w stronę swojego gabinetu, z którego wynurzyła się po kilki sekundach z różdżką i małą torebeczką. Pochyliła się nad chłopakiem i spod przymrużonych powiek spojrzała na jego twarz.
- Pewnie już się zorientowaliście, że te rany mają podłoże magiczne…
- Tak, właśnie… - zaczęła Cathy, ale pani Witty nie pozwoliła sobie przerwać
- Żeby to naprawić, będę musiała wiedzieć, jakiego zaklęcia użyłaś oraz odnaleźć przeciwzaklęcie a to może trochę potrwać.
- Właśnie po to tu przyszłam – Cathy zsunęła pierścień z palca i podała go pani Witty – Kiedy go uderzyłam, miałam to na ręce. Z tego co wiem, ma jakieś właściwości magiczne… Sama nie użyłam żadnego zaklęcia, nawet podświadomie, jestem tego pewna…
- Hmm… - kobieta obróciła pierścień w pulchnych palcach – To by wiele wyjaśniało… Pójdę na chwilę do swojego gabinetu i znajdę odpowiednią… Zdaje mi się, że już kiedyś widziałam taki pierścionek… A ty na razie przyłóż to do twarzy – podała Syriuszowi mały, zielony woreczek . Wycofała się drobnymi kroczkami w stronę gabinetu i cały czas mrucząc coś pod nosem, z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi.
Cathy usiada na łóżku naprzeciw Syriusza. Chłopak nie patrzył na nią, z podejrzliwością lustrował zielony woreczek. Nie dopatrzył się jednak w nim niczego dziwnego, bo po chwili przyłożył go do spuchniętej twarzy i westchnął z ulgą. Teraz jego spojrzenie powędrowało wreszcie w stronę Cathy, na co dziewczyna tylko czekała.
- Przepraszam… - wydusiła z siebie. Te słowa przyszły jej naprawdę z wielkim trudem. Zawsze przeprosiny były dla niej bolesnym doświadczeniem, może ze względu na jej dumę a może dlatego, że zazwyczaj to ją przepraszano, nie chcąc się jej narazić. Przyzwyczajenia robią swoje.
– Przepraszam, że ci przywaliłam i w ogóle, że byłam taka… dziwna. Powinnam od razu dać ci do zrozumienia, że wcale tego nie chcę.. – spuściła wzrok, nie chcąc widzieć jego miny.
- Odniosłem inne wrażenie… - powiedział Syriusz. Jego czarne, badawcze spojrzenie świdrowało ją, jakby chciało przejrzeć jej duszę na wylot.
- Wiem, że odniosłeś… Za to też cię przepraszam… - nie wiedziała co zrobić z rękami. Zanosiło się na poważną rozmowę, poważną rozmowę z chłopakiem, a takiej Cathy jeszcze nie prowadziła.
- Wiesz, zawsze myślałem, że te całe gadki o odrzuconej miłości, to bujda… - Syriusz w przeciwieństwie do niej zdawał się całkowicie panować nad sytuacją. Mówił cichym, spokojnym głosem – Wiesz, chodzi mi o to, że kiedy ktoś cię nie chce, na przekór sobie pragniesz go jeszcze bardziej… Mnie to nigdy nie spotkało. Zdawało mi się, że takie sytuacje po prostu nie istnieją…
- Nie dziwie ci się… - Cathy zaśmiała się cicho – Takiej, która by cię nie chciała trzeba by ze świecą szukać…
Syriusz skrzywił się, nadając swojej poranionej twarzy jeszcze bardziej upiorny wygląd.
- Zostawmy to, okej?
- Okej… - mruknęła szybko Cathy, słysząc w jego głosie błagalną nutę.
- Wracając do tego, co mówiłem… - chłopak spojrzał na nią niepewnie i wziął głęboki oddech – Jak się można było tego spodziewać, spotkało mnie dokładnie to, w co tak głupio nie wierzyłem.
Cathy nic nie powiedziała, zastanawiając się do czego Syriusz pije...
