• RSS

poniedziałek, 5 lipca 2010

Johnny Corso

Czteroletnia Sophie, zaciskając swoje małe piąstki na kremowej sukience, biegła przez trawnik, piszcząc wniebogłosy. Przebierała małymi nóżkami z niewiarygodną szybkością. W ciągu kilku sekund dopadła schodów wielkiego domostwa i z impetem wpadła w ramiona stojącej na nich kobiety.
- Martha! Martha! Ma, ma, ma!!! – krzyczała i śmiała się, obejmując starszą kobietę za szyję. Ta także się śmiała, a po jej policzkach płynęły łzy szczęścia. Tuliła do siebie dziewczynkę, kiwając się na piętach, w przód i w tył, jakby chciała ją ukołysać do snu.
- Sophie, słoneczko moje! Wróciłaś…
Po chwili do nóg kobiety dopadła jeszcze trójka rozkrzyczanych dzieci w różnym wieku: dwóch chłopców i jedna dziewczynka.
Johnny Corso szedł u boku swojego ojca i z rozczuleniem obserwował młodsze rodzeństwo. Szli po wykładanej kamiennymi kostkami ścieżce, ciągnąc za sobą kufry. Przynajmniej Johnny je ciągnął, bo jego ojciec, Ben dyrygował płynącymi w powietrzu pakunkami za pomocą długiej, jarzębinowej różdżki.
- Panie Corso! – krzyknęła ciemnoskóra Martha, trzymając Sophie w jednej ręce, drugą gładząc szczuplutką Margaret po gładko przyczesanych włosach –Czemu pan nic nie napisał!? Myślała, że to tylko plotki, ale wy naprawdę wróciliście.
Johnny zerknął na ojca, który zdawał się jednak całkowicie panować nad emocjami.
- Plotki okazały się prawdziwe. Wracamy na stałe. Nie przystoi zostawiać ojczyzny, gdy nas potrzebuje.
Oczy Marthy zrobiły się okrągłe.
- Oh, więc ma pan zamiar wrócić do Ministerstwa? Chce pan pomóc w sprawie tego… Mordercy?
Johnny drgnął nieznacznie i już chciał coś powiedzieć, ale napotkał znaczące spojrzenie ojca. Szybko zamknął usta.
- Lepiej nie rozmawiać na zewnątrz, moja droga. Wejdźmy do środka…
- Oh, oczywiście, racja!
Weszli do domu, wielkiego i pustego, pachnącego drewnem i pastą do podłóg. Johnny natychmiast poczuł, że dopiero tu czuje się jak w domu. Hiszpania zdecydowanie nie przypadła mu do gustu.
W ciągu godziny zdołali się uwinąć ze wszystkimi potrzebnymi czynnościami, które umożliwiały im zamieszkanie w pustym, nie licząc Marthy domu. Nie był zaniedbany – Martha dbała o niego, jakby nadal mieszkała w nim cała rodzina Corso. Pokoje były czyste, wszystko było poukładane na swoim miejscu. Kiedy Johnny wszedł do swojego pokoju poczuł się mile zaskoczony, widząc wszystkie swoje prywatne rzeczy tam, gdzie je zostawił.
Tak, to było dokładnie rok temu, myślał podczas wypakowywania zawartości kufrach do pustych szuflad. Pamiętał doskonale uczucie wściekłości, jakie go ogarnęło, kiedy ojciec, ni z tego ni z owego oznajmił, że się wynoszą do Hiszpanii Że tam od dzisiaj będą mieszkać a Johnny będzie tam chodził do szkoły. Na początku sądził, że Ben postradał zmysły, potem, kiedy zorientował się, że jego ojciec mówi zupełnie na serio, wpadł w szał. Mimo krzyków, przepychanek, gwałtownych ruchów, wiedział od samego początku, że ta sprawa jest przegrana. Ben nie należał do ludzi, których można zastraszyć. Nigdy nie zmienił zdania, jeśli podjął już jakąś decyzję i uważał ją za słuszną. Może te cechy były przydatne w zawodzie Aurora, jakim zajmował się ojciec od ponad 20 lat, ale dla Johnny’ego, równie upartego i nieugiętego co ojciec, były tylko powodem do częstych kłótni.
