• RSS

poniedziałek, 5 lipca 2010

Suzannah Trelawney

Miodowe Królestwo największe oblężenie przechodziło w czasie zimowych ferii i wakacji. Miliony czarodziejów, z kraju i zza granicy przewijali się przez sklep, który był jedną z największych atrakcji w Hogsmeade, miasteczku zamieszkanym tylko przez czarodziejów.
Suzannah błogosławiła swoje szczęście i znajomości matki, które pozwoliły jej dostać tutaj wakacyjną pracę. Na początku lipca Suze dowiedziała się o tej jakże kuszącej propozycji i odtąd, chcąc nie chcąc, wstawała codziennie rano i gnała do sklepu na swoją przedpołudniową zmianę. Za każdym razem kiedy opuszczała dom w duchu cieszyła się, że nie będzie zmuszona do spędzenia dwóch miesięcy w towarzystwie matki-jestem-piękna-i-nikt-temu-nie-zaprzeczy i siostry paranoiczki, która widziała śmierć czającą się w pustych filiżankach po herbacie.
Poza tym, odkąd zaczęła dostawać wypłatę nie musiała prosić matki o pieniądze na każdą zachciankę. W ramach spadku jej rodzina otrzymała całkiem niezły majątek i niczego nie było im brak, ale Suze nadal czuła się głupio, korzystając z tych pieniędzy. Nie mogła ich zaakceptować.
Praca w Królestwie dała jej słodkie poczucie niezależności.
Od początku wakacji zaoszczędziła już ponad sto galeonów. Zastanawiała się, co tak naprawdę jej się marzy, co takiego chciałaby sobie kupić, gdyby miała pieniądze. Mimo wielu godzin zastanawiania się, nic takiego nie wymyśliła. Odpadł lepszy wygląd, bardziej cięty język, swoboda w kontaktach z chłopakami – tych rzeczy nie mogła kupić. Dlatego codziennie wieczorem, po powrocie z pracy wrzucała dzisiejsza wypłatę do magicznego kuferka, który miał za zadanie przytrzasnąć jej palce pokrywką za każdym razem, gdyby chciała z niego coś wyjąć.
Dzisiejszy dzień był taki, jak każdy inny. Wracała właśnie do domu po kilku godzinach ciężkiej pracy. Nie wiadomo dlaczego pod koniec wakacji pojawiło się dwa razy więcej ludzi. Suze musiała dogadać się dziś z dwoma przygłuchymi Bułgarami, którzy, o ile dobrze zrozumiała, chcieli kupić słodką pamiątkę dla wnuków, z Chinką, która cały czas szczebiotała coś w swoim dziwnym języku i podnosiła każdą rzecz, jaka jej się nawinęła oraz z niezmiernie intrygującym murzyńskim szamanem, który używając łamanej angielszczyzny, dopytywał się o czarno-magiczne właściwości cukrowych myszy.
Suze uśmiechnęła się sama do siebie na te wspomnienia. Uniosła głowę i zwróciła ją w stronę lśniącego słońca. Popołudnie było bardzo gorące, jedno z najgorętszych tego lata. Mimowolnie zastanawiała się, co też porabiają wszyscy znani jej ludzie. Uporczywie pomijała w myślach jej dawne przyjaciółki i Huncwotów, starając się skupić na innych osobach. A w szczególności na Jacku.
Tak, ciekawe co on też teraz porabia? Może jest za granicą? Może siedzi u siebie w domu, albo opala się na werandzie? A co by było, gdybym do niego napisała? Odpisałby? Pewnie tak, z grzeczności… Ona też by odpisała na jego miejscu, przez wzgląd na dobre wychowanie.
Zamarła. U wylotu ulicy zobaczyła coś, czego tam zdecydowanie nie powinno być.
Wytrzeszczyła oczy w niedowierzaniu. Nie to nie może być… A jednak!
Poczuła, że się czerwieni, że serce zaczyna jej bić z dziką prędkością, niezdolną do opanowania. O nie, co ja mam teraz zrobić?
Jednym skokiem znalazła się na werandzie Trzech Mioteł i schowała się za uchylonymi drzwiami. Ze środka gospody dochodziły śmiechy i głośne rozmowy, ale ona skupiła się całkowicie na obserwowaniu złocistej głowy, zmierzającej w jej stronę.
Jack Dawson był ubrany w zwykły, jasnoniebieski T-shirt i jeansowe szorty, na ramieniu miał plecak. Szedł spokojnym, spacerowym krokiem, mrużył bladoniebieskie oczy w słońcu, jasne promienie lśniły na jego opalonej skórze. Suze jęknęła z zachwytu. Był taki przystojny, taki intrygujący… Oblizała zaschnięte wargi, cały czas wpatrzona w zbliżającego się chłopaka.
Za późno zdała sobie sprawę, że Jack zmierza dokładnie w stronę Trzech Mioteł.
- Suze! – stanął tuż przed nią a ona zamarła z rozdziawionymi ustami – Cześć! Tak się zastanawiałem, czy cię spotkam w wiosce, czy może wyjechałaś… Ja przyjechałem na kilka dni do Hogsmeade z całą rodziną.
- Ekhm… - jej głos zdawał się jej dziwnie obcy, jakby te chrząknięcia wydawał ktoś stojący obok – Ja mam pracę tutaj, nie wyjechałam nigdzie…
- Pracujesz tu? – zainteresował się chłopak – Gdzie?
- W Miodowym Królestwie – krótkim kaszlnięciem pozbyła się chrypki. Teraz mówiła już z dużo większym zdecydowaniem – Całkiem nieźle płacą a można spotkać tam naprawdę niesamowitych ludzi.
Jack przypatrywał się jej z wyrazem uprzejmego zainteresowania na twarzy.
- Słuchaj, Suze… Nie dałabyś się zaprosić na chłodne piwko kremowe. Jest niezły upał…
Mój wymarzony chłopak zaprosił mnie na piwo, mój wymarzony gdzieś mnie chłopak zaprosił !!!
- Jasne! – uśmiechnęła się do niego szeroko, a przynajmniej starała się uśmiechnąć, bo mięśnie twarzy miała dziwnie ściągnięte.
- No to wchodzimy!
Razem przekroczyli próg chłodnej, jasno oświetlonej gospody. W powietrzu unosił się zapach ciasta i różnego rodzaju trunków. Gospoda była jednym z ulubionych miejsc Suze w całej wiosce. Często, przed powrotem do domu nogi same ją tu przynosiły. Suze bardzo lubiła tą gospodę, a szczególnie lubiła odwiedzać ją sama. Siedziała wtedy przy stoliku w samym kącie i obserwowała gości.
Teraz jednak była tutaj z Jackiem. Nadal nie mogła uwierzyć w własne szczęście.
Zamówili dwie butelki chłodzonego piwa i usiedli przy stoliku oddalonym o kilka metrów od tego, przy którym zwykła siadać Suze.
- Więc… Jak tam wakacje…? – dziewczyna podziwiała samą siebie, że zaczęła rozmowę – Byłeś gdzieś czy spędziłeś wakacje w domu?