- Kiedy doszło do tej nieprzyjemnej sytuacji między Jamesem i Lily i okazało się, że trzymasz jej stronę byłem wściekły. Po raz pierwszy coś mi się nie udało…
Wlepił w nią wzrok, czekając na jakiś komentarz. Cathy czuła dziwny ucisk w gardle. Uniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. Patrzyli tak na siebie w milczeniu. Syriusz czekał cierpliwie, aż Cathy coś powie ale ona nie potrafiła wydusić z siebie nawet słowa.
- Nie kochasz mnie, hmm? – Syriusz był tak samo dumną osobą, co Cathy i dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę, ile wysiłku musiały go kosztować te słowa. Tak, jak jej „przepraszam”… Może dlatego podjęła desperacką decyzję, by nie kłamać. Jak ma być szczerze, to szczerze!
- Na początku… - przełknęła ślinę – Zdawało mi się, że coś do ciebie czuję… Ale właściwie to nigdy nie byłam pewna, co…
Syriusz nic nie powiedział, nie komentował, nie przerywał. W jego oczach widziała oczekiwanie, jakby od dawna czekał na tę właśnie chwilę, w której wszystko miało się wreszcie wyjaśnić.
Wzięła jeszcze jeden głębszy wdech.
- Nawet… Nawet teraz coś czuję… Jednak, biorąc wszystko pod uwagę… Raczej wątpię, żeby to była miłość…
Zapadła niezręczna cisza.
- Tak myślałem… - spojrzał na nią i ku jej zdziwieniu uśmiechnął się. W ty uśmiechu czaił się smutek, rezygnacja ale także pewnego rodzaju ulga, jakby Syriusz cieszył się, że wreszcie poznał prawdę.
- Trudno się zakochuję… - Cathy potarła prawą dłonią o ramię, czując przenikające ją dreszcze chłodu – Zawsze taka byłam… Właściwie to nie pamiętam, czy kiedykolwiek tak naprawdę się zakochałam…
- Wiesz, może właśnie dlatego tak mnie fascynowałaś– spojrzał na nią lśniącymi oczami – Bo byłaś inna… Nie zwracałaś na mnie uwagi!
- Naprawdę…? - Cathy była lekko zaskoczona – Zdawało mi się, że od razu było widać, że coś do ciebie mam…Jak każda laska w tej szkole.
- No co ty! – chłopak zaśmiał się i o mało nie upuścił zielonego woreczka na ziemię – Cały czas się głowiłem, jak cię w sobie rozkochać, chodziłem z głową w chmurach i zupełnie nie przejmowałem się tym, że James i reszta się ze mnie nabijali. Interesowałaś mnie tylko ty…
Cathy czuła się strasznie niezręcznie. Jeszcze nigdy nikt tak wprost nie wyznał jej miłości.
- Ale dzisiaj… - pokręcił głową ze smutkiem – Po tej naszej małej, nocnej przygodzie, doszedłem do wniosku, że nie jesteś dziewczyną dla mnie.
- Hę…? – Cathy spojrzała na niego nieprzytomnie.
- Twój przyszły facet będzie musiał mieć niezły refleks, nie powiem… - uśmiechnął się do niej wielkim, szczerym uśmiechem, który mógłby roztopić nawet najbardziej lodowate serce – Nie taki, jak ja… Będzie się musiał szybko orientować…
Uśmiech znikł mu z twarzy, opuścił głowę…
- Ja też cię przepraszam… - dodał cicho po chwili – Na przyszłość nie będę wykręcał takich numerów, dziewczyny zasługują na większy szacunek.
Sama nie wiedząc kiedy Cathy wstała i usiadła obok Syriusza na poduszce. Po czym ku zaskoczeniu obojga zarzuciła mu ręce na szyję.
Syriusz zdążył złapać równowagę, bo inaczej obydwoje wylądowaliby na ziemi. Zielony woreczek pacnął o kafelki. Syriusz mruknął coś pod nosem po czym objął ją ostrożnie i przytulił.
- Przyjaciele? – zapytała ostrożnie Cathy. Głos jej lekko drżał.
Miała wrażenie, że nad jej ramieniem Syriusz uśmiechnął się znacząco.
- Przyjaciele... – powiedział cicho. Ale to wystarczyło. To jedno słowo było dla Cathy jak podpisanie umowy, która miała obowiązywać ich jeszcze przez długie lata.
- No i miałam rację! – panny Witty wyskoczyła ze swojego gabinetu z prędkością światła. Cathy i Syriusz odskoczyli od siebie jak oparzeni, ale kobieta na pewno zobaczyła ich wcześniejszą pozycję. Cathy dostrzegła jeszcze rozbawiony uśmieszek na ustach pielęgniarki, ale po sekundzie zmienił się on w charakterystyczną minę fachowca.
- Już kiedyś widziałam taką rzecz…Ten cały pierścień jest rzeczywiście niezwykły – podała go Cathy, drugą ręką układając na stoliku kilka słoiczków z maściami – Nie ma jakiejś szczególnej mocy, przy starciu z potężniejszą magią nie ma żadnych szans, ale skutki jego użycia mogą rzeczywiście uprzykrzyć trochę życie – pani Witty uśmiechnęła się do Syriusza – Gdybyś poczekał jeszcze z godzinę, musiałbyś iść tu po omacku, bo powieki tak by ci spuchły, że o ich otworzeniu nie byłoby mowy!
Chłopak rzucił Cathy znaczące spojrzenie. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać i zaśmiała się donoście, dając wreszcie upust uldze, jaka ją ogarnęła. Wreszcie sobie wszystko wyjaśnili i Cathy czuła, jakby z jej pleców zdjęto wielki ciężar.
- Nałożę trochę tej maści i po pół godzinie po ranach nie będzie śladu – pani Witty podała Syriuszowi jeden ze słoiczków po czym zabrała się za oczyszczanie jego twarzy z zaschniętej krwi, używając do tego końca różdżki.
- Świetnie – Cathy odetchnęła z ulgą, nakładając pierścień z powrotem na palec. Mimo tej całej historii wcale nie miała zamiaru rezygnować z noszenia go. Mógł się jeszcze kiedyś przydać.
Pierścień o czymś jej przypomniał.
- Syriusz! – uniosła gwałtownie głowę, szukając jego spojrzenia – Nie mogę tu zostać, muszę znaleźć Lily, Mag i … Suze – ostatnie imię z trudem przeszło jej przez gardło.
Chłopak skinął głową.
- Do zobaczenia w pokoju wspólnym!– zawołał jeszcze za nią, kiedy biegiem ruszyła ku wyjściu.
- Do zobaczenia – rzuciła jeszcze w ich stronę – Do widzenia, proszę pani!
- Do widzenia, słonko… Zawsze tu jestem, pamiętajcie!
Cathy wybiegła na klatkę i zaczęła zbiegać po schodach, czując jak ciężar, który przed chwilą zniknął zaczął wracać na swoje stałe, przynajmniej od kilkunastu godzin, miejsce, gdzieś w okolicy serca. Problem Syriusza rozwiązany, ale na co jej Syriusz, kiedy nie miała swoich przyjaciółek?
Co za cholerny dzień! Nikt jej nie mówił, że koniec piątego roku może być aż tak stresujący…
******
Lily szybkim krokiem przemierzała puste korytarze na drugim piętrze. Zamek był zupełnie opustoszały – wszyscy uczniowie albo byli na lekcjach, lub, jak to było w przypadku piątoklasistów i siódmoklasistów, opuścili zamek i korzystali z wolnego czasu wylegując się na błoniach, pływając w jeziorze lub urządzając nieformalne treningi Quidditcha.
Kroki Lily odbijały się głośnym echem o wysokie ściany zamku. Dziewczyna wyraźnie słyszała bicie swojego serca i każdy oddech, dosłownie czuła się, jakby ktoś „pogłośnił” cały świat, sprawił, że jej zmysły wyostrzyły się, odbierając wszystko wyraźniej i jaskrawiej. Słyszała głośny szum krwi, która buzowała jej w skroni, każdy krok zdawał się wiecznością.
Lily Evans płakała…
Płakała, odkąd wybiegła z pokoju wspólnego, wreszcie uwolniona od towarzystwa. Wreszcie mogła dać upust swoim emocjom, które gromadziły się w niej odkąd Suze, ta głupia, wredna Suze wykrzyczała na głos całą prawdę o niej i o Jamesie…
Tak, prawdę…
Lily długo opierała się temu uczuciu, długo, bardzo długo wmawiała sobie, że to co działo się z jej sercem za każdym razem, gdy widziała te orzechowe oczy i czarne jak skrzydła kruka włosy, to po prostu zwykły przypadek. Jej podświadomość już dawno powiedziała jej, co tak naprawdę się z nią działo…
Ale jak można kochać człowieka, który tak ją zranił.
Lily wydawało się, że minęły wieki, odkąd James wywinął jej ten numer, a minęły zaledwie trzy miesiące. Ale mimo tego wszystkiego, mimo że starała się obudzić w sercu nienawiść do Jamesa, nie potrafiła się wyzbyć tego dziwnego uczucia, które od końca czwartej klasy towarzyszyło jej nieustannie, gdziekolwiek była, czy pod prysznicem, czy u siebie w domu, na wakacjach, czy w dormitorium, na lekcji czy na obiedzie. Nie było dla niej różnicy – bo gdziekolwiek była ona był też i James. Oczywiście, jeśli brać pod uwagę jej ciągłe, obsesyjne myślenie o nim.
No i jak to będzie wyglądać? Jak będę wyglądać w oczach tych wszystkich ludzi, którzy przez pięć lat oglądali, jak odrzucam jego zaloty? Jak mogę mu powiedzieć, że go kocham, skoro wszyscy, nawet moje najlepsze przyjaciółki myślą, że go nienawidzę?
Ups…
Lily stanęła jak wryta, czując jak zalewa ją zimna fala. Jedna z nich się domyśliła. Nie Maggie, która była po prostu złą obserwatorką i nie potrafiła odczytać cudzych uczuć, nawet gdy ci dawali jej wyraźne znaki. Nie Cathy, która w swoim wiecznym roztrzepaniu i ciągłych wahaniach nastroju, nie potrafiła się skupić na niczym innym, niż bieżąca chwila, no chyba, że chodziło o nią samą.
Ale Suze była inna… Tak, Suzannah, chuda, brzydka, niepozorna, czasami niemiła i nieuprzejma, cyniczna i mało skora do żartów, które ją i pozostałe dwie dziewczyny wprawiały zawsze w dobry humor. Dziewczyna pełna kompleksów, nienawidząca siebie, nie potrafiąca zaakceptować własnych cech i wykorzystać ich na swoją korzyść. Ale także najlepsza obserwatorka, która, kiedy trzeba było, potrafiła siedzieć cicho, łowić słowa i wyrazy twarzy a potem je interpretować, wynajdując najwstydliwsze szczegóły z życia danej osoby. Jedynym człowiekiem, którego interpretacja stanowiła dla Suze problem była Cathy, ale to może dlatego, że dziewczyna zawsze mówiła im o swoim uczuciach i nie było już czego interpretować.
A ona, Lilianne Evans? Nieśmiała, delikatna, wrażliwa i skryta…
Lily oparła się o chłodną ścianę i przyłożyła do niej rozgrzane czoło, starając się uspokoić szaleńcze bicie serca. Czuła jak łzy spływają jej po policzkach i po szyi, po czym wsiąkają w kołnierz letniej bluzki. Oparła blade dłonie o marmur i westchnęła cicho…
Zawsze była najbardziej skrytą dziewczyną z całej czwórki, a przynajmniej tak jej się wydawało do dziś.
Otworzyła oczy. Przed nią była ściana. Szara, naga, zimna ściana…
Lily poczuła nagle dziwny klaustrofobiczny lęk – kamień blokował ją, zabraniał iść dalej…
Gwałtownie, z bijącym szaleńczo sercem odepchnęła się od niego, odskoczyła i zaczęła szybko się cofać, aż jej plecy uderzyły gwałtownie o przeciwległą ścianę. Zamarła, przyklejona do niej całym ciałem, czując jak chłodny kamień powoli obniża temperaturę jej rozgrzanego biegiem ciała.
No tak, biegła… Nawet tego nie zauważyła, pozwoliła się ponieść emocjom. Trudno je było powstrzymać, teraz jednak zdawało jej się, że głowę ma dziwnie pustą i chłodną, logiczne myślenie znów się włączyło, na powrót mogła normalnie funkcjonować.
Trzeba pomyśleć, co teraz zrobić. Zsunęła się na podłogę i usiadła na niej. Wyciągnęła dłonie do przodu i wsparła je na kolanach, pozwalając im się wyprostować i rozluźnić. Musi myśleć, myśleć, jak człowiek myśli to przecież w końcu coś wymyśli…
Zanim jednak Lily zdążyła w ogóle zacząć skąp likowany proces myślenia, usłyszała płacz. Płacz dziewczyny…
Nawet nie zauważyła, że w swej panicznej wędrówce dotarła aż pod łazienkę dla dziewcząt. Tą na drugim piętrze. Była to łazienka nieużywana od lat, z bardzo prostego powodu – była stałą siedzibą bardzo upierdliwego i mało sympatycznego ducha, imieniem Marta.
Marta często urządzała swoje płaczliwe koncerty, szczególnie lubiła to robić w środku nocy. Jednak płacz, który słyszała teraz Lily z pewnością nie należał do repertuaru Marty a dobiegał on zza drzwi nawiedzonej łazienki. Lily wstała niepewnie, odstawiając na chwilę swój plan, polegający na logicznym myśleniu i ruszyła chwiejnym krokiem w stronę drzwi. Zastanawiało ją, kto aż tak bardzo pragnął samotności, że zagnał się aż do tej łazienki, omijanej szerokim łukiem nawet przez najbardziej zdesperowane dziewczyny.
Ruda zdawała sobie sprawę, że ta osoba nie życzy sobie towarzystwa, ale jak zawsze jej dobra duszyczka, wspomagana także przez złoto-czerwoną odznakę prefekta, chciała sprawdzić czy wszystko w porządku i czy ktoś nie potrzebuje pomocy.
Lily prześlizgnęła się przez uchylone drzwi i znalazła się w jasno oświetlonej łazience, wyłożonej białymi kafelkami. Na środku kolistego pomieszczenia stało kilkanaście zlewów, stykających się tylnymi ściankami ze sobą, tworzące duży okrąg a na prawo i lewo ciągnęły się korytarze z kabinami.
Płacz, a raczej dziwne kwilenie, dochodziło z lewej strony. Lily ruszyła w tamtą stronę, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak obecności Marty. Nigdzie jednak nie było widać nawet skrawka jej naburmuszonej twarzy. Lily bez przeszkód dotarła do piątej kabiny, zatrzymała się przed nią i głośno zaszurała nogami.
Jak się tego spodziewała, płacz ucichł natychmiast. Przez chwilę panowała zupełna cisza, zakłócana jedynie cichym kapaniem wody z któregoś z niedokręconych kranów.
- Kto tam? – rozległ się piskliwy głosik.
- Maggie? – zapytała Lily z zaskoczeniem i nie czekając na odpowiedz otworzyła drzwi kabiny.
Maggie siedziała na desce w nienaturalnej, powykrzywianej pozycji. Jej chude ręce i nogi rozrzucone były pod dziwnym kątem. Niebieska bluzka z czarnym kotem była mokra na kołnierzu i na rękawach, nie trudno było się domyśleć, że od łez. Zresztą te ciągle kapały na czerwoną twarz dziewczyny, tak opuchniętą, że jasno-brązowe piegi prawie zlały się w jedność…
Lily nie widziała jej jeszcze nigdy w tak żałosnym stanie. Poczuła jak serce się jej ściska…
- Maggie, co ty ze sobą zrobiłaś? – jęknęła po czym pochyliła się nad przyjaciółką, przytulając ją gwałtownie do siebie.
Maggie pociągnęła nosem, ale nic więcej nie dodała, pozwalając się objąć ale nie odpowiadając na ten gest w żaden sposób. Jej ręce nadal wisiały bez życia u jej boków. Lily puściła ją i popatrzyła z troską w jej szklane od płaczu oczy. Dziewczyna odwróciła szybko głowę, ale odsunęła się kawałek na bok, robiąc Lily trochę miejsca na desce.