Mimo wszystko, pomyślał Johnny, wyglądając przez okno, za którym zaczynało się już robić ciemno, Mimo wszystko, szanuję go… Jest niesamowitym człowiekiem, autorytetem. Bez niego nie byłbym tym, kim jestem. Ukształtował mnie. I jestem mu za to wdzięczny.
Johnny nigdy nie dowiedział się, czemu ojciec zdecydował się na przeprowadzkę. Mógł się tylko domyślać.
Jego jedyne przypuszczenia dotyczyły wspomnień o matce, które cały czas błąkały się po tych korytarzach i zaglądały do pokojów każdego z mieszkańców. Mimo trzech lat, jakie minęły od jej śmierci, ojciec nadal nie mógł się z tym pogodzić. Poza tym Johnny przypuszczał, że ojciec tych wspomnień po prostu się bał.
I uciekł, jak tchórz. Nieustraszony auror, pogromca czarnoksiężników, uciekł przed bladym widmem jego umarłej żony.
Johnny i jego rodzina, licząca sobie sześć osób spędziła w Hiszpanii rok, pozostawiając ich rodzinną posiadłość w rękach zaufanej gospodyni Marthy. Dopiero straszne pogłoski o „Angielskim” czarnoksiężniku zmusiły ojca do powrotu. Zmierzył się z duchami przeszłości i wygrał.
Johnny cieszył się z tego jak nigdy. Nie mógł uwierzyć, że wreszcie wraca do miejsca, za którym nieustannie tęsknił przez prawie dwanaście miesięcy. Nie mógł patrzeć na wyłożone brązową cegłą korytarze zamku Dostriates, w którym przez rok musiał się uczyć, bo każde to spojrzenie przywoływało wspomnienie korytarzy z Hogwartu, wypełnionych rozgadanym tłumem ubranych w czarne szaty uczniów.
Johnny tęsknił nie tylko za zamkiem, za jego piękną architekturą, za boiskiem Qudditcha i Wielką Salą no i oczywiście za pokojem wspólnym Krukonów. Najbardziej tęsknił za swoimi przyjaciółmi: Za Lukasem, za Sereną, za piękną i kochaną Sereną, która złamała mu serce, ale najbardziej tęsknił za Hestią, której twarz śniła mu się każdej nocy, odkąd opuścił Anglię. W głowie cały czas dźwięczały mu słowa, jakie wypowiedziała, kiedy pojawił się w kominku, na kilka dni przed wyjazdem. Wciąż widział jej zawiedzioną i niedowierzającą minę i ciemne oczy, pełne bólu. Kiedy usłyszała, że jej najlepszy przyjaciel ją zostawia zupełnie się załamała.
Nie mógł mieć do niej pretensji – jego ta sytuacja także całkowicie zdołowała. Zostawiał za sobą wszystko, co znał, wszystko co kochał i co przynosiło mu radość. Musiał się przenieść w obce miejsce, gdzie większość ludzi nie rozumiało, co do nich mówił i patrzyło na niego jak na kosmitę.
Strasznie go to denerwowało. Mimo, że z natury był opanowany w Hiszpanii często zdarzało mu się tracić nad sobą kontrolę.
Dopiero kiedy z dołu doszedł go głośny śmiech Sophie i Margaret zdołał oderwać spojrzenie od nieprzeniknionej ciemności za szybami. Musiało minąć dobre pół godziny, odkąd przyszedł do pokoju, mimo to nie udało mu się rozpakować do końca. Stwierdził, że zajmie się tym później. Złapał różdżkę, jakieś ciuchy na przebranie i zbiegł na dół, gdzie został powitany gromkimi okrzykami jego pluskających się w wannie sióstr.
- Johnny, Johnny… Widzisz??? – mała Sophie spojrzała na niego swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami, jego czekoladowymi oczami i ze śmiechem na ustach starała się unieść w palcach pianę.
Kiedy wszyscy skorzystali już z łazienki, cała rodzina, nie wyłączając Marthy spotkała się w ogromnej jadalni. Gosposi udało się w ciągu kilkunastu minut przygotować wystawną kolację, która sama przyfrunęła do ich stołu i z cichym brzękiem sztućców opadła na wyszorowany blat.