- Byłem, byłem i to w wielu ciekawych miejscach… - Jack upił łyk ze swojej butelki i odstawił ją na wykonany z ciemnego drewna blat. Suze po raz kolejny zauważyła, jakie miał duże i silne ręce – Z rodziną skoczyliśmy do Ameryki, tam odwiedziłem kilka fantastycznych miejsc.
- To chyba niezbyt rozważne… Podróżować, kiedy wokoło dzieją się te wszystkie okropne rzeczy.
- Moi rodzice stwierdzili, że nie będą panikować – Jack wzruszył lekceważąco ramionami – Jeśli oni nie będą to ja też nie…
Suze zastanawiała się, jacy są rodzice Jacka, skoro nie ruszyła ich żadna straszna informacja z Proroka, jakich w ostatnich dniach było całe multum.
- A ty? – Jack przerwał w końcu milczenie.
- Już mówiłam… - Suze poczuła się głupio. Czyżby faktycznie była aż tak mało interesująca, że Jack nie zapamiętał zdanie, jakie powiedziała kilka minut temu- Zostałam w wiosce, pracuję…
- Oh, no tak! – Jack lekko się zmieszał ale natychmiast przywołał na twarz swój uprzejmy uśmiech – Ale miałaś chyba kontakt z swoimi przyjaciółkami co?
Suze spojrzała na niego zaskoczona.
- Z moimi przyjaciółkami? – zapytała, nie za bardzo wiedząc, do czego Jack zmierza – Masz na myśli Lily, Mag i Cathy?
- No, tak… - chłopak wyglądał na zaskoczonego – To są przecież twoje przyjaciółki, prawda?
- Już nie… - odrzekła, a chłód w jej głosie zadziwił ją samą – Pokłóciłyśmy się pod koniec roku. Nie rozmawiałam z żadną od czerwca.
- Z Cathy też? – Jack wyglądał na mocno zaskoczonego.
- Ta, z Cathy też! – Suze mimowolnie zazgrzytała zębami. Jeśli teraz zacznie ją wypytywać o Cathy, to tego nie przeżyje. Jak mogła być taka głupia i myśleć, że taki chłopak jak Jack chciałby ją gdziekolwiek zaprosić. Powinna od razu się domyśleć, że chce się dowiedzieć czegoś o tej idiotce.
- Nie odpisywała na listy… - Jack podrapał się w głowę, najwyraźniej nie świadom bólu, jaki właśnie zadał Suze. A więc do niej pisał! – Zastanawiałem się, czy może nie masz od niej jakiś wieści…
- Nie, nie mam… - Suze starała się opanować drżenie głosu – Mówiłam już, nie rozmawiam z moimi BYŁYMI przyjaciółkami, a już szczególnie z nią…
- Szczególnie z nią? – Jack uniósł pytająco brwi – A co ona ci takiego zrobiła?
- Nic! – odwarknęła automatycznie Suze – Jest po prostu głupią, nadętą, zapatrzoną w siebie suką!
Jack patrzył na nią mało przychylnie, w jego oczach czaiła się niechęć i zawód.
- Nie rozumie, czemu nagle masz o niej takie zdanie… Przecież zawsze…
- No nie, mam tego dość! – Suze zaśmiała się chłodno – Jesteś taki Sam jak wszyscy!!!
Jack nic nie powiedział, najwyraźniej nie spodziewając się takich słów.
- Jesteście w nią zapatrzeni jak w obrazek, tylko dlatego, że jest ładna. W nosie macie jej charakter, to że jest pusta i chamska w ogóle was nie rusza!
- O czym ty mó…?
- Przecież dobrze wiem, że lecisz na nią tak jak cała reszta szkoły. I kumplowałeś się z nami tylko dla niej!
Te słowa dotknęły Jacka do żywego.
- Wiesz co Suze, zawsze miałem cię za fajną dziewczynę. Ale teraz coś mi się zdaje, że będę musiał się zastanowić nad zmianą opinii.
- Ależ jasne! - Suze wstała z miejsca i wypiła jednym haustem resztę piwa z butelki – Zmieniaj sobie co chcesz! Podwalaj się do niej, smal do niech cholewy, proszę cie bardzo! Ale raczej nie licz na wzajemność. Syriusz Black nie potrafił jej zdobyć, a co dopiero ty!
Jack zaczerwienił się ze złości i chciał coś powiedzieć, ale Suze nie dała mu dojść do słowa.
- Żegnam! – prychnęła pogardliwie w jego stronę – Mam nadzieje, że w Hogwarcie będziemy się widywać jak najmniej!
I wyszła z gospody, obserwowana przez pozostałych gości. Mało ją interesowały wścibskie spojrzenia. W ogóle w tym momencie nie interesowało ją nic szczególnego. Chciała się znaleźć daleko od Jacka. Nie mogła mu już patrzeć w oczy, nie mogła znieść widoku tych dwóch, jasnych wirujących jezior. Miała dość. Limit upokorzeń na ten dzień został wyczerpany.

Maggie Callen

Praktycznie przez całe wakacje Maggie zajmowała się młodszym rodzeństwem i mocno się zdziwiła, kiedy tata powiedział jej, że na Pokątną pójdzie tylko z matką.
- A skąd ta zmiana? – zapytała z przekąsem ojca, siedzącego w wielkim fotelu przy kominku, pochylonego nad stosem kartek – Już myślałam, że będę musiała zabrać ich wszystkich ze sobą.
Ociec rzucił jej krytycznie spojrzenie znad swoich szkiców.
- Misty idzie z tobą, oczywiście! – Maggie wytrzeszczyła na niego oczy a on lekko się zmieszał – Nie mówiłem ci o tym? A nawet jak nie to powinnaś się domyśleć! Przecież Misty zaczyna w tym roku Hogwart!
Maggie wymownie spojrzała w sufit.
- No tak, jak mogłam zapomnieć?! Widocznie perspektywa całorocznego niańczenia młodszej siostry nie przypadła mi zbytnio do gustu więc wolałam ją tymczasowo wyrzucić z pamięci.
Wściekłe spojrzenie ojca przywróciło ją szybko do porządku.
Tak więc kilka dni przed początkiem roku, kiedy wreszcie jej mamie udało się załatwić wolne w pracy (tata nadal miał lekkiego pietra przed odwiedzinami na Pokątnej) udali się wszyscy na szkolne zakupy. Maggie strasznie drażnił dziki zapał siostry, z jakim biegała od sklepy do sklepu, przyglądając się kolorowym witrynom i cały czas komentując.
Nie wiedziała jakim sposobem udało jej się wyrwać już po godzinie tej katorgi. Powiedziała, że zapomniała załatwić kilku składników w Aptece i zostawiła matkę i siostrę pod sklepem Ollivandera.
Kiedy zniknęła za zakrętem zwolniła kroku, zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Nie miała co liczyć na spotkanie koleżanek ze szkoły, bo z tymi najlepszymi była śmiertelnie pokłócona. Miała godzinę do spotkania z matką w Gringotta a nie chciało jej się bez celu szwendać po ulicach.
Weszła więc do pierwszego, lepszego sklepu, którym okazało się centrum Eylopa. To nawet dobrze się składa, pomyślała, Nie mam już „Przysmaków” dla Daisy.