Ruda bez wahania usiadła i objęła przyjaciółkę ramieniem.
Maggie przestała płakać, teraz ze zrezygnowaniem przypatrywała się wymiętej chusteczce, którą ściskała w prawej dłoni.
- Maggie… - Lily delikatnie wyciągnęła chusteczkę z jej ręki i otarła mokre policzki dziewczyny – Nie wolno ci się rozklejać. Przecież przysięgałyśmy sobie, że nigdy nie będziemy płakać przez facetów!
- Nie płaczę przez faceta… – burknęła Maggie, mrużąc oczy – Płaczę przez tą głupią sukę, Suze….
Lily poczuła się dziwnie, cały czas podświadomie uważając Suze za swoją przyjaciółkę. Nigdy żadna z nich nie powiedziałaby aż tak obraźliwych słów na swój temat… Ale teraz wszystko się zmieniło. Lily przestała się łudzić, że cokolwiek wróci do normy.
- Mag… - nie była w stanie dodać nic więcej. Język uwiązł jej w gardle. Nie potrafiła skomentować tej sytuacji, nie potrafiła wymyślić żadnych sensownych słów pocieszenia.
- Zaufałam jej… - powiedziała cicho Maggie. Przestała płakać, jej głos był dziwnie beznamiętny, jakby wszystkie emocje gdzieś wyparowały, pozostawiając tylko mroczną pustkę – Powiedziałam jej coś, o czym nie wiedział nikt inny. Znalazłam w niej bratnią duszę. Była przecież w podobnej sytuacji, doskonale wiedziała co to znaczy być olewaną przez faceta twojego życia.
- Ale Maggie… - głos Lily był kojący i delikatny – Przecież Syriusz cię nie olewa, jest twoim…
- Przyjacielem? – dokończyła za nią Maggie i prychnęła kpiąco – No i co mi z tego?
- Jak to co?
- Lily, nie zrozumiesz tego, nigdy nie byłaś w mojej sytuacji. Facet, który ci się podoba lata za tobą z wywieszonym jęzorem. Nigdy nie zrozumiesz, co czuję ja lub Suze… - wlepiła tępe spojrzenie w spłuczkę – Dlatego nie chciałam wam mówić, czułabym się jakoś tak.. głupio…
Lily patrzyła na jej jasne włosy, czując jak ogarnia ją jeszcze większy smutek. Czemu wszystko musiało się aż tak pokiełbasić?
- On mnie w ogóle nie zauważa jako kobiety… - jęknęła Maggie a jej głos stał się na powrót płaczliwy – Nigdy nie spojrzał na mnie z zainteresowaniem godnym fajnej dziewczyny, nigdy nie starał się ze mną flirtować, choćby nawet dla zabawy… - zaśmiała się ponuro, ale drżące ręce zdradzały jej prawdziwe uczucia – Jestem dla niego nic nie znaczącą koleżanką, jakich ma na pęczki, może w nich przebierać i odrzucać te gorsze egzemplarze… Gdyby nie wy, nie zapamiętałby nawet mojego imienia…
Lily już chciała powiedzieć, że to nieprawda, chciała zaprzeczać wszystkim przykrym stwierdzeniom, ale wtedy przyszło jej do głowy, że może należy zmienić taktykę.
- Życie nie jest pasmem niekończących się sukcesów i przyjemności… - pogłaskała Maggie po włosach, tak jak robi to matka pocieszająca dziecko, które przewróciło się i zdarło sobie skórę na kolanach – Czasami trzeba trochę pocierpieć, żeby potem docenić to, co przyjdzie i móc się tym cieszyć.
- Życie jest do dupy… - Maggie wypluła te słowa, jakby były przepełnione jadem – Po co ja się w nim zakochałam, zachowałam się jak ostatnia idiotka! Następna naiwna do kompletu!
- Nie możesz się oskarżać o coś, nad czym nie panujesz… - oburzony głos Lily zmusił blondynkę do ponownego spojrzenia na nią – Takimi uczuciami nie można sterować! I nie nazywaj siebie idiotką, jasne!