W akompaniamencie licznych śmiechów, przywoływanych wspomnień i licznych wzruszeń w następną godzinę zdołali się uporać z kolacją. Margaret i Sophie wstały od stołu i razem z Samulem i Williamem bawiły się w najlepsze, biegając we wszystkie strony i sprawiając, że różne rzeczy unosiły się i przemykały przez pokój ze złowieszczym świstem.
Martha zupełnie się tym nie przejmowała. Usiadła obok Bena, naprzeciw Johnny’ego i spojrzała na obydwu z wyczekiwaniem.
- Myślę, że to odpowiednia pora na rozmowę… - spojrzała przez ramię. Jedna z cennych figurek Benjamina przeleciała jej właśnie obok ucha – Minie kilkanaście minut zanim się zmęczą, pozwólmy im się wyhasać przed snem. To stwarza idealną sytuację…
Ben z poważną miną odłożył widelec i odsunął miskę od siebie.
- Co chcesz wiedzieć? – zapytał swoim głębokim, budzącym zaufanie głosem.
- Przede wszystkim – powiedziała Martha rozgorączkowanym tonem – Czemu nie napisaliście, że wracacie? Czemu to wszystko musiało być aż tak wielką tajemnicą?
- Nie domyślasz się? – zapytał ponuro Johnny, spoglądając nie na kobietę tylko na swojego ojca.
- Niebezpieczeństwo jest aż tak wielkie?
- Nie w tym rzecz… - Ben wsparł podbródek na splecionych dłoniach – Na razie nie słychać nic o przechwytywanych sowach, zresztą po co im listy zwykłych, nic nie znaczących w tej wojnie obywateli. Ale jego siatka szpiegów jest już doskonale rozbudowana, ci ludzie infiltrują nas, nawet w Hiszpanii doszły mnie takie słuchy. Nie śledzą wszystkich, śledzą tylko tych, którzy stwarzają zagrożenie.
- Ale…
- Jestem aurorem, jednym z najbardziej zaangażowanych. Mam stały kontakt z Dumbledorem, wiem wiele rzeczy, których oni chcieliby się dowiedzieć. Dlatego zadbałem, żeby informacja o naszym powrocie do kraju nie dostała się w niepowołane ręce.
- Myśli pan, że się dowiedzą? O tym, że pan wrócił?– zapytała Martha. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu.
- Prędzej czy później, na pewno… - mężczyzna spojrzał ponuro na swój pusty kubek – Nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami. Kiedy zacznę działać, oczywiste będzie, że wróciłem do Anglii. Ale do tego czasu mam zamiar zabezpieczyć swoją rodzinę i wszystkich, na których mi zależy, żeby tamci w żaden sposób nie mogli się do nas dostać.
Martha spojrzała krótko na Johnny’ego, ale jej wzrok prawie natychmiast wróciło na poważne oblicze Benjamina.
- Dlatego właśnie… - kontynuował tamten – Chcę cię prosić o przysługę…
- Niech pan mówi! – odpowiedziała natychmiast kobieta – Mam wobec waszej rodziny dług, nie odmówię niczego.
Ben westchnął cicho i tak jak Martha przed chwilą, spojrzał na swojego najstarszego syna.
- Chcę ochronić ten dom na wszystkie znane mi sposoby …
- Jak chcesz to zrobić?
- Znam wiele pożytecznych zaklęć, ale najważniejsze w tej sytuacji będzie zaklęcie Fideliusa.
Martha pokiwała głową na znak, że doskonale rozumie.
- A kto będzie Strażnikiem? – zapytał Johnny, chociaż doskonale znał już odpowiedz.
- Ja! – odpowiedział ojciec cierpko, zgodnie z jego przewidywaniami. Johnny spojrzał ojcu w oczy, w których zapaliły się nagle dziwne ogniki, jakby jakaś dawna obsesja na powrót ogarniała siedzącego przed nim mężczyznę.