Już kilka kroków za progiem doszło do niej, że popełniła błąd.
Przy ladzie w nonszalanckiej pozie, z kpiącym uśmieszkiem na twarzy stał sobie nie kto inny, a Syriusz Black.
Maggie zamarła w połowie ruchu, w ciągu kilku uderzeń serca trwała nieruchomo, wpatrzona w Jego plecy.
A potem, jakby coś nagle w niej zaskoczyło, dźwigienka została pchnięta i mechanizm ruszył. Maggie Callen bez zastanowienia zaczęła się cofać.
Ale było już za późno. Ktoś, stojący obok Syriusza, na kogo wcześniej nie zwracała zupełnie uwagi, zauważył ją.
- Maggie???
Nie, król Artut, pomyślała z rozgoryczeniem Maggie, widząc rozradowaną minę Lily Evans. Rudowłosa z zaskoczeniem, ale także z ulgą podeszłą do niej i przytuliła ją mocno. Przez jej jaskrawe kosmyki dostrzegła jeszcze Jamesa, Petera i Lupina, stojących obok Blacka i szczerzących się do niej w uśmiechu.
- Cześć! – zawołali wszyscy naraz, nie wyłączają Syriusza, który uśmiechał się tak samo pogodnie jak reszta jego przyjaciół.
- Czeeeść… - powiedziała niemrawo, kiedy Lily ją wreszcie puściła. Wszyscy w piątkę zebrali się wokół niej, Syriusz i James mieli w rękach torby z logo Magicznej Menażerii.
- Jak tam wakacje? – wypalił natychmiast James – Czemu nie odpisujesz na listy?
- Ahh, listy.. – Maggie potarła szyję w roztargnieniu – No, byłam strasznie zajęta, cały czas pilnowałam moich małych braci, wiecie, jacy oni są…
Pokiwali głowami na znak, że wiedzą. James zacząć coś paplać, ale do Maggie nie docierała większość jego słów, zarejestrowała tylko, że taktownie nie wspominał o „wielkiej” kłótni. Bardziej skupiona była na tym, żeby przypadkiem nie obić się o ramię Syriusza, który na nieszczęście stanął tuż obok niej.
- Hej, hej, słyszysz? Wybieramy się do Fortescue! – zawołał Syriusz prosto do jej ucha a jego oddech owiał jej kark. Przełknęła szybko ślinę i otrząsnęła się z dziwnego otępienia, jakie ją ogarnęło – Może wybierzesz się z nami?
- Eh, nie, nie mogę… Mam zaraz spotkać się z rodziną, już i tak jestem spóźniona- Maggie starała się unikać znaczącego spojrzenia Lily. Co ona sobie myśli, nie daj boże Syriusz skojarzy fakty i zacznie się czegoś domyślać. O ile już nie wie!!!
Znowu ogarnęło ją przerażenie, takie samo, jak na początku wakacji, kiedy wpadło jej do głowy, że Cathy w ramach zemsty mogłaby wszystko powtórzyć Huncwotom. A Syriusz był dla niej taki miły… A jeśli to znaczy, że wie? Ze nie chce jej zranić, dlatego stara się…
Nie myśl o tym! Nakazała sobie natychmiast Nie myśl o tym, ona nie mogłaby…
Ale czy na pewno? Maggie nie wiedziała, do czego tak naprawdę jest zdolna Cathy.
Wyszli ze sklepu, ktoś cały czas coś mówił, ale Maggie nie potrafiła się na tych słowach skupić. Musi się dowiedzieć, czy On wie! Musi, musi…
- Jesteś pewna, że nie idziesz? – zapytał James na tyle głośno, że Maggie go dosłyszała.
- Tak, tak jestem pewna! – powiedziała tym razem z o wiele większą stanowczością w głosie.
- Szkoda… - powiedziała cicho Lily, uśmiechając się do blondynki pokrzepiająco.
- Tak, szkoda… - Maggie wzięła głęboki oddech – Słuchaj Lily, możemy zamienić słówko na osobności?
Lily wyglądała na zaskoczoną ale natychmiast się zgodziła. Huncwoci, trochę zaskoczeni i chyba trochę obrażeni odeszli na bok. James natychmiast coś powiedział i wszyscy czworo wybuchli śmiechem. Byli na tyle daleko, że Maggie nie musiała się martwić, że coś usłyszą.
- Słuchaj, Lil! – powiedziała spokojnym głosem, choć tak naprawdę serce podchodziło jej do gardła – Czy on wie?
- Kto o czym wie? – zapytała tępo ruda. Wyglądała na lekko przestraszoną.
- Czy Syriusz wie, że… No wiesz! – wysyczała, pochylając się nad nią jeszcze bardziej.
- Oh! – Lily odetchnęła z ulgą, łapiąc o co chodzi – Nie, no coś ty! Niby skąd?
- No nie wiem… - Maggie zagryzła wargi – Cathy mogłaby mu powiedzieć… W ramach zemsty.
Lily spojrzała na nią z niechęcią.
- Wiesz co, nie rozumiem tego… - powiedziała rozgoryczonym tonem – Naprawdę masz ją za taką?
- Nie wiem, za jaką ją mam - powiedziała szorstko Maggie, nie patrząc rudej w oczy.
- Nigdy by mu nie powiedziała, nie zniżyłaby się do takiego poziomu. Nawet, gdyby chciała się zemścić. A teraz nie ma za co się mścić, więc nie wiem, skąd te przypuszczenia…
Maggie odetchnęła z ulgą.
- Po prostu chciałam się upewnić… - dodała cicho po czym wreszcie spojrzała na Lily – Okej, to tyle… Do zobaczenia w Ekspresie i…
- Na pewno nie idziesz z nami? – zapytała ostatni raz Lily, kiedy tamta już się odwracała.
- Tak, na pewno, dzięki za zaproszenie… Do zobaczenia!
Ruszyła szybko w dół ulicy, nie spoglądając już za siebie. Słyszała jak Syriusz i reszta wołają za nią, chcąc się pożegnać, ale ona nie odpowiadała. By to zrobić musiałaby się odwrócić i spojrzeć jeszcze raz na ich twarze. A w tym momencie tego najbardziej się bała.

Severus Snape

- Straszny z ciebie hipokryta, Sewerus…
Severus Snape siedział w swoim małym, ciemnym pokoiku na piętrze. Przez okno widział zaniedbany ogród, pustą ulicę i rzędy ponurych domów. Siedział w swoim pokoiku, zwinięty w kłębek na niepościelonym łóżku i mówił sam do siebie.
- Głupi idiota i do tego jeszcze hipokryta…
Z zewnątrz dobiegł go śmiech bawiących się dzieci. Przełknął boleśnie ślinę, serce zamarło na chwilę. Przypomniały mu się te cudowne chwile, spędzone z Lily Evans, jeszcze zanim poszli do Hogwartu.
Kiedy to było? Rok, dwa, pięć lat temu, czy może całą wieczność…?
Ale jednego był pewien. Zdarzyło się to jeszcze zanim popełnił największy błąd w swoim życiu, nazywając Lilianne Evans szlamą.
Poniosło go, nie przemyślał tych słów zanim je wypowiedział i teraz ponosił tego konsekwencje. Choćby nie wiadomo jak bardzo chciał, Severus nie mógł cofnąć czasu.
- Co to ma być za cholerna magia! – ryknął, wstając nagle i łapiąc pierwszy lepszy przedmiot, jaki mu się nawinął. Cisnął nim w ścianę – Co to za magia, która nie może cofnąć mnie wstecz, żebym mógł się sam zabić!?
W tym momencie oddałby wszystko, by móc wrócić się o te dwa miesiące wstecz, jeszcze raz zmierzyć się z Jamesem Potterem, jeszcze raz przeżyć upokorzenie, ale już nie wypowiedzieć tamtych słów. Oddałby wszystko… A tak niewiele ma… Teraz właściwie już nic – ostatnią wartościową rzeczą, była ich przyjaźń, a on ją stracił na własne życzenie.
Nie usprawiedliwiał się, nie zrzucał winy na Pottera ani na jego idiotycznych koleżków. Nie kazali mu powiedzieć tego, co powiedział. Tylko i wyłącznie on był winien swojemu nieszczęściu.
- Jestem żałosny… - powiedział cicho, opadając z powrotem na łóżko i chowając twarz w dłoniach.
Pokój mu nie odpowiedział. Nikt mu nigdy nie odpowiadał. Byłby jeszcze większym idiotą, gdyby zwierzył się swoim kumplom, że on, szanujący się Ślizgon, od ponad pięciu lat żywi nieodwzajemnione uczucie do pewnej Gryfonki.

Hestia Jones

- Do końca życia będziesz chodzić z tym głupim listem? Pewnie jeszcze z nim śpisz…
Kpiący ton jej kuzynki wcale Hestii nie zniechęcił. Wcisnęła list od Johnnego głębiej do kieszeni i wzruszyła ramionami.
- Przeszkadza ci to?
- Nie… - dziewczyna skrzywiła się, przecząc tym samym swojemu poprzedniemu zdaniu – Ale zachowujesz się dziwnie. Przecież on nawet nie jest twoim chłopakiem…
- Zrozum, Taylor… - Hestia westchnęła i pokręciła z niedowierzaniem głową – To mój najlepszy przyjaciel. Jedyny prawdziwy! Taki, któremu mogłam powiedzieć wszystko… Wszystko! – dodała, widząc jej niedowierzające spojrzenie.
- No jasne… - parsknęła McGinn, z powrotem wracając do piłowania paznokci – Chłopak, któremu można powiedzieć wszystko…
- A żebyś wiedziała! – zaperzyła się Hestia, odrzucając swoje ciemne, grube włosy na plecy a jej policzki zrobiły się jeszcze bardziej rumiane niż zwykle – On jest niesamowitym, cudownym facetem!
Taylor popatrzyła na nią z miną pełną uprzejmego niedowierzania.
- Dziwisz się, że się cieszę z jego powrotu? – dokończyła po chwili Hestia, dotykając w kieszeni rogu zmiętej kartki.
Taylor wzruszyła tylko ramionami, skupiając się znów na swoich paznokciach. Hestia uznała, że rozmowa jest skończona. Z powrotem sięgnęła po rzuconą na koc książkę.
Ona i jej kuzynka siedziały w wielkim, zielonym ogrodzie, znajdującym się na terenie posiadłości McGinnów. Hestia przyjeżdżała tu w każde lato, podobnie jak Taylor odwiedzała ją na początku wakacji w jej starym, podmiejskim domu w Londynie. Obydwie dziewczyny lubiły te odwiedziny. Były w tym samym wieku i mimo, że w Hogwarcie prawie nigdy nie trzymały się razem to lubiły się i mogły na siebie liczyć. Hestia ceniła sobie przyjaźń kuzynki, Taylor często jej pomagała, zazwyczaj w kontaktach towarzyskich, jako o wiele śmielsza i bardziej kreatywna. A Hestia pomagała Taylor w nauce i podsuwała sposoby dogadywania się z nauczycielami.
Każda z dziewczyn czerpała z tej sytuacji korzyści, a to że czasami się kłóciły nie miało wielkiego znaczenia – już po kilku godzinach żadna nie pamiętała, o co poszło.
Było bardzo gorące popołudnie. W cieniu było ponad 30 stopni, co na Anglię było rzeczą niezwykłą. Hestia z uporem próbowała sobie przypomnieć cieplejsze lato, ale żadne z minionych nie przychodziło jej do głowy.
Cóż, pomyślała, ocierając spocone czoło i popijając lemoniady z lodem ze zdobionej szklanki. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Nie wiadomo czemu, smak lemoniady skojarzył jej się z tym okropnym momentem w Ekspresie Hogwart, kiedy ta durna Laurence wepchnęła ją do przedziału gryfonów z piątego roku. Do przedziału, w którym siedział Syriusz Black.
Hestia nadal nie odkryła, w jaki sposób Laurence dowiedziała się o jej skrytym uczuciu do Syriusza. Serena zaklinała się, że nic jej nie powiedziała i wyglądała na wielce oburzoną, kiedy Hestia nie była skłonna jej uwierzyć. Po kilku dniach daremnych poszukiwań zdrajcy ( wielu ich nie mogło być, bo Hestia nie afiszowała się z uczuciami) musiała sobie odpuścić i przyjąć, że Laurence założyła sobie takie przypuszczenie i chcąc je sprawdzić, wepchnęła Hestię do tamtego przedziału.
Hestia nadal byłą wściekła na siebie, że nie potrafiła wtedy opanować emocji – nie dość, że potwierdziła domyślenia Laurence to jeszcze zdradziła się przed Blackiem. Przez kilka dni chodziła jak struta, jej rodzice nawet zaczęli się zastanawiać nad wysłaniem jej do Munga, ale po jakimś czasie, Hestia, tak jak zawsze, wzięła się w garść.
Trzeba żyć dalej pomyślała wtedy Są gorsze rzeczy na świecie…
- Idziesz z nami na Pokątną? – ciszę przerwał głos Taylor– Czy wracasz wcześniej do domu?
Hestia odłożyła książkę.
- A kiedy się tam wybieracie?
- No, listę zakupów już mamy… - Taylor wypiła duszkiem resztkę lemoniady i spojrzała ponuro na puste dno szklanki – Więc myślę, że za kilka dni przydałoby się tam wyskoczyć…
- Wakacje kończą się za dwa tygodnie… - Hestia w roztargnieniu spojrzała na zegarek – Nie wiem, czy nie będę już wracać. Rodzice powiedzieli, że pojawią się właśnie w takim terminie…
- Cóż, jak nie pójdziesz to trudno… - Taylor bawiła się okularami przeciwsłonecznymi, raz nasuwając je na oczy a raz przesuwając na czoło – Pomyślałam sobie, że poznasz lepiej Emmelinę…
Hestia natychmiast się nastroszyła.
