• RSS

poniedziałek, 5 lipca 2010

Peter Pettigrew

Ociągał się jak mógł. Cały czas przystawał, okręcał się, rozglądał, jego nogi prawie bezwładnie wlekły się po chodniku. Ludzie często popychali go i potrącali. Spieszyli się do własnych spraw, a ten mały, jasnowłosy człowieczek przeszkadzał im, stojąc nieruchomo na środku przejścia dla pieszych.
- Peter, proszę cię… - Lidia spojrzała na syna błagalnie. Złapała go za rękaw niebieskiej koszuli, koszmarnie gryzącej się z pomarańczowymi spodniami – Im dłużej będziemy tam iść, tym dłużej zostaniemy…
- Nie rozumiem… - wybąkał chłopiec, kiedy skręcali w szeroką, londyńską ulicę, której nazwy Glizdogon nie mógł sobie przypomnieć – Ty też nie chcesz tam iść, po co więc w ogóle to ciągnąć?
Lidia zagryzła wargi i w roztargnieniu poprawiła spięte w kok włosy.
- Obiecaliśmy… - powiedziała chłodno– Nie możemy teraz się wycofać. To już taki nasz jakby zwyczaj. Daniel lubi się z tobą widywać…
- Oh, tak jasne! Po prostu kocha te nasze relaksacyjne popołudnia i luźne rozmowy o niczym! Wspaniały pomysł na zmarnowanie kilku godzin!
- A na co innego ci te godziny potrzebne? – ofuknęła go kobieta, majstrując jednocześnie przy klamrze wielkiej, wypchanej po brzegi torby, która wyglądała, jakby ukradziono ją z muzeum – Jest środek wakacji, jedyne co robisz to odpisujesz na listy i gapisz się w niebo. Z kim tak zaciekle korespondujesz? Bo chyba nie z dziewczyną?
Peter zaróżowił się i szybko odwrócił głowę.
- Dzięki mamo… Bardzo mnie wspierasz.
Kobieta zauważyła, że palnęła głupstwo i także się zmieszała.
- No… Nic nie wspominałeś, że masz dziewczynę…
- Bo nie mam… - burknął Peter, nie patrząc jej w oczy.
- Aha… To z kim korespondujesz? Z twoimi przyjaciółmi? Ale chyba nie cały czas? Wysyłasz tyle tych listów że aż sów brakuje.
- Nie koresponduję z nikim ważnym… - chłopiec wzruszył ramionami – Po prostu zawarłem trochę nowych znajomości.
Jego matka rozpromieniła się na tę wiadomość, nie zauważając zmierzającego w ich stronę ubranego w garnitur mężczyzny. Wpadli na siebie, każde odbiło się w inną stronę. Mężczyzna, a z pewnością był to mugol, spojrzał na Lidię z wściekłością.
- Niech pani lepiej uważa! –krzyknął. Jego brwi powędrowały do góry, kiedy zobaczył w co kobieta jest ubrana: krótkie, plażowe męskie spodenki, sweter narciarski z uciętymi rękawami, „starożytna” torba i trapery robiły duże wrażenie. Może nie koniecznie dobre, ale na pewno duże…
- Przepraszam pana…. – Lidia uśmiechnęła się do niego szeroko – nie zauważyłam pana, mugole mało rzucają się w oczy…
Zarówno mężczyzna jak i Peter spojrzeli na Lidię z zaskoczeniem. Peter do tej pory nie mógł się przyzwyczaić do swobody z jaką jego matka rozmawiała z nie-magicznymi ludźmi, mówiąc im wprost, co o nich myśli. Nigdy nie były to przykre słowa ani obelgi, ale oni jej miłe pytania w stylu: „Jak to jest być takim mugolem jak pani?” zazwyczaj brali za jakieś bardzo obraźliwe określenia. Peter zastanawiał się, czy gdyby Ministerstwo dowiedziało się, z jaką swobodą jego matka pertraktuje z tymi biednymi, ograniczonymi osobami, nadal pozwalaliby jej swobodnie spacerować ulicami Londynu. Pewnie większość z nich uznałaby ją za zagrożenie dla jednego z licznych Dekretów o Tajności.
Mężczyzna, na którego Lidia wpadła, należał do najbardziej popularnego typu ludzi, jacy zamieszkiwali południową Anglię. Na niezrozumiałe stwierdzenie zareagował wytrzeszczeniem oczu, kilkoma wyburczanymi słowami i już po chwili go nie było. Peter odprowadził go wzrokiem. Kiedy przechodził na światłach na dugą stronę ulicy, odwrócił się po raz ostatni i spojrzał na niego i jego matkę spojrzeniem pełnym niedowierzania.
- Ah, ci biedni mugole… - Lidia pokręciła głową, ze smutkiem obserwując oddalającego się człowieka. Tamten po kilku sekundach zniknął w tłumie, zmierzającym do wielkiego, nowo otwartego supermarketu.
Peter pociągnął matkę za rękaw.
- Choć, bo faktycznie się spóźnimy…
Poszli więc dalej, już nie wspominając o listach, sowach, czy o Danielu. Do jego domu dotarli kilka minut później. Przez te kilka minut, Peter zdążył jeszcze wymyślić kilka niemiłych przezwisk i chamskich odzywek, którymi, gdyby miał odwagę, rzuciłby ojcowi prosto w twarz. Ojcowi, który porzucił jego matkę, bo doszło do niego, że nie jest bogata i atrakcyjna, który porzucił swojego trzyletniego syna, na odchodnym rzucając kilka słów, jakim to jest magicznym beztalenciem.
Mimo to wszystko, Lidia nadal kochała Daniela i w każde święto, zmuszała Petera do tych bezsensownych i kompromitujących odwiedzin, które tylko jeszcze bardziej pogrążały go w rozpaczy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz