Ronnie wciągnęła w jego stronę dłoń, w której spoczywała drewniana szkatułka, wypełniona po brzegi małymi lśniącymi kamyczkami. Remus z uśmiechem przyjął od niej podarunek. Zobaczył, jak jej wielkie, ciemnoniebieskie oczy zalśniły z zachwytu. Zaklaska w dłonie jak małe dziecko, zadowolone z prezentu i z powrotem zajęła się międleniem poszewki od kołdry.
Remus westchnął cicho i położył szkatułkę na nocnej szafce, stojącej obok szpitalnego łóżka. On i jego młodsza siostra znajdowali się na oddziale zamkniętym dla stałych pacjentów w szpitalu Świętego Munga. Rodzice zostawili go tutaj na godzinkę, żeby popilnował młodszej siostry, kiedy oni przejdą się na zakupy, ale Remus podejrzewał, że chodziło raczej o umożliwienie mu pobycia z siostrą sam na sam, chociaż przez chwilę.
Remusowi wcale to nie przeszkadzało. Rzadko miał okazję pobyć z nią, kiedy nikt nie kręcił się w pobliżu. Oczywiście na oddziale cały czas byli uzdrowiciele, pilnujący wszystkich pacjentów, ale żaden z nich nie przeszkadzał Lupinowi, jeśli nie musiał.
Przy Ronnie Remus mógł być sobą. Nie musiał udawać odważnego, nie musiał być przebojowy i wesoły, mógł być markotny i przygaszony, jeśli chciał, mógł opowiedzieć siostrze o wszystkich gnębiących go problemach i wiedział, że nikomu nie powie. Uzdrowiciele mówili, że dziewczyna i tak nie rozumiała ani jednego słowa z tego, co mówił, ale on nie potrafił się pozbyć wrażenia, że siostra rozumie go o wiele lepiej niż ktokolwiek z jego przyjaciół. Za każdym razem, gdy spowiadał się jej ze swoich najgłębszych tajemnic widział w jej szklistych, zazwyczaj nieprzytomnych oczach błysk zainteresowania i zrozumienia.
- Kiedyś całkiem wymęczysz tą pościel… - zaśmiał się cicho i delikatnie wyciągnął materiał z jej zaciśniętych palców. Spojrzała na niego ze złością, jakby odebrano jej ulubioną zabawkę, ale gdy tylko niebieskie oczy znalazły szare, na twarzy Ronnie rozkwitł szeroki uśmiech. Po raz kolejny tego dnia patrzyła na niego, jakby dopiero teraz go zobaczyła, jakby w tej właśnie chwili pojawił się przy jej łóżku, a nie siedział przy nim od prawie godziny.
- Ta, to ja… - powiedział trochę zmęczonym głosem, ale uśmiechała się nadal – Nie musisz się mnie bać.
Oderwała od niego spojrzenie i potoczyła nim po wysoko sklepionym pokoju. Ściany tu były drewniane, łóżka okryte różnokolorową pościelą, dzięki czemu pokój wyglądał o wiele bardziej przyjaźnie niż większość sal szpitalnych. Nic dziwnego, przebywający tutaj czarodzieje prawie nie opuszczali tego miejsca. Personel postarał się, żeby choć trochę poczuli się jak w domu, nawet jeśli większość z nich nie była w stanie rozróżnić szpitala od własnego miejsca zamieszkania.
- Jak myślisz, Ronnie… - zagaił do niej Remus, zastanawiając się po raz kolejny ile z jego słów tak naprawdę do niej docierało – Czy rodzice kupią ci jakiś fajowy prezent, tak jak ostatnio. Pamiętasz tę książkę… „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć?”… Była świetna, czytaliśmy ja razem. Szczególnie podobały ci się hipogryfy i sfinksy. Rysunki w tej książce były piękne, nie powiem… facet, który je rysował musiał mieć naprawdę talent, nie uważasz?
Wcale się nie przejął, że mu nie odpowiedziała. Nigdy tego nie robiła. Tak naprawdę, Remus nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszał jej głos. Tylko kiedy krzyczała…
- A opowiadałem ci, co nowego w Hogwarcie…?
Uśmiechnęła się do niego szeroko, pokazując małe, białe ząbki. Jej okrągła, niewinna twarzyczka mogłaby należeć do elfa – oczy wielkie i okrągłe, równie wielkie jak oczy Cathy, jasna, jednolita skóra i czerwone usteczka. Czarne jak noc włosy, opadające na policzki, lśniące w świetle stojących przy stoliku świec.
- No to ci opowiem… - zaczął, nie odrywając wzroku od jasnoniebieskich tęczówek – W Hogwarcie w tym roku zdarzyło się wiele rzeczy, naprawdę! Trzeba zacząć od tego, że pojawiła się nowa dziewczyna, Cathy Austen. Od razu się z nią zakumplowaliśmy. A szczególnie Syriusz… Tak to go chyba jeszcze nigdy nie trafiło. Dostawał szału, bo Cathy zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Pamiętasz jak ci o nim opowiadałem, o nim i o jego podbojach…?
Ronnie zaśmiała się, jakby rzeczywiście pamiętała ich rozmowy sprzed kilku lat.
- W połowie roku mocno się pokłóciliśmy z dziewczynami. Nie powiem, wina była po naszej stronie, James nieźle przegiął. Ale jakoś nam się udało wrócić na prostą i pod koniec roku znowu się zeszliśmy… No, nie wszyscy. Mag i Suze pokłóciły się z Lily i Cathy. Nie gadają ze sobą. Biedaczki, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze będą w stanie ze sobą normalnie rozmawiać…
Ronnie przekręciła głowę w bok i spojrzała na brata z zainteresowaniem.
- Pytasz, czy już się dowiedziały… Nie, jeszcze niczego nie odkryły. Sam się temu dziwię, James, Syriusz i Peter wpadli na to o wiele szybciej. Ale one mają swoje problemy, nie jestem z nimi aż tak blisko jak z chłopakami. Nadal spędzamy ze sobą za mało czasu by mogły… zauważyć pewne nieprawidłowości.
Remus oblizał wargi, które zaschły mu już od mówienia ale nie miał zamiaru przerywać. Chciał ciągnąć dalej ten monolog, chciał, by ktoś wreszcie usłyszał tą historię z jego punktu widzenia, nawet jeśli wszystkie jego słowa tak naprawdę trafiały w próżnię.
- Dziewczyny nie wiedzą…Ale ten Snape, chyba w ramach zemsty, zaczyna węszyć. Co ja mówię, dawno zaczął węszyć. Jeśli się nie pohamuje, to się może dla niego źle skończyć… Dla mnie zresztą też…
Ronnie objęła ramionami puchową poduszkę i wyglądnęła zza niej swoimi kocimi oczami.
- Mam nadzieje, że wszystko się ułoży… Zostały tylko dwa lata… Tylko dwa lata i nie będzie już Hogwartu…
Spuścił spojrzenie na swoje kolana, czując, ze oczy go pieką.
- Smutno mi będzie ich żegnać. Są moimi najlepszymi kumplami. Bez nich byłbym sam… Bez Jamesa, Syriusza, bez Petera, Cathy, Lily… Są dla mnie jak skarb…
Remus wpatrywał się teraz w małe, szczelnie zamknięte okienko, przez którego grube szyby z trudem przedostawały się promienie zachodzącego słońca… Ostatnie tchnienie wakacji…
- Tak… - wyszeptał, tym razem jednak bardziej do samego siebie niż do Ronnie, która na powrót zajęła się poszewką – Jak skarb…
Przed jego oczyma zatańczyło wspomnienie wiklinowego stolika w zalanym słońcem ogrodzie kawiarni, wesołe, żywe jak ogniki oczy Marleny McKinnon i jej rumiane policzki… Policzki, które zarumieniły się pod jego spojrzeniem.
0 komentarze:
Prześlij komentarz