- O nie, nie ma szans! – parsknęła pogardliwie, mrużąc swoje czekoladowe oczy – Nie mam zamiaru się z nią poznawać! Zresztą, dobrze wiesz, że ona mnie nie cierpi…
- To wcale nie tak… - Taylor pokręciła głową i uśmiechnęła się – Ona nic do ciebie nie ma, po prostu wydajesz się jej… Za mało… Eee, wyluzowana…
Hestia wytrzeszczyła oczy na kuzynkę.
- Za mało co???
- Wyluzowana… - powtórzyła Taylor z wahaniem – Znasz Emmelinę, to taka roztrzepana wariatka, a ty jesteś taka poważna… Ma dziewczyna trochę racji, mogłabyś wrzucić na luz, znaleźć sobie jakiegoś chłopaka…
Hestia zagryzła wargi i szybko odwróciła głowę, czując że się czerwieni.
- Serio, jakbyś się tak wszystkim nie przejmowała to byłoby ci prościej dogadać się z tymi wszystkimi ludźmi.
- Jakimi wszystkimi ludźmi? – zapytała lekceważąco Hestia, nie podnosząc głowy znad szklanki z lemoniadą.
- No wiesz – Taylor zaczęła żywo gestykulować – Masz naprawdę fajnych ludzi w tym swoim Ravenclaw, znam kilku i na przykład ta Laurence jest całkiem fajna, poza tym należy do elity…
- Ostatnio zaczęłam trzymać się z Laurence – Hestia rzuciła kuzynce rozgoryczone spojrzenie – Uwierz, nie przyszło mi z tego nic dobrego…
- Oh, jest gadatliwa, to fakt… - zaczęła Taylor, nie zauważając przerażonego spojrzenia Hestii – Wszystko co jej powiem, zaraz wypapla. Pamiętasz jak kiedyś powiedziałam jej, że James Potter jest seksowny, zaraz cała szkoła uważała, że się w nim bujam. A jak się dowiedziała o tobie i o Sy…
Zamilkła nagle, orientując się, że za dużo powiedziała. Ale było już za późno.
- No, dokończ! – powiedziała rozeźlonym tonem Hestia, zaciskając dłonie na okładce książki – Powiedz, o czym to się dowiedziała Laurence! Jestem niezmiernie ciekawa…
- Ekhm… - Taylor mrugnęła przepraszająco do dziewczyny – Nie denerwuj się, ale ona wyniuchała skądś, że ty też lecisz na Syriusza i z tego o wiem, wepchnęła cię do jego przedziału…
Hestia ze zrezygnowanym westchnieniem opadła na koc i spojrzała ponuro w jasnoniebieskie niebo.
- Słuchaj… - nie widziała już Taylor, ale jej donośny głos doskonale niósł się po zielonym ogrodzie – Wiem, że to jest ciężkie, nie przeczę, że on jest totalnie boski i tak dalej. Ale trzeba by kretynką, żeby się w nim zakochać.
– Ty jakoś zabujałaś się w Jamesie i ci się udało!
Taylor parsknęła śmiechem do swojej pustej szklanki.
- Kto ci powiedział, że się w nim zabujałam?
Hestia przekręcił głowę i spojrzała na kuzynkę z zaskoczeniem.
- No… Przecież byliście razem. W tym roku, przez całe…
- Dwa miesiące, taa… - zaśmiała się kpiąco Taylor. Jej jasnobrązowe, ciasne loczki zalśniły w słońcu, kiedy przekręciła figlarnie głowę – Byłam z nim, było fajnie, ale nie byłam aż tak głupia, żeby się w nim zakochiwać….
- Nie rozumiem… - bąknęła Hestia, zakładając ramiona na piersi i odwracając wzrok z powrotem na przejrzyste niebo.
- Byłam z nim, fajnie było, ale doskonale wiedziałam, że prędzej czy później się skończy! – Taylor najwyraźniej ten fakt w ogóle nie martwił, w jej głosie słychać było obojętność a nawet kpinę – Po prostu wykorzystałam sytuację. Wściekł się na tą swoją ryżą wiewiórkę i trochę się razem zabawiliśmy. Wiesz, robiłam za siostrę miłosierdzia, pocieszałam go, ale nie powiem, że nie było nam razem przyjemnie. Poza tym nawet nie wiesz, jak to miło widzieć te pełne wyrzutu spojrzenia naszej kochanej, rudej zazdrośnicy.
Hestia znów spojrzała na swoją kuzynkę – atrakcyjną, wygadaną, wyluzowaną. Zawsze jej zazdrościła, choć starała się przekonać samą siebie, że Taylor wcale nie ma tak fajnie i że lepiej jest być tym, kim się jest – poważną, ciemnowłosą Hestią Jones. Niby czego mogła zazdrościć tej roztrzepanej osóbce – urody? No tak, urody można jej było zazdrościć, ale mądrości? Nie chodziło o to, że dziewczyna byłą głupia, co to to nie! Był piekielnie inteligentna, ale nie wykorzystywała tego. Uczyła się raczej kiepsko bo po prostu, jak często wspominała, jej się nie chciało. Była zbyt zajęta pielęgnowaniem swojej pozycji naczelnej plotkary i dziewczyny z elity, do której Hestia nie miała wstępu.
Cóż, trzeba trochę pocierpieć. Kiedyś moja praca się zwróci a Taylor zostanie na lodzie.
Jednak, mimo wszystko, mimo tylu cech, których Hestia zazdrościła Taylor, nie mogła kuzynki nie lubić. Były swoimi całkowitymi przeciwieństwami ale kiedy chciały, potrafiły się doskonale dogadać.
- Nie chciałam się ranić… - po chwili ciszy Taylor kontynuowała swoją opowieść o Jamesie – Wiedziałam, że kiedy to się skończy, on zostawi mnie ze złamanym sercem. Dlatego właśnie – z pogodną miną wyłowiła ze szklanki plasterek cytryny – Z całej siły postanowiłam się nie zakochiwać!
Hestia przypatrywała się jej z grobową miną.
- Może ty tak potrafisz. Ja nie mam zielonego pojęcia jak się „nie zakochiwać”. Zresztą, mała prawdopodobieństwo, że Syriusz złamie mi serce, bo nigdy z nim nie będę…
- To nie znaczy, że nie może ci złamać serca… - dodała szybko Taylor, zerkając na kuzynkę, ciekawa jej reakcji.
Hestia burknęła coś tylko i schowała się za książką, dając ewidentny znak, że rozmowa skończona.
Taylor tylko uśmiechnęła się pogodnie, z powrotem nasunęła okularu na oczy i wystawiła twarz do promieni słońca. W końcu, trzeba popracować nad opalenizną, a do końca wakacji zostało niewiele czasu. W elicie bez opalenizny ani rusz!!!

Johnny Corso

Czteroletnia Sophie, zaciskając swoje małe piąstki na kremowej sukience, biegła przez trawnik, piszcząc wniebogłosy. Przebierała małymi nóżkami z niewiarygodną szybkością. W ciągu kilku sekund dopadła schodów wielkiego domostwa i z impetem wpadła w ramiona stojącej na nich kobiety.
- Martha! Martha! Ma, ma, ma!!! – krzyczała i śmiała się, obejmując starszą kobietę za szyję. Ta także się śmiała, a po jej policzkach płynęły łzy szczęścia. Tuliła do siebie dziewczynkę, kiwając się na piętach, w przód i w tył, jakby chciała ją ukołysać do snu.