- To oczywiste, pan najlepiej się nadaje… - Martha pokiwała w zamyśleniu głową – Podczas, gdy pan będzie się zajmował tą sprawą, ja będę opiekować się dziećmi…
Benjamin popatrzył na nią wyczekująco. Kiedy dojrzała jego spojrzenie pokiwała gorliwie głową.
- Oczywiście, że się zgadzam! Dziwne, że pan w ogóle pyta.
Ben uśmiechnął się smutno.
- W domu zostaną wszyscy oprócz Johnny’ego, jego mogę bez oporów wysłać do szkoły. Głupio bym zrobił, zatrzymując go w domu. To by już była lekka przesada.
Johnny dyskretnie odetchnął z ulgą. Przez chwilę bał się, że ojciec nie pozwoli mu wrócić do Hogwartu. Ale i tym razem, tak jak wiele razy poprzednio, nie zawiódł się na zdrowym rozsądku Benjamina Corso.
- Też tak sądzę… - Martha uśmiechnęła się pokrzepiająco do Johnny’ego – Niech się chłopak uczy, to teraz najważniejsze…
- Tak… – Ben potarł w zamyśleniu czoło – Johnny musi skończyć szkołę, bo nie wiadomo, co go po niej czeka…
Johnny drgnął, nie spuszczając wzroku z ojca.
- Myślisz, że to się będzie ciągnąc jeszcze ponad dwa lata?
- Nie wykluczam żadnej możliwości… Tak naprawdę, nie znamy jeszcze całej sytuacji na tyle by określić ile czasu zajmie nam uporanie się z nią. Jak na razie, z dnia na dzień jest coraz gorzej..
Martha markotnie opuściła głowę. Gdzieś za ich plecami rozległ się donośmy śmiech Sophie i rozpaczliwe miałczenie ich domowego kota.
- A co będzie z Williamem? – zapytał Johnny, przerywając ciszę – Co będzie z resztą dzieciaków? W końcu przyjdzie ich pora na Hogwart.
- Czy William pójdzie do szkoły, przekonamy się za dwa lata… - odrzekł stanowczo Ben – Nie będę podejmował pochopnych decyzji. Kiedy zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja to pomyślimy.
- No tak… - Johnny przyznał mu rację – Jeśli w ciągu kilku miesięcy zrobiła się taka draka, to ciekaw jestem, co będzie za dwa lata…
Ben rzucił mu karcące spojrzenie.
- Taka postawa jest mało odpowiednia… - skrzywił się nieznacznie – A propos, mam do was jeszcze jedną prośbę. Nie mówcie dzieciakom, co tak naprawdę się dzieje. Mają oczywiście jakieś tam pojęcie o sytuacji, ale nie ma potrzeby nadmiernie ich straszyć. Wiedzą tyle, ile powinny wiedzieć. Ale pod żadnym pozorem nie zostawiajcie ich sam na sam, nie mogą w pojedynkę wychodzić, nie mogą bawić się na łąkach bez nadzoru. Martha, tobie powierzam to zadanie w szczególności.
Martha pokiwała głową, jej twarz wyrażała pełną powagę i skupienie.
- Johnny za kilkanaście dni pojedzie do szkoły. Czy wróci na święta, tego jeszcze nie wiem. Przekonamy się…
Johnny także pokiwał głową, by pokazać, że akceptuje sytuację.
Ben już nic więcej nie dodał i po chwili było jasne, że poważna rozmowa się skończyła. Johnny wstał od stołu, podziękował Marthcie, kiedy coś mu się przypomniało.
- Tato… - zaczął przejętym tonem. Serce zabiło mu szybciej – Czy mogę już napisać do moich przyjaciół, że wracam?
Benjamin patrzył na niego przez dłuższą chwilę, rozważał coś. W jego mądrych oczach zalśniło zrozumienie.
- Napisz… - odpowiedział w końcu – Napisz, ale uważaj, co piszesz. Nie podawaj żadnych zbędnych informacji.
Johnny uśmiechnął się do niego szeroko, po czym popędził na schody. Resztę wieczoru spędził w swoim pokoju, pochylony nad kawałkami pergaminu, skrobiąc coś na nich swoim orlim piórem.
Za oknami szalała burza.

0 komentarze:

Prześlij komentarz