- Mówisz, jakbyś już wszystkiego doświadczyła… - odpowiedziała blondynka – Jakbyś miała już kawał życia za sobą, a nie miałaś choćby jednego chłopaka!
- Staram ci się jakoś pomóc… - Lily czuła chłodne zaskoczenie. Spodziewała się raczej słów wdzięczności a nie oskarżenia.
Maggie otworzyła usta ale zamarła nagle i zamknęła je szybko. Przez chwilę żadna z nich nic nie mówiła.
- Przepraszam… - Maggie potarła dłonią czoło – Nie dość, że idiotka to jeszcze niewdzięcznica…
Spojrzała na Lily szklanymi oczami a potem jęknęła żałośnie:
- Przytul mnie…
Lily bez chwili wahania wtuliła się w jej pachnące brzoskwiniowym szamponem włosy. Głaskała ją po plecach, jej ruchy były płynne i spokojne. Coś tam wiedziała o pocieszaniu i teraz stosowała się do tych zasad – w końcu chodziło o jedną z najważniejszych osób w jej życiu.
- Już ci lepiej? – zapytała cicho Lily.
Maggie przez chwilę nic nie mówiła. Przygryzła wargi i rozglądnęła się wokoło, po czym powoli pokiwała głową.
- Chodźmy stąd…
Lily pomogła jej wstać, pozwalając oprzeć się na swoim ramieniu. Maggie ostatni raz pociągnęła nosem, przetarła twarz rękawem i pewnym ruchem pchnęła drzwi.
Uchyliły się, skrzypiąc donośnie, odsłaniając stojącą za nimi wysoką postać, będącą nikim innym jak Catherine Austen.
***
Maggie wzięła głęboki oddech, czując jak wszystkie związane z ostatnią godziną emocje wróciły do niej w zastraszającym tępię. Kiedy zobaczyła jej wielkie, okrągłe oczy, w kolorze szmaragdów, pełne, ciemnoczerwone usta, mały, lekko zadarty nos, jasną, gładką cerę, która razem z resztą składała się na dołowienie perfekcyjną twarz imię Syriusza wprost rozdarło jej głowę od zewnątrz. Miała wrażenie, że ktoś dosłownie wykrzykuje je, stojąc gdzieś na środku jej biednego, skołatanego umysłu, dbając o to, żeby każda jego komórka mocno odczuła efekty tego słowa.
Te lśniące, opadające prawie do pasa bursztynowe loki, idealna figura, zawierająca super wąską talię i szerokie biodra oraz te szczupłe nogi do nieba, kojarzyły jej się tylko i wyłącznie z nim.
Z nim! Z nim!
Oczy czarne jak węgle, duże ręce, które kiedyś dotykały jej ramienia, kiedy wspólnie całą siódemką, zaśmiewali się z właśnie opowiedzianego żartu albo razem parodiowali jednego z nauczycieli lub jedno z szczególnie głupich zachowań Laurence Aniston…
No właśnie… W siódemkę…
Wtedy, kiedy jeszcze nie było jej…
Kiedy nie było Cathy, Maggie nie musiała ciągle oglądać tych znaczących spojrzeń, tych gwałtownych ruchów, kiedy ich ręce niechcący się zetknęły albo kiedy wpadli na siebie na korytarzu, niby przypadkiem. Dokładnie pamiętała rozpoczęcie pierwszego roku, ich pierwsze spotkanie, kiedy to Syriusz podszedł do niej i pomógł jej podnieść kufer… Jeden z najgorszych momentów w życiu Maggie.
Przez prawie rok udawało jej się przed wszystkimi ukrywać swoje prawdziwe uczucia i doszła do takiej wprawy, że mogła dziś choćby bez jednego zająknięcia komentować nocny pocałunek Syriusza i Cathy. Widziała znaczące spojrzenia Suze, ale uparcie je ignorowała…
A potem Suze wszystko zniszczyła… Jednym, głupim zdaniem…
A może to i lepiej? Maggie nie wiedziała, czy byłaby w stanie dalej ciągnąć tą szopkę. Było jej coraz trudniej.
Teraz, kiedy stała oko w oko z jej największym wrogiem, a zarazem jej najlepszą przyjaciółką jej umysł odmówił posłuszeństwa. Poczuła jak jej ciało samo podjęło decyzję i wyszarpało się gwałtownie z uścisku Lily. Nogi same poniosły ją w stronę drzwi, w stronę majaczącej tam obietnicy samotności, której w tym momencie pragnęła ponad wszystko.
- Maggie! – głos Cathy przedarł się przez jej barierę szoku i ukłuł jej serce, jakby dziewczyna wbiła w nie szpilkę. Tyle, że to uczycie było kilka razy gorsze.
Maggie nie zamierzała się zatrzymać, nie zamierzała wysłuchiwać kolejnych nic nie wartych słów pocieszenia. Miała ich już serdecznie dość. Nie przewidziała jednak, że Cathy będzie próbowała ją zatrzymać.
Poczuła gwałtowne szarpnięcie do tył, silna, wyćwiczona podczas treningów Quidditcha rękę zacisnęła się na jej przedramieniu i pociągnęła ją gwałtownie w tył. Maggie obróciła się mimo woli. Jej twarz znalazła się kilkanaście centymetrów od pięknej twarzy Cathy. Tak pięknej, że aż nienaturalnej, jakby żywcem wyciętej z jednego z czasopism, na które zawsze można było się natknąć w kuchni jej mamy.
- Zostaw mnie… - jęknęła Maggie, z trudem powstrzymując drżenie warg – Czego chcesz…?
Cathy oddychała szybko, miała otwarte usta a na jej policzkach pojawiły się czerwone wypieki. Jej oczy lśniły od nadmiaru emocji.
- Ja… - zaczęła niepewnie, ale Maggie jej przerwała.
- Słuchałaś? – zapytała rozwścieczona. Teraz zamiast płakać chciało jej się krzyczeć – Stałaś przed drzwiami? I to już przez jakiś czas, co nie?
- Mag, posłuchaj…
- Nie chcę słuchać! – wrzasnęła – Mam w nosie to, co masz mi do powiedzenia, wszystko mam w nosie! – Cathy znów otworzyła usta, ale Maggie nie pozwoliła jej nic powiedzieć – Nie rozumiesz?! Nie chcę nic wiedzieć, nie chce widzieć, czy jest ci przykro, czy nie, mam to gdzieś!
- Cholera! – Cathy także krzyknęła – Przestań na chwilę krzyczeć i posłuchaj!
Władcza nuta w głosie zielonookiej skutecznie zamknęła Maggie usta.
- Wszystko skończone! – oczy Cathy lśniły, żywo gestykulowała – To już koniec! Powiedziałam mu, że go nie kocham a on obiecał, że też skończył z tym śmiesznym uczuciem do mnie. Pogodziliśmy się, jesteśmy przyjaciółmi!
- Z kim się pogodziłaś? – zapytała tępo Maggie.
Cathy popatrzyła na nią jak na wariatkę.
- Jak to z kim? Z Syriuszem!
Maggie nic nie powiedziała, patrząc na nią nadal tym samym, pustym spojrzeniem.
-Czy to nie wspaniała wiadomość? – oczy Cathy dosłownie się śmiały – Syriusz już nic do mnie nie czuje, zacznie się rozglądać za innymi dziewczynami i zobaczy ciebie…
Maggie nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Cathy patrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Wiesz co, w jednej rzeczy to Suze miała rację… -popatrzyła na nią ze współczującym uśmiechem – Jesteś strasznie naiwna…
Nie czekając na żadną odpowiedz odwróciła się na pięcie i wyszła. Już nie spodziewała się, że ktokolwiek ją zatrzyma, zresztą nawet gdyby to i tak wyrywałaby się dopóty, dopóki wreszcie nie daliby jej spokoju. Jedyne o czym teraz myślała, to żeby jakoś przesunąć się w czasie, omijając te dwa tygodnie, które pozostały do wakacji. Spodziewała się, że będą dla niej tylko jedną, wielką męką.
0 komentarze:
Prześlij komentarz