- Sophie, słoneczko moje! Wróciłaś…
Po chwili do nóg kobiety dopadła jeszcze trójka rozkrzyczanych dzieci w różnym wieku: dwóch chłopców i jedna dziewczynka.
Johnny Corso szedł u boku swojego ojca i z rozczuleniem obserwował młodsze rodzeństwo. Szli po wykładanej kamiennymi kostkami ścieżce, ciągnąc za sobą kufry. Przynajmniej Johnny je ciągnął, bo jego ojciec, Ben dyrygował płynącymi w powietrzu pakunkami za pomocą długiej, jarzębinowej różdżki.
- Panie Corso! – krzyknęła ciemnoskóra Martha, trzymając Sophie w jednej ręce, drugą gładząc szczuplutką Margaret po gładko przyczesanych włosach –Czemu pan nic nie napisał!? Myślała, że to tylko plotki, ale wy naprawdę wróciliście.
Johnny zerknął na ojca, który zdawał się jednak całkowicie panować nad emocjami.
- Plotki okazały się prawdziwe. Wracamy na stałe. Nie przystoi zostawiać ojczyzny, gdy nas potrzebuje.
Oczy Marthy zrobiły się okrągłe.
- Oh, więc ma pan zamiar wrócić do Ministerstwa? Chce pan pomóc w sprawie tego… Mordercy?
Johnny drgnął nieznacznie i już chciał coś powiedzieć, ale napotkał znaczące spojrzenie ojca. Szybko zamknął usta.
- Lepiej nie rozmawiać na zewnątrz, moja droga. Wejdźmy do środka…
- Oh, oczywiście, racja!
Weszli do domu, wielkiego i pustego, pachnącego drewnem i pastą do podłóg. Johnny natychmiast poczuł, że dopiero tu czuje się jak w domu. Hiszpania zdecydowanie nie przypadła mu do gustu.
W ciągu godziny zdołali się uwinąć ze wszystkimi potrzebnymi czynnościami, które umożliwiały im zamieszkanie w pustym, nie licząc Marthy domu. Nie był zaniedbany – Martha dbała o niego, jakby nadal mieszkała w nim cała rodzina Corso. Pokoje były czyste, wszystko było poukładane na swoim miejscu. Kiedy Johnny wszedł do swojego pokoju poczuł się mile zaskoczony, widząc wszystkie swoje prywatne rzeczy tam, gdzie je zostawił.
Tak, to było dokładnie rok temu, myślał podczas wypakowywania zawartości kufrach do pustych szuflad. Pamiętał doskonale uczucie wściekłości, jakie go ogarnęło, kiedy ojciec, ni z tego ni z owego oznajmił, że się wynoszą do Hiszpanii Że tam od dzisiaj będą mieszkać a Johnny będzie tam chodził do szkoły. Na początku sądził, że Ben postradał zmysły, potem, kiedy zorientował się, że jego ojciec mówi zupełnie na serio, wpadł w szał. Mimo krzyków, przepychanek, gwałtownych ruchów, wiedział od samego początku, że ta sprawa jest przegrana. Ben nie należał do ludzi, których można zastraszyć. Nigdy nie zmienił zdania, jeśli podjął już jakąś decyzję i uważał ją za słuszną. Może te cechy były przydatne w zawodzie Aurora, jakim zajmował się ojciec od ponad 20 lat, ale dla Johnny’ego, równie upartego i nieugiętego co ojciec, były tylko powodem do częstych kłótni.
Mimo wszystko, pomyślał Johnny, wyglądając przez okno, za którym zaczynało się już robić ciemno, Mimo wszystko, szanuję go… Jest niesamowitym człowiekiem, autorytetem. Bez niego nie byłbym tym, kim jestem. Ukształtował mnie. I jestem mu za to wdzięczny.
Johnny nigdy nie dowiedział się, czemu ojciec zdecydował się na przeprowadzkę. Mógł się tylko domyślać.
Jego jedyne przypuszczenia dotyczyły wspomnień o matce, które cały czas błąkały się po tych korytarzach i zaglądały do pokojów każdego z mieszkańców. Mimo trzech lat, jakie minęły od jej śmierci, ojciec nadal nie mógł się z tym pogodzić. Poza tym Johnny przypuszczał, że ojciec tych wspomnień po prostu się bał.
I uciekł, jak tchórz. Nieustraszony auror, pogromca czarnoksiężników, uciekł przed bladym widmem jego umarłej żony.
Johnny i jego rodzina, licząca sobie sześć osób spędziła w Hiszpanii rok, pozostawiając ich rodzinną posiadłość w rękach zaufanej gospodyni Marthy. Dopiero straszne pogłoski o „Angielskim” czarnoksiężniku zmusiły ojca do powrotu. Zmierzył się z duchami przeszłości i wygrał.
Johnny cieszył się z tego jak nigdy. Nie mógł uwierzyć, że wreszcie wraca do miejsca, za którym nieustannie tęsknił przez prawie dwanaście miesięcy. Nie mógł patrzeć na wyłożone brązową cegłą korytarze zamku Dostriates, w którym przez rok musiał się uczyć, bo każde to spojrzenie przywoływało wspomnienie korytarzy z Hogwartu, wypełnionych rozgadanym tłumem ubranych w czarne szaty uczniów.
Johnny tęsknił nie tylko za zamkiem, za jego piękną architekturą, za boiskiem Qudditcha i Wielką Salą no i oczywiście za pokojem wspólnym Krukonów. Najbardziej tęsknił za swoimi przyjaciółmi: Za Lukasem, za Sereną, za piękną i kochaną Sereną, która złamała mu serce, ale najbardziej tęsknił za Hestią, której twarz śniła mu się każdej nocy, odkąd opuścił Anglię. W głowie cały czas dźwięczały mu słowa, jakie wypowiedziała, kiedy pojawił się w kominku, na kilka dni przed wyjazdem. Wciąż widział jej zawiedzioną i niedowierzającą minę i ciemne oczy, pełne bólu. Kiedy usłyszała, że jej najlepszy przyjaciel ją zostawia zupełnie się załamała.
Nie mógł mieć do niej pretensji – jego ta sytuacja także całkowicie zdołowała. Zostawiał za sobą wszystko, co znał, wszystko co kochał i co przynosiło mu radość. Musiał się przenieść w obce miejsce, gdzie większość ludzi nie rozumiało, co do nich mówił i patrzyło na niego jak na kosmitę.
Strasznie go to denerwowało. Mimo, że z natury był opanowany w Hiszpanii często zdarzało mu się tracić nad sobą kontrolę.
Dopiero kiedy z dołu doszedł go głośny śmiech Sophie i Margaret zdołał oderwać spojrzenie od nieprzeniknionej ciemności za szybami. Musiało minąć dobre pół godziny, odkąd przyszedł do pokoju, mimo to nie udało mu się rozpakować do końca. Stwierdził, że zajmie się tym później. Złapał różdżkę, jakieś ciuchy na przebranie i zbiegł na dół, gdzie został powitany gromkimi okrzykami jego pluskających się w wannie sióstr.
- Johnny, Johnny… Widzisz??? – mała Sophie spojrzała na niego swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami, jego czekoladowymi oczami i ze śmiechem na ustach starała się unieść w palcach pianę.
Kiedy wszyscy skorzystali już z łazienki, cała rodzina, nie wyłączając Marthy spotkała się w ogromnej jadalni. Gosposi udało się w ciągu kilkunastu minut przygotować wystawną kolację, która sama przyfrunęła do ich stołu i z cichym brzękiem sztućców opadła na wyszorowany blat.
W akompaniamencie licznych śmiechów, przywoływanych wspomnień i licznych wzruszeń w następną godzinę zdołali się uporać z kolacją. Margaret i Sophie wstały od stołu i razem z Samulem i Williamem bawiły się w najlepsze, biegając we wszystkie strony i sprawiając, że różne rzeczy unosiły się i przemykały przez pokój ze złowieszczym świstem.
Martha zupełnie się tym nie przejmowała. Usiadła obok Bena, naprzeciw Johnny’ego i spojrzała na obydwu z wyczekiwaniem.
- Myślę, że to odpowiednia pora na rozmowę… - spojrzała przez ramię. Jedna z cennych figurek Benjamina przeleciała jej właśnie obok ucha – Minie kilkanaście minut zanim się zmęczą, pozwólmy im się wyhasać przed snem. To stwarza idealną sytuację…
Ben z poważną miną odłożył widelec i odsunął miskę od siebie.
- Co chcesz wiedzieć? – zapytał swoim głębokim, budzącym zaufanie głosem.
- Przede wszystkim – powiedziała Martha rozgorączkowanym tonem – Czemu nie napisaliście, że wracacie? Czemu to wszystko musiało być aż tak wielką tajemnicą?
- Nie domyślasz się? – zapytał ponuro Johnny, spoglądając nie na kobietę tylko na swojego ojca.
- Niebezpieczeństwo jest aż tak wielkie?
- Nie w tym rzecz… - Ben wsparł podbródek na splecionych dłoniach – Na razie nie słychać nic o przechwytywanych sowach, zresztą po co im listy zwykłych, nic nie znaczących w tej wojnie obywateli. Ale jego siatka szpiegów jest już doskonale rozbudowana, ci ludzie infiltrują nas, nawet w Hiszpanii doszły mnie takie słuchy. Nie śledzą wszystkich, śledzą tylko tych, którzy stwarzają zagrożenie.
- Ale…
- Jestem aurorem, jednym z najbardziej zaangażowanych. Mam stały kontakt z Dumbledorem, wiem wiele rzeczy, których oni chcieliby się dowiedzieć. Dlatego zadbałem, żeby informacja o naszym powrocie do kraju nie dostała się w niepowołane ręce.
- Myśli pan, że się dowiedzą? O tym, że pan wrócił?– zapytała Martha. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu.
- Prędzej czy później, na pewno… - mężczyzna spojrzał ponuro na swój pusty kubek – Nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami. Kiedy zacznę działać, oczywiste będzie, że wróciłem do Anglii. Ale do tego czasu mam zamiar zabezpieczyć swoją rodzinę i wszystkich, na których mi zależy, żeby tamci w żaden sposób nie mogli się do nas dostać.
Martha spojrzała krótko na Johnny’ego, ale jej wzrok prawie natychmiast wróciło na poważne oblicze Benjamina.
- Dlatego właśnie… - kontynuował tamten – Chcę cię prosić o przysługę…
- Niech pan mówi! – odpowiedziała natychmiast kobieta – Mam wobec waszej rodziny dług, nie odmówię niczego.
Ben westchnął cicho i tak jak Martha przed chwilą, spojrzał na swojego najstarszego syna.
- Chcę ochronić ten dom na wszystkie znane mi sposoby …
- Jak chcesz to zrobić?
- Znam wiele pożytecznych zaklęć, ale najważniejsze w tej sytuacji będzie zaklęcie Fideliusa.
Martha pokiwała głową na znak, że doskonale rozumie.
- A kto będzie Strażnikiem? – zapytał Johnny, chociaż doskonale znał już odpowiedz.
- Ja! – odpowiedział ojciec cierpko, zgodnie z jego przewidywaniami. Johnny spojrzał ojcu w oczy, w których zapaliły się nagle dziwne ogniki, jakby jakaś dawna obsesja na powrót ogarniała siedzącego przed nim mężczyznę.
- To oczywiste, pan najlepiej się nadaje… - Martha pokiwała w zamyśleniu głową – Podczas, gdy pan będzie się zajmował tą sprawą, ja będę opiekować się dziećmi…
Benjamin popatrzył na nią wyczekująco. Kiedy dojrzała jego spojrzenie pokiwała gorliwie głową.
- Oczywiście, że się zgadzam! Dziwne, że pan w ogóle pyta.
Ben uśmiechnął się smutno.
- W domu zostaną wszyscy oprócz Johnny’ego, jego mogę bez oporów wysłać do szkoły. Głupio bym zrobił, zatrzymując go w domu. To by już była lekka przesada.
Johnny dyskretnie odetchnął z ulgą. Przez chwilę bał się, że ojciec nie pozwoli mu wrócić do Hogwartu. Ale i tym razem, tak jak wiele razy poprzednio, nie zawiódł się na zdrowym rozsądku Benjamina Corso.
- Też tak sądzę… - Martha uśmiechnęła się pokrzepiająco do Johnny’ego – Niech się chłopak uczy, to teraz najważniejsze…
- Tak… – Ben potarł w zamyśleniu czoło – Johnny musi skończyć szkołę, bo nie wiadomo, co go po niej czeka…
Johnny drgnął, nie spuszczając wzroku z ojca.
- Myślisz, że to się będzie ciągnąc jeszcze ponad dwa lata?
- Nie wykluczam żadnej możliwości… Tak naprawdę, nie znamy jeszcze całej sytuacji na tyle by określić ile czasu zajmie nam uporanie się z nią. Jak na razie, z dnia na dzień jest coraz gorzej..
Martha markotnie opuściła głowę. Gdzieś za ich plecami rozległ się donośmy śmiech Sophie i rozpaczliwe miałczenie ich domowego kota.
- A co będzie z Williamem? – zapytał Johnny, przerywając ciszę – Co będzie z resztą dzieciaków? W końcu przyjdzie ich pora na Hogwart.
- Czy William pójdzie do szkoły, przekonamy się za dwa lata… - odrzekł stanowczo Ben – Nie będę podejmował pochopnych decyzji. Kiedy zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja to pomyślimy.
- No tak… - Johnny przyznał mu rację – Jeśli w ciągu kilku miesięcy zrobiła się taka draka, to ciekaw jestem, co będzie za dwa lata…
Ben rzucił mu karcące spojrzenie.
- Taka postawa jest mało odpowiednia… - skrzywił się nieznacznie – A propos, mam do was jeszcze jedną prośbę. Nie mówcie dzieciakom, co tak naprawdę się dzieje. Mają oczywiście jakieś tam pojęcie o sytuacji, ale nie ma potrzeby nadmiernie ich straszyć. Wiedzą tyle, ile powinny wiedzieć. Ale pod żadnym pozorem nie zostawiajcie ich sam na sam, nie mogą w pojedynkę wychodzić, nie mogą bawić się na łąkach bez nadzoru. Martha, tobie powierzam to zadanie w szczególności.
Martha pokiwała głową, jej twarz wyrażała pełną powagę i skupienie.
- Johnny za kilkanaście dni pojedzie do szkoły. Czy wróci na święta, tego jeszcze nie wiem. Przekonamy się…
Johnny także pokiwał głową, by pokazać, że akceptuje sytuację.
Ben już nic więcej nie dodał i po chwili było jasne, że poważna rozmowa się skończyła. Johnny wstał od stołu, podziękował Marthcie, kiedy coś mu się przypomniało.
- Tato… - zaczął przejętym tonem. Serce zabiło mu szybciej – Czy mogę już napisać do moich przyjaciół, że wracam?
Benjamin patrzył na niego przez dłuższą chwilę, rozważał coś. W jego mądrych oczach zalśniło zrozumienie.
- Napisz… - odpowiedział w końcu – Napisz, ale uważaj, co piszesz. Nie podawaj żadnych zbędnych informacji.
Johnny uśmiechnął się do niego szeroko, po czym popędził na schody. Resztę wieczoru spędził w swoim pokoju, pochylony nad kawałkami pergaminu, skrobiąc coś na nich swoim orlim piórem.
Za oknami szalała burza.

Peter Pettigrew

Ociągał się jak mógł. Cały czas przystawał, okręcał się, rozglądał, jego nogi prawie bezwładnie wlekły się po chodniku. Ludzie często popychali go i potrącali. Spieszyli się do własnych spraw, a ten mały, jasnowłosy człowieczek przeszkadzał im, stojąc nieruchomo na środku przejścia dla pieszych.
- Peter, proszę cię… - Lidia spojrzała na syna błagalnie. Złapała go za rękaw niebieskiej koszuli, koszmarnie gryzącej się z pomarańczowymi spodniami – Im dłużej będziemy tam iść, tym dłużej zostaniemy…
- Nie rozumiem… - wybąkał chłopiec, kiedy skręcali w szeroką, londyńską ulicę, której nazwy Glizdogon nie mógł sobie przypomnieć – Ty też nie chcesz tam iść, po co więc w ogóle to ciągnąć?
Lidia zagryzła wargi i w roztargnieniu poprawiła spięte w kok włosy.
- Obiecaliśmy… - powiedziała chłodno– Nie możemy teraz się wycofać. To już taki nasz jakby zwyczaj. Daniel lubi się z tobą widywać…
- Oh, tak jasne! Po prostu kocha te nasze relaksacyjne popołudnia i luźne rozmowy o niczym! Wspaniały pomysł na zmarnowanie kilku godzin!
- A na co innego ci te godziny potrzebne? – ofuknęła go kobieta, majstrując jednocześnie przy klamrze wielkiej, wypchanej po brzegi torby, która wyglądała, jakby ukradziono ją z muzeum – Jest środek wakacji, jedyne co robisz to odpisujesz na listy i gapisz się w niebo. Z kim tak zaciekle korespondujesz? Bo chyba nie z dziewczyną?
Peter zaróżowił się i szybko odwrócił głowę.
- Dzięki mamo… Bardzo mnie wspierasz.
Kobieta zauważyła, że palnęła głupstwo i także się zmieszała.
- No… Nic nie wspominałeś, że masz dziewczynę…
- Bo nie mam… - burknął Peter, nie patrząc jej w oczy.
- Aha… To z kim korespondujesz? Z twoimi przyjaciółmi? Ale chyba nie cały czas? Wysyłasz tyle tych listów że aż sów brakuje.
- Nie koresponduję z nikim ważnym… - chłopiec wzruszył ramionami – Po prostu zawarłem trochę nowych znajomości.
Jego matka rozpromieniła się na tę wiadomość, nie zauważając zmierzającego w ich stronę ubranego w garnitur mężczyzny. Wpadli na siebie, każde odbiło się w inną stronę. Mężczyzna, a z pewnością był to mugol, spojrzał na Lidię z wściekłością.
- Niech pani lepiej uważa! –krzyknął. Jego brwi powędrowały do góry, kiedy zobaczył w co kobieta jest ubrana: krótkie, plażowe męskie spodenki, sweter narciarski z uciętymi rękawami, „starożytna” torba i trapery robiły duże wrażenie. Może nie koniecznie dobre, ale na pewno duże…
- Przepraszam pana…. – Lidia uśmiechnęła się do niego szeroko – nie zauważyłam pana, mugole mało rzucają się w oczy…
Zarówno mężczyzna jak i Peter spojrzeli na Lidię z zaskoczeniem. Peter do tej pory nie mógł się przyzwyczaić do swobody z jaką jego matka rozmawiała z nie-magicznymi ludźmi, mówiąc im wprost, co o nich myśli. Nigdy nie były to przykre słowa ani obelgi, ale oni jej miłe pytania w stylu: „Jak to jest być takim mugolem jak pani?” zazwyczaj brali za jakieś bardzo obraźliwe określenia. Peter zastanawiał się, czy gdyby Ministerstwo dowiedziało się, z jaką swobodą jego matka pertraktuje z tymi biednymi, ograniczonymi osobami, nadal pozwalaliby jej swobodnie spacerować ulicami Londynu. Pewnie większość z nich uznałaby ją za zagrożenie dla jednego z licznych Dekretów o Tajności.
Mężczyzna, na którego Lidia wpadła, należał do najbardziej popularnego typu ludzi, jacy zamieszkiwali południową Anglię. Na niezrozumiałe stwierdzenie zareagował wytrzeszczeniem oczu, kilkoma wyburczanymi słowami i już po chwili go nie było. Peter odprowadził go wzrokiem. Kiedy przechodził na światłach na dugą stronę ulicy, odwrócił się po raz ostatni i spojrzał na niego i jego matkę spojrzeniem pełnym niedowierzania.
- Ah, ci biedni mugole… - Lidia pokręciła głową, ze smutkiem obserwując oddalającego się człowieka. Tamten po kilku sekundach zniknął w tłumie, zmierzającym do wielkiego, nowo otwartego supermarketu.
Peter pociągnął matkę za rękaw.
- Choć, bo faktycznie się spóźnimy…
Poszli więc dalej, już nie wspominając o listach, sowach, czy o Danielu. Do jego domu dotarli kilka minut później. Przez te kilka minut, Peter zdążył jeszcze wymyślić kilka niemiłych przezwisk i chamskich odzywek, którymi, gdyby miał odwagę, rzuciłby ojcowi prosto w twarz. Ojcowi, który porzucił jego matkę, bo doszło do niego, że nie jest bogata i atrakcyjna, który porzucił swojego trzyletniego syna, na odchodnym rzucając kilka słów, jakim to jest magicznym beztalenciem.
Mimo to wszystko, Lidia nadal kochała Daniela i w każde święto, zmuszała Petera do tych bezsensownych i kompromitujących odwiedzin, które tylko jeszcze bardziej pogrążały go w rozpaczy.